Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Polacy z niepokojem, ale i sympatią śledzą rozwój wydarzeń za naszą wschodnią granicą. To, co się dzieje na Białorusi, wielu w Polsce porównuje do wydarzeń grudniowych albo do Sierpnia 1980 roku, choć życzylibyśmy Białorusinom, aby to był raczej nasz 1989 rok. Tymczasem jednak chytry i brutalny satrapa okopał się mocno i nie wykazuje najmniejszych skłonności do ustępstw ani do jakiegokolwiek dialogu z własnym społeczeństwem. Uważa, że wygrał wybory – jakie były, widzieliśmy dobrze – i z nikim nie musi rozmawiać. No, rozważa jakieś kosmetyczne korekty w zakresie swoich bezkresnych kompetencji, ale będą jego samowładną decyzją, a nie odpowiedzią na oczekiwania społeczeństwa. Przeciwko wielosettysięcznym manifestacjom wysyła jedynie formacje siłowe. Obrazy mrożą krew w żyłach, choć pod tymi zakutymi pancerzami zdarzają czasem ludzkie serca.

"Morawiecki? Swój chłop"

Dla wielu w Polsce musi być ciekawe, jak Łukaszenka tłumaczy to, co się dzieje na ulicach Mińska i innych białoruskich miast, i jak objaśnia swoje reakcje. Otóż ni mniej, ni więcej oświadcza, że nie ustąpi przed żądaniami ulicy wspieranej z zagranicy. Mówi bez przerwy to samo w różnych wersjach. Łatwo sprawdzać. Brzmi znajomo, nieprawdaż? Wszak jeszcze niedawno czołowi przedstawiciele PiS drwili z manifestujących na polskich ulicach w obronie demokracji, praworządności, niezależności sądów i mówili, że „ulica i zagranica” nie będzie niczego dyktować suwerenowi, czyli de facto Kaczyńskiemu i jego klice. Co mówił prezydent Duda o tych, co chcieliby nam „w obcych językach…”, pamiętamy. Przy okazji niedawnych negocjacji o unijnym budżecie premier Morawiecki w Warszawie prześmiewczo odrzucał argumenty Brukseli o „tak zwanej praworządności”. Łukaszenka nazwał demonstrantów „szczurami”. Czy bardzo odbiega to od słów Kaczyńskiego i jego gorliwego otoczenia, daruję sobie cytaty, używanych wobec krytyków jego polityki?

Ale bardzo proszę, w poniedziałek, przy okazji rocznicy wydarzeń sierpniowych, Andrzej Duda i Mateusz Morawiecki chętnie odwoływali się do doświadczenia polskiej "Solidarności" walczącej o wolność i demokrację jako inspiracji dla Białorusinów. A co my mamy o tym wszystkim sądzić, chyba wiemy. Rządzący oswoili nas ze swoim plugawym językiem stosowanym wobec oponentów, do oszczerstw i obłudy, która przenika ich argumentację i propagandę. Ale co ma myśleć Łukaszenka o tweetach czy wypowiedziach premiera Morawieckiego na temat Białorusi? Pozornie mógłby się złościć, bo przecież on broni Białorusi przed ingerencją Polski tak samo, jak Morawiecki Polski przed ingerencją Brukseli. Jednak w głębi duszy myśli chyba inaczej: „Morawiecki? To swój chłop, specjalista od PR, więc wie, co się w Polsce spodoba, ale przecież tak naprawdę jesteśmy z jednej gliny. Należymy do tego samego kręgu facetów, którzy zakochali się we władzy. A tacy jak my, władzy raz zdobytej…”. Łatwo można sobie wyobrazić, jak Łukaszenkę uspokaja Putin: „Sasza, nie przejmuj się, oni tak krzyczą ‘łapaj złodzieja’, bo chcą odwrócić uwagę od siebie”. Przesada? Niezupełnie.

Klucz: bezkarnie rządzić

Otóż w ostatnich latach mamy do czynienia z pojawieniem się swoistej międzynarodówki kratoholików, czyli osób uzależnionych od pozostawania przy władzy w nieskończoność. Właściwie to jest jakaś ich pandemia. Wystarczy spojrzeć: od Xi Jinpinga, przez Putina, Łukaszenkę, Erdogana, Orbána, po Kaczyńskiego i jego grupę, i dalej. Po czym ich poznać? Style mają różne, bo reprezentują różne szkoły i działają w różnych warunkach, ale jedno ich łączy. Zaraz po dojściu do władzy zaczynają zmieniać ustrój, czyli z reguły konstytucję, aby zapewnić sobie długie i bezkarne rządzenie. Każdy z nich to zrobił. Sprawą kluczową w tych zabiegach jest deformacja procedury wyborczej oraz przejęcie władzy nad sądami. Łukaszenka także obecnie powtarza: sądów nie oddam. To właśnie w tym samym celu Ziobro i Kaczyński chcą w Polsce wziąć sądy pod but.

Zanim więc obłudnie premier Morawiecki czy prezydent Duda będą znowu przywoływać polski przykład w kontekście wydarzeń na Białorusi, niech najpierw sami przestaną się inspirować Białorusią jako systemem samowładztwa. Niech zaprzestaną zamachów na niezależność sądów, wolność mediów i organizacji pozarządowych w Polsce. Niech w Polsce ustanie jedynowładztwo głównego lokatora gmachu na Nowogrodzkiej i niech zostanie przywrócony trójpodział władzy. Niech wybory, prezydenckie czy parlamentarne, będą ponownie równe i uczciwe. I niech jako memento pamiętają o tym, jak kończą ludzie tak zakochani we władzy jak Łukaszenka. To prawda, nie wszyscy kratoholicy kończą jak Łukaszenka czy legendarny król Popiel. Więc jeśli pocieszają się, że niektórym się udaje, powinni wiedzieć, jaki jest los krajów rządzonych przez ludzi zakochanych we władzy, a zatem ostatecznie pomyśleć o swoim miejscu w historii. Kiedyś przecież odejdą. A wraz z nimi odejdą także ich klakierzy i spin doktorzy, usłużni historycy, dworscy artyści i reżimowe media, zniknie aura wielkości i nieomylności. Pozostaną sam na sam z historią, a ta w ich ocenie nie będzie mieć litości.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.