Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Autor jest przewodniczącym Rady Fundacji Otwarty Dialog.

Od pierwszych dni rewolucji w listopadzie 2013 r. byliśmy na kijowskim Majdanie. Nie da się jednak porównać poziomu i skali przemocy tamtej zimy w Kijowie i tego lata w Mińsku. Tak, to prawda, siepacze Janukowycza zabili ponad 100 Ukraińców i wspierających ich obywateli innych krajów. Jednak pole starcia było zasadniczo zawężone do Majdanu i okolic; przez wiele dni berkutowcy (ówczesny ukraiński OMON) chronili po prostu kwartał rządowy przed gniewem społecznym, względnie podejmowali (czasem dosyć niemrawe) próby natarcia na zabarykadowany Majdan.

Ówczesne władze Ukrainy nie urządzały od samego początku regularnych polowań na protestujących i przypadkowych mieszkańców na ulicach CAŁEGO Kijowa i szeregu innych miast. To prawda - zdarzały się pobicia uczestników protestów w ciemnych uliczkach; zdarzało się nocne niszczenie samochodów na lwowskich tablicach. Od pewnego momentu należało wystrzegać się tituszek - coraz bardziej otwarcie współpracujących z milicją zbirów.

Mimo to w Kijowie przez cały niemal okres rewolucji godności było względnie bezpiecznie. A my jako cudzoziemcy czuliśmy się poniekąd bardziej bezpiecznie, wiedząc, że miejscowe służby będą do nas zapewne podchodziły ze szczególną ostrożnością, mając świadomość, że atak na nas może wywołać skandal dyplomatyczny.

Czytając i oglądając dziś relacje z Białorusi, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że siepacze Łukaszenki uliczną agresję i przemoc wynieśli na nowy poziom. Szokujące wrażenie robią sceny wysyłania OMON-u nawet na wieś i bicia mieszkańców na podwórkach własnych domów. Niewiarygodne wręcz wydają się doniesienia o regularnym strzelaniu w okna prywatnych mieszkań, o bezwzględnych łapankach na korespondentów prasowych - zarówno miejscowych, tych z Rosji i Ukrainy, ale też z Polski i z brytyjskiej BBC. Są już także informacje o użyciu ostrej amunicji.

Pierwszą ofiarę śmiertelną w Mińsku przyniosły już pierwsze dni protestów. Do dziś nie wiadomo, ile ich jest - na pewno kilka. Zostać ciężko pobitym w ostatnich dniach można było wszędzie. Ofiarą padali także przypadkowi przechodnie. Relacje z miejsc zatrzymań przywodzą na myśl brutalność, jaką charakteryzowało się Gestapo i NKWD w czasie II wojny światowej. Poraża skala represji: zatrzymanych zostało kilka tysięcy osób, setki “zaginęły”. Uświadamia to dziś wyraźnie, że Białoruś Łukaszenki to bezwzględne państwo policyjne, którego nie da się porównać z Ukrainą Janukowycza. Dlatego wsparcie Białorusinów jest dziś jeszcze większym wyzwaniem: zarówno moralnym, jak i geopolitycznym.

Sankcje wobec reżimu i jego funkcjonariuszy

Po pierwsze, na szczeblu politycznym,  opowiedzieć się zdecydowanie po stronie protestujących i - z nieco większą ostrożnością - opozycji demokratycznej. Odmówić uznania Łukaszenki za zwycięzcę wyborów i wezwać do ich powtórzenia.

 Po drugie, wprowadzić bezwzględne sankcje personalne wobec przedstawicieli władz - tak najwyższego, jak i średniego szczebla - odpowiedzialnych za politykę i realizację represji. Zero wiz, zamrożenie zagranicznych aktywów, publiczne napiętnowanie. Tak wobec polityków, funkcjonariuszy, jak i ich rodzin.

Po trzecie, stanowczo domagać się uwolnienia zatrzymanych i zakończenia represji. Wraz z powtórzeniem wyborów (z gwarancją udziału i bezpieczeństwa Swiatłany Cichanouskiej) powinny one warunkować dalsze kroki Polski, UE i wszystkich państw zachodnich wobec reżimu: liberalizacja - więcej dialogu, przykręcanie śruby - więcej sankcji.

Trzeba postawić na szali dalszy udział Białorusi w Partnerstwie Wschodnim i organizację spotkań poświęconych Ukrainie w formacie normandzkim w Mińsku, a odcięcie Białorusi od systemu rozliczeń finansowych SWIFT powinno służyć jako straszak na Łukaszenkę. Nie zawsze sankcje i retorsje trzeba natychmiast wprowadzać - często wystarczy sama (lecz wiarygodna) ich groźba. Absolutną czerwoną linią powinny być ataki na dziennikarzy. 

Pomoc finansowa i technologiczna dla opozycji

Po czwarte, trzeba udzielić wszelkiego możliwego wsparcia protestującym, niezależnym mediom i społeczeństwu obywatelskiemu. Otwarta granica dla represjonowanych pragnących ewakuować się z kraju, szybka ścieżka w przyznawaniu statusu uchodźcy, wsparcie finansowe dla Białorusinów w kraju i ich rodzin. Także wsparcie materialne - protestujący potrzebują nowoczesnych telefonów i sprzętu łączności; oraz wsparcie informacyjne i technologicznie - tak by umożliwiać obchodzenie wprowadzanych przez władze blokad internetu. Potrzebne są misje obserwacyjne z zagranicy - nie tylko w Mińsku, lecz i innych miastach; nie wolno zapomnieć o protestujących regionach.

Do działania w tych wszystkich obszarach powinny się zaangażować ambasady i konsulaty państw demokratycznych. Obserwatorzy z ramienia Parlamentu Europejskiego i parlamentów krajowych oraz dyplomaci powinni monitorować miejsca protestów i dobijać się o spotkania z zatrzymanymi. Ich obecność mogłaby przyczynić się do otrzeźwiania miejscowych struktur siłowych.

Po piąte, Rosja: jedyne miejsce, w którym Łukaszenka może liczyć na realne wsparcie zewnętrzne. Z Rosją nie trzeba “rozmawiać o Białorusi”, lecz ostrzec, że jakakolwiek interwencja w jej sprawy wewnętrzne spotka się z retorsjami UE i całego Zachodu, co w praktyce powinno oznaczać dalsze zacieśnienie sankcji, tak systemowych, jak i personalnych. Rosja ma się gospodarczo coraz gorzej i Zachód zdecydowanie powinien to wykorzystać.

Po szóste, Ukraina, państwo, które z uwagi na wojnę z Rosją z ostrożnością podchodzi do swojego północnego sąsiada, powinno jednak zostać wciągnięte w postulowany front działań państw zachodnich; Łukaszenka to przeszłość, a idąca w kierunku zachodnim Białoruś to szansa dla Ukrainy. Ukraińskie społeczeństwo, pomne wsparcia Białorusinów w czasie Majdanu, czuje istotny dług wdzięczności wobec sąsiadów.

Wspierajmy ferment w białoruskiej elicie władzy

Po siódme, trzeba wysyłać sygnały do konstruktywnej części białoruskich elit władzy: białoruscy ambasadorowie w krajach zachodnich i przedstawiciele Białorusi w organizacjach międzynarodowych powinni otrzymać wiadomość o gotowości Zachodu do rozmowy o przyszłości kraju; o woli mediacji i wsparcia dla dialogu ze społeczeństwem, o wsparciu dla tych członków rządu i administracji, którzy będą skłonni do wystąpienia przeciw Łukaszence i wsparcia przemian. W optymalnym wariancie należałoby dążyć do umożliwienia Łukaszence ewakuacji za granicę i swego rodzaju scenariusza okrągłostołowego na Białorusi.

Po ósme, potrzebna byłaby hojna oferta dla demokratycznej Białorusi i Białorusinów. Wsparcie finansowe i eksperckie reform, droga do stowarzyszenia z UE, ruch bezwizowy, programy stażowe i stypendialne, wspólne projekty z europejskim społeczeństwem obywatelskim i przede wszystkim - wsparcie polityczne i pomoc gospodarcza w obliczu spodziewanej kontrakcji Moskwy, od której Białoruś jest w poważnym stopniu uzależniona w dziedzinie energetyki i eksportu - reorientacja Ukrainy po Majdanie powinny służyć tu jako punkt odniesienia. Tak, przemiany mogą być trudne i bolesne, lecz jak wiele Białorusini mają dziś do stracenia?

Czy Białoruś skręci na Zachód?

Oczywiście to plan maksimum, którego realizm można słusznie podawać w wątpliwość. Zachód (ani nawet UE) nie jest dziś monolitem, a dopóki prezydentem USA pozostaje walczący o reelekcję Donald Trump, dopóty poważnie ogranicza to możliwości skutecznego wspólnego działania.

Nie znaczy to jednak, że w tym kierunku nie należy zmierzać i prowadzić działań w ramach montowanych ad hoc “koalicji chętnych” - państw sąsiadujących z Białorusią czy państw w pierwszym rzędzie zainteresowanych stawianiem tamy ekspansjonistycznym zapędom Rosji. Takim krajem w pierwszym rzędzie jest Polska i gdyby nie fatalna ekipa, która sprawuje obecnie władzę, moglibyśmy i powinniśmy znaleźć się w awangardzie państw przewodzących wsparciu dla Białorusi, tworząc razem z Litwą i pozostałymi państwami bałtyckimi oraz Szwecją i Wielką Brytanią (kraje te mocno wspierają Ukrainę i występują przeciw Rosji) - pierwszy krąg zaangażowanych. Powinniśmy też mobilizować wszystkie możliwe instytucje europejskie i międzynarodowe. Czy jesteśmy dziś na to gotowi?

Łukaszenka jest skończony, jego pozycja została nieodwracalnie podważona. Nie jest gwarantem utrzymania niby-niezależności Białorusi od Rosji, lecz gwarantem rosyjskich wpływów, nawet jeśli czasem zdaje sprzeciwiać się ich poszerzeniu. Na Białorusi stacjonują rosyjskie wojska, a po agresji Rosji na Ukrainę kraj ten - jako część wspólnego obszaru celnego - stał się strefą przerzutową umożliwiającą obchodzenie sankcji gospodarczych nałożonych na Moskwę. Dlatego w Rosji zaczęły królować białoruskie krewetki.

Jednocześnie putinowska Rosja pozostaje głównym geopolitycznym zagrożeniem w naszej części świata. Rozgrywka o Białoruś w tym kontekście jest podobna do gry o Ukrainę: o to, czy stanie się częścią Zachodu, czy pozostanie pod wpływami Moskwy. A im dalej możemy odsunąć rosyjskie oddziaływanie, tym lepiej dla nas.

Putin słusznie obawia się sukcesu kolorowych rewolucji i reform na obszarze postsowieckim: to przykłady, które promieniują.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.