Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dziś mija 45. dzień głodówki białoruskiego blogera Igora Łosika. Sytuacja jest dramatyczna – ten młody człowiek jest o krok od śmierci (w jego organizmie dosłownie za moment dojdzie do nieodwracalnych procesów). Autor największego politycznego komunikatora Telegram został aresztowany w Mińsku pół roku temu. Prewencyjnie.

Łosika oskarżono o organizację protestów, które miały miejsce kilka miesięcy po jego zatrzymaniu, choć nie miał przy sobie ani machiny do teleportacji, ani wehikułu czasu. KGB od dawna go obserwowało.

Już w 2011 roku wymyślił nową formę protestu - Białorusini nic nie mówili, wyłącznie klaskali. I już w 2011 roku jasne było, że na ulicach Białorusi klaskać nie wolno. Za klaskanie zatrzymano między innymi jednorękiego mężczyznę. To nie żart.

Nakład aresztowany w drukarni

Najbardziej oczywistym powodem zatrzymania Igora Łosika jest niepokój ministra spraw wewnętrznych Igora Karajewa. Wpływowy siłowik nieraz twierdził, że za protestami na Białorusi stoi (uwaga!) rosyjskie  Radio Swoboda [rozgłośnia emigracyjna, nadająca z Zachodu]. Łosik wiele zrobił dla wolności (w różnych sensach tego słowa), dlatego białoruscy mundurowi postanowili go odizolować. A gdy wsadzili jednego dziennikarza, cerberzy Łukaszenki zauważyli, że w kraju są też inni - no i się zaczęło.

Latem 2020 dyktatorski reżym przypuścił zmasowany atak na wciąż znajdujących się w kraju niezależnych dziennikarzy. Najważniejszy niezależny portal Białorusi – Tut.by – pozbawiono statusu środka masowego przekazu. Nakłady omalże jedynej gazety opozycyjnej – „Narodnej Woli” zatrzymywano już w drukarni. Na wiele stron informacyjnych oraz dotyczących obrony praw człowieka możecie obecnie wejść jedynie za pomocą VPN – anonimowego szyfrowania połączenia z internetem.

W niedziele, w dni protestów, internet jest wyłączany całkowicie. W roku 2020 na Białorusi doszło do 480 zatrzymań dziennikarzy, w efekcie których w aresztach znalazło się 97 osób. Białoruscy reporterzy spędzili łącznie za kratkami już ponad 1200 dni. Od 9 sierpnia 2020 roku odnotowano minimum 62 przypadki przemocy fizycznej w stosunku do dziennikarzy, w tym porażający przypadek celowego postrzelenia Natalii Łubniewskiej z „Naszej Niwy”. Kamizelki z oznaczeniem „press” zmieniły dziennikarzy w ruchome cele dla omonowców i milicji. Podobnie jak żołnierze kompanii karnej podczas II wojny światowej, która zawsze szła na przodzie kolumny, białoruscy dziennikarze raz za razem jako pierwsi ściągali na siebie atak siłowików.

Absurdy nikogo nie dziwią

W rosyjskiej „Nowej Gazecie”, która także relacjonowała protesty na Białorusi, podano, że za każdego pojmanego operatora albo fotografa omonowcy dostają premię. Pewnie mogliby o tym opowiedzieć także europejscy dziennikarze, ale wszyscy zostali usunięci z kraju i pozbawieni swoich akredytacji. Relacjonować obywatelski bunt przyszło oblężonym białoruskim reporterom. Wielu zapłaciło za to wolnością. Na przykład dwie dziennikarki opozycyjnej telewizji „Biełsat” Jekatierina Andriejewa i Daria Czulcewa, zatrzymane 15 listopada podczas relacji na żywo, wciąż znajdują się za kratkami.

Zostały oskarżone o kierowanie „działaniami grupowymi, rażąco naruszającymi porządek społeczny”, które wpłynęły na transport publiczny w mieście. Śledczy przekonuje, że relacja na żywo Jekatieriny i Darii, czyli podstawowa praca dziennikarzy, spowodowała zatrzymanie ruchu na trzynastu trasach autobusowych, trzech trolejbusowych i dwóch tramwajowych. W jaki sposób? Tego już śledczy nie tłumaczy. 

Nawiasem mówiąc, absurdalność oskarżeń białoruskich służb od dawna już nikogo nie dziwi. Jekatierina Borysewicz znajduje się w więzieniu już kilka miesięcy. Miała, rzekomo, zdradzić tajemnicę lekarską. W rzeczywistości, po głośnym zabójstwie młodego malarza Romana Bandarenki, Borysewicz opublikowała oświadczenie lekarza, który przekonywał, że Roman Bandarenka nie był pijany w chwili, gdy na własnym podwórku porwała go grupa osób niewiadomego pochodzenia. A właśnie zatruciem alkoholowym białoruskie władze próbowały wytłumaczyć śmierć młodego artysty. Jak się już na pewno państwo domyślili, razem z Jekatieriną Borysewicz w więzieniu znalazł się także lekarz.

Wojna przeciw narodowi

Jeszcze przed wyborami białoruskie władze zaczęły planowo rozprawiać się nie tylko z dziennikarzami, ale też z blogerami, nawet lokalnymi. Ale co tak bardzo chciał ukryć przez opinią publiczną reżym Łukaszenki? Na przykład to, że po wyborach wniesiono ponad 1000 spraw karnych przeciwko uczestnikom kampanii jego oponentów politycznych. Także i to, że na Białorusi w danej chwili można doliczyć się 187 więźniów politycznych, łącznie z kandydatami na prezydenta Wiktarem Babaryką i Siarhiejem Cichanouskim. Oraz to, że wciąż nie wniesiono ANI JEDNEJ sprawy karnej dotyczącej torturowania protestujących – za to organy śledcze Białorusi mogą teraz zatrzymywać śledztwa w sprawie morderstw na czas nieokreślony, a nawet w ogóle nie wszczynać postępowania karnego. 

Śmiem sądzić, że Łukaszenka niespecjalnie jest też zainteresowany upublicznieniem faktu, że od 9 sierpnia do 31 grudnia 2020 roku całkowita liczba zatrzymanych podczas pokojowych akcji protestacyjnych przekroczyła 25 tys. osób, a tylko w sierpniu i wrześniu 2020 roku na skutek działań siłowików ucierpiało nie mniej niż 1406 osób. Co trzecia osoba doznała umiarkowanych obrażeń ciała. Ponad 600 osób zostało pobitych nie podczas protestów, tylko po zatrzymaniu, na posterunkach milicji, w milicyjnych samochodach i w tymczasowym areszcie na Okrestinie. Minimum wobec trojga protestujących zastosowano przemoc seksualną - jedna z tych osób była niepełnoletnia.  

Zacząłem ten tekst od tego, że białoruskie władze wypowiedziały własną dziennikarzom, a co za tym idzie, całemu narodowi, wojnę. Być może ktoś z państwa uznał, że w moim porównaniu jest pewna doza pisarskiej przesady, jednak będę obstawał przy swoim, a oto dlaczego – niedawno Łukaszenka nagrodził nadwornych propagandystów odznaczeniem wojskowym „Za odwagę”. Właśnie taki medal otrzymywali żołnierze podczas II wojny światowej.

W Związku Radzieckim wyróżnienie to traktowano niezwykle poważnie, ceniono je, nie szafowano nim na prawo i lewo, przyznawano je wyłącznie za odwagę na polu bitwy. Tym samym Łukaszenka dał swoim propagandystom bardzo wyraźny sygnał – trwa wojna, w tym także wojna informacyjna, którą my, cokolwiek by się nie wydarzyło, musimy wygrać. Propagandyści, zdaje się, poważnie potraktowali rozkaz Łukaszenki, zapomnieli jednak, że, podobnie jak podczas II wojny światowej, na terytorium Białorusi walczą z pomysłowymi partyzantami.

Na Białorusi nie ma już papierowej wersji gazety „Narodnaja Wola”. Co więcej, drukarnie nie podejmują się jej drukować nawet w Rosji, jednak redaktor naczelny gazety Josif Sieriedicz nie chce rezygnować z tradycyjnej formy – jest przekonany, że wielu ludzi przywykło do wersji papierowej. W redakcji się więc ją łamie, rozsyła plik wszystkim, którzy się po niego zgłoszą, a następnie wolontariusze drukują po kilka sztuk i rozdają egzemplarze stałym czytelnikom, gdzieniegdzie wywieszają też wydruk na tablicach ogłoszeń. Wszystko to ma miejsce w samym centrum Europy, w 2021 roku. Z jednej strony to oburzające i smutne, z drugiej – piękne i symboliczne, ponieważ naród ten, cokolwiek nie zrobiłby Łukaszenka, nie pozwoli zwyciężyć dyktatorowi! 

tłum. Agnieszka Sowińska 

Sasza Filipienko - białoruski prozaik, dziennikarz. Autor książek, m.in.: „Były syn”, „Czerwony krzyż”, „Nagonka” i „Powrót do Ostroga”. Jego książki tłumaczone były m.in. na angielski, niemiecki, francuski, hiszpański, japoński, włoski, niderlandzki, chorwacki, czeski, węgierski 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.