Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Włodzimierz Borodziejur. w 1956 r., profesor Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. Był jednym z organizatorów obchodów rocznicy Marca '68 na UW.

Ambasador Ukrainy w Berlinie nie jest moim bohaterem. Natomiast jest na swój sposób profesjonalistą, którego list ambasadora RP (obszerne fragmenty cytował Bartosz Wieliński w piątkowej "Wyborczej") zapewne ucieszył.

Andrzej Przyłębski wszedł bowiem w rolę historyka, i to historyka moralisty. Ani do jednej, ani do drugiej funkcji nie ma tytułu. Na czym polega dyletantyzm?

Dyplomatyczny: polski ambasador akredytowany w sąsiednim kraju poucza kolegę z innego sąsiedniego państwa, jak naprawdę wyglądała historia jego kraju. Gdyby ambasador akredytowany był w Kijowie i reagował na ukraińską antypolską politykę historyczną, list byłby reakcją właściwą. Ale jego miejsce pracy to Berlin, a ambasador ukraiński jakiejkolwiek agresji werbalnej nie ma na sumieniu.

Tak się nie robi i wiedzą o tym wszyscy profesjonaliści.

Moralny: ton listu jest protekcjonalny. Ambasador Polski wie lepiej. Np., że cywilnych ofiar okupacji niemieckiej na Ukrainie było znacznie mniej niż w Polsce. Czterokrotnie nawiązuje do ukraińskiej kolaboracji, podkreśla jej dobrowolność przy organizacji Zagłady. A w Polsce kolaboracji – jego zdaniem – nie było. Okupant chciał wymordować polskie elity na ziemiach wschodnich II RP, natomiast Ukraińców traktował jako rezerwuar robotników przymusowych. Szkoda, że ambasador nie zajrzał do znanych od dziesięcioleci statystyk niemieckich z 1944 r., z których jasno wynika, że to Polacy stanowili ca. 1/4 robotników przymusowych w Rzeszy. No i ciekaw jestem, jakie prócz mordu na profesorach lwowskich w 1941 r. przykłady eksterminacji inteligencji we Lwowie czy Łucku ambasador zna.

Ale fakty go nie interesują. Przesłanie moralne listu jest jednoznaczne: Polacy cierpieli bardziej, tym samym ich „ból jest lepszy” od ukraińskiego. Tym samym wiedzą lepiej.

Przyłębski konkluduje: „Tak wyglądała w skrócie historia Ukrainy w latach 1939-1945”. Wyobraźmy sobie ambasadora francuskiego, niemieckiego, rosyjskiego czy ukraińskiego – w gruncie rzeczy każdego przedstawiciela innego kraju – podpisującego taką impertynencję do polskiego kolegi. Przy całym napięciu polsko-rosyjskim wyobraźni nie starcza. Francuz czy Niemiec zostaliby natychmiast odwołani do centrali i schowani gdzieś w archiwum MSZ (albo poza ministerstwem, bo granice arogancji, głupoty i szkodzenia interesom własnego państwa bywają oczywiste).

Ambasador jako historyk to temat osobny. Nie nudźmy czytelnika i ograniczmy się do dwóch przykładów. Twierdzi, że zajrzał „do solidnych opracowań historycznych” i znalazł tam „ważne informacje”, potwierdzające jego „wiedzę posiadaną już przedtem”. Ukraińskich cywili, głównie Żydów, okupant niemiecki „zamordował ok. 1 mln”. W jakich „solidnych opracowaniach historycznych” ambasador znalazł tę liczbę? Poważni historycy kanadyjscy, niemieccy, polscy czy ukraińscy rozkładają bowiem ręce: wiarygodnych szacunków brak. Sądzą, że liczba ofiar okupacji niemieckiej mieści się gdzieś w przedziale 3 do 5 mln. Pewności nie ma nikt. Dlaczego, to temat na inną okazję. Natomiast ambasador naprawdę nie wie, o czym pisze: w jednym miejscu listu pojawia się wspomniany 1 mln ofiar, głównie Żydów. Siedem wierszy dalej twierdzi, że „niemieccy okupanci ze znaczącym wsparciem ukraińskiej pomocy pomocniczej” zamordowali na terytorium Ukrainy ok. 1,5 mln Żydów.

Drugi przykład dotyczy zbrodni dość dokładnie zbadanej: rozstrzelania we wrześniu 1941 r. w Babim Jarze niemal 34 000 Żydów. „Bezpośrednio uczestniczyło [w zbrodni] ok. 300 Niemców i 1200 Ukraińców” – pisze ambasador. Może ujawniłby, w jakich to „solidnych opracowaniach historycznych” znalazł te liczby? Strzelali w Babim Jarze wyłącznie Niemcy. Wiemy to od dawna. SS i policja w Kijowie to ok. 1500 mundurowych, ukraińska pomocnicza – 300. Dane są więc fałszywe. A co by ambasador sądził o następujących zdaniach? „Polska policja granatowa dobrowolnie uczestniczyła w Zagładzie. Jeden z jej oddziałów w składzie 10 Niemców, 80 Polaków, tropiąc głównie Żydów, w ciągu trzech miesięcy zamordował w Małopolsce ok. 300 osób. Podobne oddziały likwidacyjne działały m.in. w Częstochowie i Radomiu”. Wszystkie te dane są znane, wiarygodności tej informacji nie da się podważyć.

Nie będziemy się dalej rozwodzić nad ambasadorem jako dyletantem. Jest bowiem także szkodnikiem. Otóż w tle jego listu znajduje się kwestia pomnika dla polskich ofiar okupacji niemieckiej w Berlinie. Projekt wymyślili niemieccy przyjaciele Polski. Ukraina zaczęła się starać o własny (w kolejce czekają m.in. Białoruś i Grecja), nie kwestionując zresztą prawa Polaków do upamiętnienia swoich ofiar w dawnej stolicy III Rzeszy. Ambasador ukraiński w Berlinie z przyjemnością przekazał treść listu polskiego kolegi posłom do Bundestagu. W obliczu jego impertynenckiego tonu nawet polonofilscy politycy niemieccy praktycznie zostali sparaliżowani, bo każdy przeciwnik „pomnika Polaków” wytknie im ten żenujący dziwoląg, podpisany przez ambasadora RP: po co pracować nad tym projektem, skoro po stronie polskiej partnerem będą p. Przyłębski i jego zwierzchnicy?

Podziękowania dla Andrija Rukkasa (Kijów) za udostępnienie niepublikowanego tekstu na temat jednego z wątków historycznych poruszonych powyżej.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.