Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jesteśmy podzieleni jak nigdy od ponad trzech dekad. Potwierdziły to ostatnie wybory prezydenckie. Różnią nas oczywiście cechy demograficzne (wiek, miejsce zamieszkania, wykształcenie czy poziom zamożności), ale nasze wybory polityczne najbardziej determinują skorelowane z tymi pierwszymi różnice światopoglądowe – wysoki bądź niski poziom religijności, wrogi bądź neutralno-pozytywny stosunek do LGBT czy poglądy dotyczące aborcji: u jednych bardziej pro-life, u innych raczej pro-choice. Różnie też rozumiemy „polską suwerenność” – dla jednych jej wyrazem jest „wstawanie z kolan” i „weto albo śmierć”; gdy według drugich te pisowskie hasła i awantury z Unią spychają nas w UE na margines i pozbawiają podmiotowości.

Sięgając po kategorie, które w „Zmierzchu demokracji” przywołuje Anne Applebaum, można założyć, że na te podziały nakłada się kolejny i bodaj najważniejszy: na tych, których wyróżnia predyspozycja autorytarna, i tych, u których dominuje jej przeciwieństwo – predyspozycja libertariańska. Te przeciwstawne tendencje nie mają samoistnych odcieni politycznych. Barwi je kontekst polityczny, w którym się żyje. W stanie wojennym ludzie z predyspozycją autorytarną zakładali OKON-y i PRON; dzisiaj z podobnym zaangażowaniem mogą wiernie służyć rządzącej partii, która mieni się prawicą i nawołuje do dekomunizacji. Z kolei ci z predyspozycją libertariańską przed 1989 r. przewodzili „Solidarności” (i byli „na prawo” od rządzących komunistów); marzeniem dzisiejszych jest odsunięcie prawicowego PiS od władzy. Ci pierwsi lepiej odnajdują się w porządku hierarchicznym, w którym władza „na górze” zdejmuje z nich brzemię odpowiedzialności, a lojalnych nagradza. Ci drudzy cenią sobie różnorodność i możliwość rywalizacji, a miejsce władzy widzą raczej „obok” siebie niż „nad” sobą.

Ci pierwsi, bardziej religijni i zachowawczy, częściej z małych ośrodków niż z metropolii, ceniący to, co „swojskie i nasze”, a z dystansem podchodzący do tego, co „inne i obce”, skłonni – z racji przeważającej u nich predyspozycji autorytarnej – do akceptowania silnej, skupionej w jednym ośrodku władzy, są dzisiaj naturalnym zapleczem polskiej prawicy: Prawa i Sprawiedliwości (tu raczej starsi) i Konfederacji (tu raczej młodsi). Ci drudzy – rewers tych pierwszych – to naturalne zaplecze opozycji demokratycznej: KO, Lewicy, Polski 2050 i w jakiejś mierze (pokazały to wybory parlamentarne w 2019 r.) także PSL.

Dzięki II turze wyborów prezydenckich, które podsumowały pierwsze półrocze 2020 r., mogliśmy się policzyć. Wynik to prawie dokładnie pół (ci pierwsi) na pół (ci drudzy), albo jedna trzecia do jednej trzeciej do jednej trzeciej – jeśli do rachunku doliczyć ponad 30 proc. niegłosujących. Ale drugie półrocze minionego roku jest ciekawsze – i to ono właśnie warte jest pogłębionej analizy. Wtedy bowiem nastąpiły cztery wydarzenia, które mogły znacząco wpłynąć na nastroje Polaków, zmienić ich punkt widzenia, inaczej ukierunkować ich polityczne wybory. Pierwsze to druga fala COVID-19 o sile rażenia nieporównywalnie większej niż ta pierwsza. Drugie to wyrok TK Julii Przyłębskiej dotyczący aborcji, który uruchomił ulicę – masowe protesty o niespotykanej wcześniej skali. Trzecie to „piątka dla zwierząt”, a czwarte to awantura z UE w sprawie powiązania budżetu Unii z praworządnością. Te dwa ostatnie ujawniły też głębokie podziały w obozie władzy.

embed

Czy możemy zatem mówić, że oto widać nadchodzącą zmianę polityczną? Zobaczmy, co wskazują sondaże. Ale nie skupiajmy się na „sporach w rodzinach”. Bo nie chodzi o to, ile punktów w danym miesiącu Lewica podebrała KO lub na odwrót, czy o sprawdzenie, na jakie poparcie mogą liczyć PiS i Konfederacja, gdyby Solidarna Polska poszła do wyborów oddzielnie. Pochylmy się nad tym, jak w drugiej połowie 2020 r. liczebnie i procentowo zwiększały się bądź zmniejszały cztery najważniejsze grupy Polaków: deklarujących swoje poparcie dla [1] prawicy (PiS wraz z Solidarną Polską i Porozumieniem oraz Konfederacja), wspierających [2] opozycję demokratyczną (KO czyli PO i N, Lewica, Polska 2050, PSL), deklarujących uczestnictwo w wyborach, ale [3] niezdecydowanych, na kogo oddać głos, i wreszcie [4] niegłosujących, czyli deklarujących nieuczestniczenie w wyborach.

Jak widać (por. wykres 1 i 2), radykalnie zmniejszyła się frakcja wyborców prawicy: z 10,4 mln z wyborów prezydenckich i 8,3 mln (sondaż partyjny z lipca) do zaledwie 5,4 mln w grudniu. Około 300 tys. wcześniejszych wyborców prawicy między wrześniem a listopadem przeszło pod skrzydła PSL (to efekt „piątki dla zwierząt”), ale generalnie ci, którzy odeszli, nie zasilili frakcji wspierającej demokratyczną opozycję. Ta grupa też się skurczyła – z 10 mln (wybory prezydenckie) i 8,1 mln (sondaż lipcowy) do 7,3 mln w grudniu.

Zniechęceni – zarówno „prawicowcy”, jak i „opozycyjni demokraci” – zasilili grupę niezdecydowanych (to w ostatnim półroczu średnio ok. 1,7 mln wyborców), ale nade wszystko bardzo znacząco powiększyli grono niegłosujących: z 9,8 mln (wybory prezydenckie) i 12 mln (sondaż lipcowy) do 15,9 mln w grudniu.

Rządząca prawica zniechęciła do siebie kilka milionów wiernych wcześniej wyborców przede wszystkim chaotycznym i nieudolnym sposobem zarządzania kryzysem zdrowotnym, społecznym i ekonomicznym wywołanym przez COVID-19. Potencjalny wyborca PiS akceptuje silną władzę, nie przejmuje się łamaniem praworządności, ale chce, by ta władza była sprawna. A zobaczył – nie w TVP, ale wokół siebie – że ta władza po prostu nie daje rady. A ponadto zajmuje się sobą i jest wewnętrznie skłócona. Nie pomógł też wyrok TK – dla wielu prawicowców był to jednak krok za daleko.

By wyjaśnić, dlaczego straciła też opozycja, trzeba najpierw odpowiedzieć na pytanie, gdzie w tych wyliczeniach i wykresach odnaleźć można tak licznie protestującą po wyroku TK ulicę – z tysiącami młodych, którzy masowo poparli Trzaskowskiego pół roku wcześniej. Ulica – tak aktywna obywatelsko – wyborczo jest mocno do obecnych partii politycznych zdystansowana i zakładam, że w większości deklaruje się dzisiaj jako niezdecydowani lub niegłosujący. Bo opozycja – a zwłaszcza PO – po prostu za ulicą nie nadąża.

Ulica żąda ustąpienia rządu, jest jednoznacznie antypisowska (co powinno być wiatrem w żagle dla opozycji), ale jej głównym spoiwem jest walka o prawa kobiet, a podstawowym postulatem – prawo kobiet do samodzielnej decyzji o kontynuowaniu bądź przerwaniu ciąży do 12. tygodnia jej trwania. W tym samym czasie PO przygotowuje nową deklarację ideową, którą partia ma przyjąć wiosną. – Nie jesteśmy partią światopoglądową, więc takie kwestie jak aborcja się w tej deklaracji nie znajdą – mówi przewodniczący komisji opracowującej jej tekst, mimo że według sondażu Ipsos prawo kobiet do aborcji do 12. tygodnia popiera 91 proc. zwolenników PO.

embed

Na rzecz zmiany politycznej – dziś oczekiwanej już przez większość Polaków – PiS zrobił więcej, niż mogliśmy się spodziewać. Sam przypiął sobie wrotki, by się na nich wyłożyć. Teraz czas na opozycję. Przede wszystkim na największą jej siłę, czyli Platformę. Musi zrozumieć, że po jesieni 2020 r. kwestii światopoglądowych już się ominąć nie da, i znaleźć wspólny język z ulicą. Ale musi też porzucić złudzenia: ulica nie będzie się dostosowywać do deklaracji ideowej PO. To deklarację trzeba napisać tak, by ulica mogła powiedzieć: „Tak, to jest to!”.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.