Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Mińsk wrócił do głównego nurtu globalnej polityki. Wydarzenia w Białorusi są par excellence sprawą międzynarodową. Dla przyszłości światowego ekosystemu demokratycznego jest kwestią wielkiej wagi, czy między granicami Unii Europejskiej a Federacji Rosyjskiej będą niepodległe państwa – Ukraina i Białoruś, czy też reżim Putina, odporniejszy na ciosy, niż ten Łukaszenki, zbliży się do nas na odległość armatniego wystrzału.

Nie chodzi tylko o Unię Europejską. Białoruś jest dziś jednym z najistotniejszych miejsc na geopolitycznym globusie. To problem całego Zachodu. To wyzwanie dla Stanów Zjednoczonych, które po elekcji Joe Bidena nie uchylają się już od przyjęcia odpowiedzialności za demokrację i prawa człowieka. Natychmiast, bo 11 sierpnia 2020 roku kandydat Demokratów wydał oświadczenie: „Wzywam prezydenta Łukaszenkę do uszanowania prawa do pokojowych protestów i powstrzymania się od przemocy. Moja administracja nigdy nie cofnie poparcia dla demokratycznych zasad i praw człowieka.”

Fortunnie, większość polityków wolnego świata zdała już sobie sprawę, że to nie żarty, że Białoruś to kraj o znaczeniu strategicznym, że bez wolnej Białorusi nie będzie w Europie równowagi i bezpieczeństwa. Dlatego powinniśmy wspólnie szukać rozwiązań wobec wolnościowych aspiracji Białorusinów.

Skala bezczelności

W Białorusi nastąpiło odrodzenie. Białorusini wycofali zgodę na oszustwa wyborcze. To właśnie ich skala, bezczelność z jaką sfałszowano prezydencką elekcję, wywołała masowy ruch protestu. Nigdy wcześniej rozbieżność między społeczną intuicją a oficjalnymi wynikami nie była tak ogromna. Lecz był to tylko zapalnik, który doprowadził do wybuchu długo tłumionej frustracji.

Rewolucja w głowach zaczęła się wcześniej. Na początku 2018 roku orientację prorosyjską wykazywało 63,9 proc Białorusinów, proeuropejską zaś jedynie 20%. W listopadzie 2020 roku odsetek obywateli uważających, że będzie im najlepiej w sojuszu z Rosją stopniał do 40%, natomiast zwolenników integracji europejskiej wzrósł do 33%.

Tak, należy to łączyć ze wzrostem wykształcenia. W latach 1999-2019 grupa absolwentów wyższych uczelni zwiększyła się prawie dwukrotnie: z 14,2 proc. do 26,6 proc.. W roku akademickim 2018/2019 w polskich uczelniach wyższych studiowało 7 485 Białorusinów. To ponad dwukrotny wzrost w stosunku do lat 2013/2014, kiedy gościliśmy 3 220 białoruskich studentów. Równocześnie ich liczba na rosyjskich uczelniach spadła prawie dwukrotnie: z 24 916 do 13 216.

Proces odwracania wektorów trwa. W listopadzie 2020 roku 46% respondentów przyznało, że ich opinia o kierownictwie Rosji pogorszyła się raptownie. Zacieśnienie współpracy Moskwy z Mińskiem jest sprzeczne z oczekiwaniami 61 proc. białoruskich obywateli.

Protesty poprzedzały poszukiwania wiarygodnych informacji. Kłamstwa władzy doprowadziły do gwałtownej zmiany hierarchii. Media państwowe i rosyjskie przestały dominować w rankingach zaufania społecznego. A same protesty zmotywowały połowę białoruskiego społeczeństwa do poszukiwania nowych źródeł informacji. Znaleźli je w Internecie. Dzięki niemu są odporni na indoktrynację. Dziś Białoruś jest zorientowana na Zachód, bo ma stały kontakt z demokratyczną infosferą.

Długi marsz

I chyba wszystkie figury dramatu zdały sobie sprawę, że nie ma powrotu do sytuacji sprzed protestów. Także z uwagi na ogrom represji. Strach przerodził się w gniew i determinację do walki o demokrację. Reżim jest dziś przerażony, a finezja mińskiej propagandy dorównuje już prawie putinowskiej. Ona już nie zadziała.

Demonstranci zobaczyli niespotykane od czasów stalinowskich okrucieństwo służb mundurowych. To wówczas rozpoczęło się masowe wychodzenie na ulice, nawet tych, którzy dotychczas nie chcieli mieć z polityką nic wspólnego.

Ku własnemu zdumieniu spostrzegli w sobie przesunięcie progu bólu. Wykazują dziś zadziwiającą gotowość do wytrzymania represji. Piętnaście dni w celi już nie przeraża. To trudne, ale znośne.

Innym fenomenem jest ich mentalne przygotowanie do długiego marszu. Niepowodzenia nie rodzą apatii. Protestujący skupili się zarówno na podejściu średnioterminowym (nowe wybory jeszcze w tym roku), jak i długoterminowym. Zresztą, uliczne akcje napełniają uczestników pozytywnymi emocjami. Udział w proteście staje się psychologiczną potrzebą jednostki. Gaz łzawiący to zapach wolności.

Ruchowi oporu nie zaszkodził również brak lidera. Może dlatego, że każdy potencjalny przywódca opozycji znikał w trzewiach systemu represji. Głód lidera nakarmiła samoorganizacja. Przywództwo nie jest już warunkiem powodzenia oporu. Demonstranci nie odczuwają dyskomfortu z powodu braku jednego przywódcy.

Wyczerpane rezerwy

Ekstensywny model, w którym większa część środków produkcji pozostaje w rękach państwa, nie będzie już wydajny, nie da się go wprząc w globalny rynek. W (neo)patriarchalnej postaci gospodarka należy do władcy. Nie jest zorientowana na stabilizację i rozwój, lecz na utrzymanie uzurpatora u władzy. Krótkoterminowe zarządzanie, prowadzi do cyklicznego pogarszania się sytuacji ekonomicznej. Nie ma już żadnych rezerw. A wobec braku projektów modernizacyjnych, krajowi grozi masowa emigracja (polityczna i ekonomiczna), skutkująca „drenażem mózgów”.

Białorusini boleśnie odczuli gwałtowne pogorszenie sytuacji gospodarczej. O ile w grudniu 2019 roku jako złą oceniało ją 38 proc. ankietowanych, to odsetek niezawodowych wzrósł drastycznie w kwietniu 2020 roku do 61 proc.

Tragicznie wyglądało przygotowanie aparatu państwowego do pandemii. Prezydent miał obywatelom do powiedzenia tylko tyle, że skoro wirusa nie widać, to oznacza, że go nie ma. Reakcją była społeczna samoorganizacja. Zapewniano pomoc lekarzom i pacjentom, kupowano leki, środki ochrony i żywność. Ta aktywność przeniosła się do przestrzeni politycznej. COVID-19 był wolno tlącym się lontem, a pogorszenie sytuacji ekonomicznej było jak proch, którym go posypano.

Oprócz systemu gospodarczego, również polityczny i społeczny wyczerpały resztki możliwości. Nie rozwiążą już żadnych białoruskich problemów. Jego architekturę zaprojektowano pod wymiar homo sovieticus; człowieka bez właściwości, niezdolnego do sformułowania aspiracji, ujarzmionego przez komunistyczną ideologię wspartą brutalną siłą. Człowiek, który terroryzowany, całe życie spędził w politycznej utopii, nie znając poza nią świata, bał się go, jak tego chciała bolszewicka propaganda.

Ta konstrukcja spektakularnie runęła na naszych oczach. Dlaczego? Bo nadeszły nowe pokolenia, które czują i myślą niepodlegle, które nie chcą żyć w czerwonym skansenie; oddają spokój, pracę, zdrowie i życie za demokratyczny przełom. Ludzie przestali bać się reżimu. Białoruska rewolucja ma charakter pokoleniowy. Działa ten sam mechanizm, który obserwujemy dziś w Rosji. To rewolucja młodzieży, która nie pamięta epoki komunistycznej. Duma z sowieckich korzeni oraz motyw reintegracji przestrzeni postsowieckiej, to dla nich opowieści z antycznej przeszłości. Oni znają świat, mają wizję godnego życia, porównują ojczyznę z krajami Europy i nie rozumieją dlaczego Białoruś ma być inna.

Wydarzenia z jesieni 2020 roku spowodowały trwałą zmianę postaw społecznych. Ruch opozycyjny składa się nie ze starych partii i organizacji, ale z nowych graczy i struktur, które powstały w trakcie kampanii i protestów powyborczych. Zaangażowanie Białorusinów w politykę na rzecz przemian tworzy sprzyjające warunki do budowania środowiska demokratycznego i do kształtowania się instytucji państwa alternatywnego. Państwo sieciowe zaczyna być matrycą instytucjonalną, wpływającą na procesy polityczne na terytorium o wrogiej strukturze.

Żyrant samodzierżawia

Polityka balansowania między wolnym światem a Rosją również sięgnęła kresu. Moskwa jest bowiem gwarantem tłumienia kolejnej pomarańczowej insurekcji. Kremlowska despotia bez entuzjazmu decyduje się na reanimację reżimu Łukaszenki ze strachu przed wolnościowym zrywem w kolejnym państwie „bliższej zagranicy”.

Tymczasem dominium samo chwieje się w posadach. Demonstracje młodych Rosjan zyskują w całej federacji białoruską dynamikę. Kreml nie może zatem pozwolić, by kolejna rewolucja wewnątrz ruskiego miru zakończyła się zwycięstwem. Franak Wiaczorka, doradca Swiatłany Cichanouskiej uważa, że z czasem utrzymywanie białoruskiego dyktatora będzie dla Rosji zbyt kosztowne.

Przepędzenie Łukaszenki mogłoby okazać się zbyt bliskim i infekcyjnym przykładem dla Rosjan. Dyktator otrzymuje więc ograniczone wsparcie. Polityka Kremla będzie skupiona na grze wewnątrz łukaszenkowskiej elity władzy, na powolnym, a nie skokowym uzależnianiu Białorusi od Rosji, nie zaś na ograniczonym choćby dialogu ze społeczeństwem obywatelskim. Putin bezpowrotnie popycha Białorusinów na zachód.

Polski fundament

Przez pierwsze dwadzieścia pięć lat III Rzeczpospolitej dogmatem polityki wschodniej było wspieranie niepodległościowych i demokratycznych aspiracji naszych wschodnich sąsiadów. Niepodległa Ukraina, Białoruś i Litwa gwarantowały bowiem bezpieczeństwo Polski, a wolnościowe aspiracje mieszkańców tych krajów włączały je w orbitę Zachodu. Ta koncepcja wyrastająca z myśli paryskiej Kultury była podstawą naszego zaangażowania na Wschodzie Europy. Udało nam się przekonać do niej nawet całą Unię Europejską. Ten projekt został nazwany Partnerstwem Wschodnim. Był on kreacją Warszawy i Sztokholmu; naszym największym wkładem w długofalową politykę Unii Europejskiej wobec emancypującej się postsowieckiej konstelacji. Kibicowaliśmy naszym wschodnim sąsiadom, wspieraliśmy ich w demokratycznym przemianach i aspiracjach do NATO i UE. PiS pogrzebał to wielkie i dobre dzieło. Tak, jakby nikt z ekipy trzymającej władzę nie znał testamentów Piłsudskiego, Giedroycia i Mieroszewskiego.

Europejską politykę dla Białorusi prowadzi dziś mała (choć wielka duchem) Litwa. To Wilno odgrywa największą rolę we wsparciu białoruskich przemian demokratycznych na arenie międzynarodowej. Odważnie i bez kompleksów demonstruje, jaki powinien być stosunek demokratów do odrażającej dyktatury. To Litwa otworzyła korytarz humanitarny, dzięki któremu uciekło już przed represjami kilkuset Białorusinów, a ponad tysiąc politycznych emigrantów zyskało bez mitręgi pozwolenie na pobyt i pracę.

A jeszcze niedawno to przez Warszawę płynęły do Europy i świata wiadomości z Ukrainy, gdzie polscy politycy wszystkich opcji bezustannie wspierali władze w Kijowie i zabiegali o międzynarodowe wsparcie dla atakowanego sąsiada. Także rosyjscy dysydenci zawsze otrzymywali pomocną dłoń. W PRL wspierali ich ludzie antykomunistycznej opozycji, a w III RP – władze demokratycznego państwa. Dziś, poza większością senacką, oficjalne czynniki cichym głosem wspierają rosyjskich demokratów, zamiast krzykiem mobilizować Europę w sprawie Aleksieja Nawalnego, który umiera w łagrze.

Z Białorusinami dla Białorusi

Represje dotknęły również Polaków. Słusznie domagamy się natychmiastowego uwolnienia działaczy Związku Polaków na Białorusi. Sprawiedliwie żądamy zaprzestania szykan wobec polskiej mniejszości, bo ona także jest za wolnością, demokracją i prawami człowieka.

Tak. Naszym podstawowym obowiązkiem jest obrona Andżeliki Borys, Andrzeja Poczobuta oraz wszystkich naszych rodaków, których spotyka odwet ze strony chylącego się ku upadkowi despoty. Zważmy wszak, by nie dawać autokracie nacjonalistycznych argumentów i z taką samą mocą bronić innych represjonowanych. Mamy to przećwiczone. Byliśmy w styczniu 1991 roku w zabarykadowanym Seimasie, kiedy spadochroniarze z 76. Pskowskiej Dywizji Powietrzno-Desantowej, wsparci czołgami masakrowali mieszkańców Wilna. Obok Henryka Wujca, Marka Karpa, Krzysztofa Dowgiałło, Adama Michnika i Bogdana Borusewicza był tam Jacek Kuroń, który mówił do deputowanych: „Jeśli będzie trzeba w tym budynku umierać, Polacy zginą tu razem z Litwinami”. Wraz z Litwinami, dla Litwy.

Pamiętajmy, że karta polska w tej grze jest jedną z wielu. Chodzi o likwidację wszelakich niezależnych organizacji. A Związek Polaków na Białorusi jest jedną z ostatnich. Mińsk chce sprowokować Warszawę w nadziei, że jej nieprzejednane stanowisko w połączeniu z generalnym osłabieniem głosu Polski w Unii Europejskiej spowoduje, że nasz kraj przestanie być słuchany w świecie.

Kiedy Łukaszenka, w polskim kontekście, mówi, że „dostaną w mordę” i pójdą „pod nóż” oznacza to tyle, że zrozumiał, w jak paskudnej sytuacji się znajduje. Wie, że tym razem nie może już liczyć na „europejską woltę”, bo żaden demokratyczny lider nie będzie z nim rozmawiał. Jest przerażony. 

Spodziewać się musimy eskalacji represji wobec Polaków; łącznie z aresztowaniem harcerzy i procesami pokazowymi, podczas których będą zapadać drakońskie wyroki. Polska będzie również oskarżana o chronienie terrorystów oraz dążenie do rewizji wspólnej granicy. Polakom na Białorusi potrzebna będzie nie tylko pomoc z Ojczyzny, lecz przede wszystkim wsparcie na miejscu, od białoruskiego ruchu oporu. Choćby dlatego nie wolno nam ograniczać koniecznych reakcji tylko do prześladowanych mieszkańców Grodna, Brześcia i okolic.

 Autor jest senatorem RP i przewodniczącym Przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych i Unii Europejskiej.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.