Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wybory prezydenckie na Białorusi i protesty społeczne wywołane fałszerstwami Łukaszenki od samego początku były uważnie obserwowane przez demokratów rosyjskich. Białoruś jest od ćwierćwiecza uważana nie tylko przez ludzi Kremla, ale także przez część środowisk liberalnych za niewielką rosyjską półkolonię. Z niewydolną, niekonkurencyjną gospodarką finansowaną przez Moskwę i społeczeństwem pokornie znoszącym brutalny autorytaryzm Łukaszenki. Teraz Białoruś właściwie z dnia na dzień stała się przykładem do naśladowania. 

"Łukaszenka się znudził"

Po tygodniu gwałtownych protestów ulicznych w całym kraju oświadczenie wydał Grigorij Jawliński, szef partii Jabłoko: „Łukaszenka, po pierwsze – sfałszował rezultaty wyborów, po drugie – po 26 latach znudził się Białorusinom, po trzecie – prowadzi kraj w ślepą uliczkę: zbudował tępy, policyjny, autorytarny system z niewydolną gospodarką niemogącą funkcjonować bez dotacji z zewnątrz. W końcu te wieloletnie bezgraniczne kłamstwa i chamstwo władzy zostały kategorycznie odrzucone przez obywateli. Właśnie z tych, wyłącznie wewnętrznych przyczyn od tygodnia na Białorusi trwają uzasadnione masowe, pokojowe protesty. Represje władzy mówią same za siebie: ponad 6,5 tys. zatrzymanych, wiele osób dotkliwie pobitych, zastraszanych i poniżanych. (…) Zdecydowana większość Białorusinów opowiada się za dobrymi relacjami z Rosją, ale tylko pod warunkiem utrzymania pełnej suwerenności Białorusi”.

O sile białoruskiego sprzeciwu pisał także opozycyjny polityk Leonid Gozman. Jego także, podobnie jak Jawlińskiego, interesował stosunek Białorusinów do największego sąsiada, czyli Rosji, i przyszłe relacje obydwu państw: „Zaskakujące w rewolucji na Białorusi są nie tylko niezłomność i odwaga ludzi oraz głupota reżimu, ale także to, że jest to moim zdaniem jedyne miejsce dawnego ZSRR, gdzie protestujący nie obrażają naszego największego skarbu – Władimira Władimirowicza Putina. (...) Na Białorusi jako jedynym państwie poradzieckim nie tylko intelektualiści, ale też wielu prostych obywateli rozumie różnicę między państwem rosyjskim a rosyjskim społeczeństwem. Niewykluczone, że to zasługa Łukaszenki – wiele lat sprzeciwiali się utożsamianiu z nim swojego państwa, przekonywali siebie i innych, że Białoruś to nie Łukaszenka. Dlatego rozumieją, że Rosja to nie Putin”.

Jednocześnie Gozman widzi w protestach politycznych budzącą się samoświadomość kulturalną i narodową: „Białorusini nie są do Rosjan nastawieni źle – pisze Gozman – ale są bardziej niż kiedyś świadomi różnic między nami. Charakterystyczne jest niemal masowe przejście na język białoruski. Po białorusku mówią nawet ci, dla których wcześniej nie było to ważne. Dotyczy to nie tylko ludzi młodych, ale także starszego pokolenia. (…) Ta rewolucja jest oczywiście zorientowana na drogę europejską. W przeciwieństwie do Ukrainy, gdzie o kierunek europejski toczyła się walka, tu jest on jakby naturalny, nie jest przedmiotem sporów i dlatego nie jest manifestowany w hasłach protestujących. Białorusini, zwłaszcza wykształcona młodzież, patrzą na Wilno i Warszawę. Wielu z nich tam studiuje, istnieją specjalne stypendia dla Białorusinów, organizowane są seminaria, na przeprowadzenie których Łukaszenka nie zgadzał się u siebie. Białorusini mają silną diasporę, która w życiu kraju odgrywa ważną rolę”.

Nawalny przewidział bieg wydarzeń

Jednak najwięcej uwagi sytuacji na Białorusi poświęcał na swoim kanale na YouTubie Aleksiej Nawalny. Każdy z jego programów ogląda przeszło milionowa widownia. Najważniejszy i najpopularniejszy rosyjski polityk opozycyjny został otruty 20 sierpnia w drodze z Tomska do Moskwy. Dzisiaj, wciąż nieprzytomny, utrzymywany w śpiączce, jest leczony w szpitalu w Berlinie.

W ciągu pierwszych powyborczych dni Nawalny opublikował kilka szczegółowych nagrań o sytuacji na Białorusi. Pierwsze z nich 8 sierpnia, a więc jeszcze przed protestami, w przeddzień wyborów, trafnie przewidywały wypadki najbliższych dni: „Nikt już nie wierzy, że Łukaszenka może wygrać wybory, a tym bardziej że może wygrać ze swoim ulubionym rezultatem 85 procent. (…) Król jest nagi. Skąd się bierze jego poparcie? Znikąd. On nie ma żadnego społecznego poparcia. (…) Oni ogłoszą wyniki całkowicie sfałszowane. I te wyniki nikogo nie usatysfakcjonują. Po czym MSW zapowie, że trzeba bić i rozpędzać ludzi, którzy chcą tylko jednej zwykłej rzeczy – po prostu uczciwych wyborów. (…) Życzę obywatelom białoruskim sukcesu w nadchodzących wyborach – mówił Nawalny. Nie będzie to proste, ale wszyscy mamy nadzieję, że (…) siły dobra zwyciężą i Białorusini będą mogli wybierać taką władzę, jakiej sami zechcą, i będą szli w stronę, w którą sami będą chcieli, i nikt nie będzie ich do niczego zmuszać”.

14 sierpnia, czyli piątego dnia protestów, Nawalny z entuzjazmem mówił o strajkach rozpoczynających się na całej Białorusi: „Zaczynają się strajki. To słuszny, bardzo śmiały i nieoczywisty krok. (…) To niesamowita decyzja zmieniająca całą dotychczasową sytuację. (…) Strasznie jest być pierwszym, każdy robotnik boi się pierwszy powiedzieć, że strajkuje. Bo co, jeśli jego koledzy za nim nie pójdą? (…) Zwolnią go i nie będzie żadnego strajku. Tak samo jest z całymi fabrykami: bardzo trudno jest powiedzieć tym pierwszym: strajkujemy”.

Jednocześnie Nawalny próbował studzić tych komentatorów, którzy wzywali Białorusinów do radykalniejszych działań: „Mam dobre ćwiczenie psychologiczne dla każdego, kto daje teraz Białorusinom rozmaite rady. Po prostu wyobraźcie sobie samych siebie na miejscu tych, którzy mimo wszystko wyszli na ulice, chociaż widzieli ludzi bitych przez OMON i słyszeli, że żołnierzom wydaje się ostrą amunicję. To dowód najprawdziwszej odwagi”.

Aleksiej Nawalny stanął także w obronie znajdującej się na Litwie Swiatłany Cichanouskiej: „Wielu mówi, że zostawiła swój naród i uciekła (…). Takie komentarze, które często słyszy się w Rosji, są niesprawiedliwe i po prostu głupie. (…) Cichanouska jest bohaterką (...). Rolę symbolu jednoczącego całe społeczeństwo wypełniła w 146 procentach” – mówił.

"Mam nadzieję, że Białorusinom się uda"

Oczywiście tłem wszystkich komentarzy Aleksieja Nawalnego na temat Białorusi jest sama Rosja. Sytuację, w której Łukaszenka zawczasu aresztował lub zmusił do wyjazdu za granicę wszystkich kontrkandydatów, żeby od samego początku kontrolować wybory, Nawalny, który swego czasu był w Rosji pomysłodawcą idei tzw. mądrego głosowania, czyli skupiania wszystkich głosów opozycyjnego elektoratu na tym kandydacie opozycji, który cieszył się największym poparciem w regionie, oceniał tak: „Żadnych kandydatów. Niedopuszczenie niezależnych kandydatów to jego podstawowy instrument. Jego zasadą jest w żadnym razie nikogo nie dopuszczać. A naszym credo powinno być: za wszelką cenę żądać rejestracji kandydatów niezależnych. Dopóki będziemy się zgadzać na wybory z kandydatami takimi jak Sobczak czy kto tam jeszcze, nic nie osiągniemy. Ludzie wychodzą na ulicę, żeby poprzeć Cichanouską, a nie kogoś w rodzaju Sobczak”.

„Mam wielką nadzieję – mówił dalej Nawalny – że Białorusinom i Białorusi się uda. (…) To ludzie, którzy cierpieli pod jarzmem jeszcze gorszym niż to, w które wprzęgli nas Putin i Jedna Rosja, dlatego ich sukces będzie jednocześnie naszym wielkim sukcesem, będzie powodem do naszej prawdziwej, szczerej radości. Ludzie, którzy dokładają swoją małą cegiełkę do strajku, do funkcjonowania wolnych mediów, którzy mimo strachu wychodzą na ulice, to prawdziwi bohaterowie i tak powinniśmy ich traktować”.

Kolejne dni protestów Aleksiej Nawalny komentował w następnych programach tak: „Tego się już nie da cofnąć. Nikt nigdy nie uwierzy, że za Łukaszenką naprawdę stoi lojalna mu armia, że naprawdę stoi za nim cała policja, że naród go kocha, że popierają go robotnicy. Nawet jeśli jutro zdecyduje się wszystko utopić we krwi (...), i tak nie ma już powrotu do tej sytuacji sprzed kilku tygodni”.

Nawalny ponownie szukał porównań z bezalternatywnym autorytaryzmem rosyjskim: „Myślimy, że wychodzenie przeciwko Putinowi nie ma żadnych szans. To samo i tam – Białorusinom przez 26 lat powtarzano, że protestowanie przeciwko Łukaszence nic nie da, ponieważ on jest popularny. Potem mówiono, że lepiej nie protestować przeciwko Łukaszence, ponieważ jest popularny, a poza tym nie będzie się z nikim patyczkować. A potem, że każdą próbę protestu i tak zdusi. (…) Zastraszali, bo tak naprawdę rozumieli, że wiecznie to trwać nie będzie”.

Czy podobne protesty możliwe są w Rosji

Podobnie przyszłość widzi Siergiej Gurijew, ekonomista, wykładowca paryskiej Sciences Po, jeden ze współpracowników Aleksieja Nawalnego zmuszony do emigracji z Rosji w 2013 roku: „Demokratyzacja jest zaraźliwa. Jeśli sąsiad się demokratyzuje, to aktywiści demokratyczni w waszym kraju zaczynają mieć powody do optymizmu, więcej energii do walki z dyktaturą”.

O analogiach z Rosją i receptach wynikających dla Rosji z sytuacji białoruskiej mówi także Władimir Miłow, były wiceminister energetyki, dzisiaj jeden z najbliższych współpracowników Nawalnego. „Czy podobna fala strajków jest możliwa w Rosji? – pyta Miłow. (…) Między 20. i 26. rokiem panowania dyktatora dochodzi do jakiegoś społecznego pęknięcia, ludzie ostatecznie przestają wierzyć w obietnice władzy o »świetlanej przyszłości« i w bajki o »stabilizacji«. Dobra wiadomość dla Rosji jest taka, że na sto procent czeka nas coś podobnego, tyle że trochę później, ponieważ Putin siedzi na tronie trochę krócej niż Łukaszenka. (…) Przyjdzie czas i taki ruch pojawi się również w Rosji. (…) Nie trzeba będzie długo czekać, zmęczenie rządzącymi zawsze bierze górę”.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.