Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Moja mama pochodzi z Auksztoty, z okolic Birż. No, a ojciec… jest Białorusinem. Kochałem ojca i on mnie kochał. Nasze relacje miały charakter intelektualny. Kiedy byłem dzieckiem, ojciec czytał mi książki. Kiedy podrosłem, tradycją stały się wspólne spacery. Podczas tych spacerów dużo ze sobą rozmawialiśmy. O wszystkim: o literaturze, historii, przyrodzie i jej Stworzycielu, o kobietach. Byliśmy jak dwóch przyjaciół – mały i duży. Zimą (a wtedy były prawdziwe zimy) jeździliśmy na nartach w Górach Sapieżyńskich. Raz wybraliśmy się na narty w Karpaty. Latem były wycieczki rowerowe. Podczas wakacji spędzanych w Połądze lub na Krymie zawsze wychodziliśmy obaj na spacer brzegiem morza. To była taka nasza „ucieczka” od mamy – chwile, kiedy mogliśmy pogadać „po męsku”. Tak naprawdę te rozmowy mnie ukształtowały.

Ale była też ciemna strona tej przyjaźni. W szkole wstydziłem się (albo zmuszano mnie, żebym się wstydził) swojego niezupełnie litewskiego nazwiska. Ma ono zresztą ciekawą etymologię. Na początku brzmiało po białorusku – Korszun, co znaczy „jastrząb”. Potem zostało zrusyfikowane, pojawiła się końcówka -ow (Korszunow). A później doszła jeszcze litewska końcówka -as (Koršunovas). Zawsze chciałem być stuprocentowym Litwinem, ale moje nieszczęsne nazwisko – jak sądziłem – było mi kulą u nogi. Gdy tylko w szkole między chłopakami zdarzył się jakiś konflikt, zaraz leciało pod moim adresem: „kacap”. Oczywiście w takiej sytuacji nie obeszło się bez bójki.

Ale i w dorosłym życiu, kiedy już zostałem reżyserem, miałem wrażenie, że nazwisko mi przeszkadza. Na Litwie byłem takim nie do końca Litwinem. W Rosji nie był ze mnie żaden Rosjanin, na Białorusi – żaden Białorusin. Dlatego w samym rdzeniu mojej głębokiej przyjaźni z ojcem zalągł się robak. Swoją podwójną tożsamość traktowałem raczej jako problem niż zaletę. I to mnie gryzło – aż do 23 sierpnia.

Łańcuch solidarności - przypisek redakcji

Data 23 sierpnia, o której pisze reżyser, jest ważna z co najmniej dwóch powodów. 

23 sierpnia 1989 r. mieszkańcy Litwy, Łotwy i Estonii utworzyli żywy łańcuch o długości ponad 600 km. Szlak Bałtycki był wyrazem protestu blisko 2 milionów osób przeciwko ówczesnej sytuacji politycznej tych krajów wchodzących w skład Związku Radzieckiego. Dzień protestu wypadał w 50. rocznicę podpisania tajnego protokołu do paktu Ribbentrop-Mołotow o podziale stref wpływu w Europie, na którego skutek kraje bałtyckie popadły w zależność od Związku Radzieckiego.

31 lat później - pod koniec sierpnia ubiegłego roku ponad 50 tys. osób wzięło w niedzielę udział w Szlaku Wolności - łańcuchu solidarności Litwinów z Białorusią. To właśnie o tym wydarzeniu pisze Koršunovas. Oddajmy mu znów głos

Symboliczne pojednanie

Zdarza się, że kaktus, który przez kilkadziesiąt lat stał smętnie na parapecie, nagle zakwita. Podobnie w mojej duszy 23 sierpnia po południu coś ożyło i w końcu zakwitło. Zjednoczenie flag litewskich i białoruskich mnie samego zjednoczyło. Jakbym się wyleczył ze schizofrenii. I może nie tylko ja.

Przecież Wielkie Księstwo Litewskie historycznie zawsze było związane z Białorusią, o wiele silniej niż, dajmy na to, z Łotwą. Listy Giedymina, Pogoń, ziemie należące do tego państwa i tak dalej. Tylko potem okupacja rosyjska była dla Białorusinów nieporównywalnie dłuższa i cięższa. Historia białoruskiej części Wielkiego Księstwa należy do najtragiczniejszych, podobnie jest z historią Białorusi w XX wieku. Podczas drugiej wojny światowej najbardziej ucierpiała Białoruś. Uważa się, że kraj stracił trzy miliony mieszkańców. Mój dziadek z grupą jeńców miał zostać rozstrzelany i tylko dzięki sprytowi cudem przeżył. Ale i po 1990 roku Białoruś miała mniej szczęścia niż inne postsowieckie państwa. To niesprawiedliwe. Białorusini to dobrzy ludzie, może właśnie zbyt dobrzy i w tym tkwi ich niedola.

Na Białorusi mam wielu przyjaciół. Z Mariusem Ivaškeviciusem i białoruską noblistką Swietłaną Aleksijewicz już dawno myśleliśmy o wystawieniu jej „Czarnobylskiej modlitwy”, jeszcze zanim powstał głośny serial „Czarnobyl”, który zresztą w znacznej mierze oparty jest na jej książce. Wierzę, że nasz spektakl dojdzie do skutku, tak jak wierzę w szczęśliwe zakończenie tego dramatu, który rozgrywa się teraz na Białorusi. A to, co stało się na Litwie 23 sierpnia 2020 r. w czasie „Łańcucha Wolności” znów zjednoczyło narody, przez wieki żyjące razem. Ja zaś ostatecznie pojednałem się z ojcem.   

tłumaczyła Izabela Korybut-Daszkiewicz

Oskaras Koršunovasreżyser. Urodzony w 1969 r. w Wilnie, studiował reżyserię w Litewskim Konserwatorium pod kierunkiem Jonasa Vaitkusa, klasyka teatru litewskiego. W latach 1990–98 reżyserował w Akademickim Teatrze Dramatycznym w Wilnie (obecnie Narodowy Teatr Dramatyczny). W 1998 roku założył własny teatr (Oskaro Koršunovo Teatras). Jego spektakle od lat 90. cieszą się niesłabnącym powodzeniem w kraju i za granicą. Zdobył wiele prestiżowych nagród, m. in. na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym w Edynburgu (1990, 1995) oraz na Międzynarodowym Festiwalu Kontakt w Toruniu (1991, 1998 oraz 2000).

Największy rozgłos przyniosły mu inscenizacje tekstów pisarzy awangardowych z kręgu „oberiutów", działających w Rosji w latach dwudziestych (w warszawskim Teatrze Studio reżyserował w 1998 spektakl Bam, wg sztuki Daniłla Charmsa).

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.