Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Premier Mateusz Morawiecki zwrócił się do Josepa Borrella, szefa unijnej dyplomacji, o zwołanie nadzwyczajnego szczytu UE w sprawie wydarzeń na Białorusi.

Szef MSZ Jacek Czaputowicz odrzucił zarzuty Aleksandra Łukaszenki, że protesty przeciwko fałszerstwom wyborczym w jego kraju były inspirowane przez Polskę, Czechy i Wielką Brytanię. 

Powiedział, że „skala tych protestów to nie jest wynik oddziaływania zagranicy, tylko niezadowolenia samego społeczeństwa białoruskiego”. Dodał, że „wybory pokazały, iż społeczeństwo białoruskie jest świadome, aktywne, coraz bardziej zainteresowane, by mieć realny wpływ na kształtowanie przyszłości własnego kraju”.

Powiedział też, że drogą rozwiązania konfliktu na Białorusi mógłby być dialog w rodzaju Okrągłego Stołu w Polsce w 1989 r. I zadeklarował, że „w razie niepomyślnego rozwoju sytuacji polegającego na eskalacji konfliktu na pewno sankcje wobec Białorusi będą jedną z opcji rozważanych”.

Nie wiem, jaki będzie rezultat tych słów i tych inicjatyw. Jednak ważne jest, że te słowa padły. Są one zgodne z aspiracjami wolnościowymi społeczeństwa białoruskiego, z interesem polskiej racji stanu i polskiej demokracji, wreszcie – z interesem i systemem wartości UE. Cieszy też, że w retoryce Czaputowicza Okrągły Stół to nie zdradziecki spisek „różowych” z „czerwonymi”, lecz wzór do naśladowania.

Minister Spraw Zagranicznych Jacek CzaputowiczMinister Spraw Zagranicznych Jacek Czaputowicz Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta

Sens słów ministra rządu PiS jest oczywisty: łamanie demokracji, deptanie praw człowieka i pomiatanie ludzką godnością nigdy nie będzie sprawą wewnętrzną władz państw, które się tego dopuszczają. To są sprawy całej ludzkiej wspólnoty zatroskanej o wolność w Korei Płn. i Wenezueli, w chińskim kraju Ujgurów i w Hongkongu, w Rosji czy w Iranie, w Turcji czy na Białorusi. Także w Budapeszcie i Warszawie.

Gdy ludzie prostują karki, wychodzą na ulice w obronie swych praw, zawsze słyszą od rządów autorytarnych, że ich jedynym argumentem jest „ulica i zagranica”. 

Tak brzmi od czasów Hitlera i Stalina mantra wszystkich dyktatur.

Dobrze więc się stało, że z ust ważnych polityków PiS padły słowa zgodne z systemem wartości UE, a nie obelżywe frazesy o „zdradzieckich mordach”, „chamskiej hołocie”. Dobrze, że tym razem politycy PiS nie pokazali Białorusinom środkowego palca.

Chciałbym tylko, by pamiętali oni, że oprócz Białorusi jest inny kraj, w którym miliony ludzi też wolą słuchać o dialogu w duchu Okrągłego Stołu, niż oglądać brutalność policji wobec pokojowych demonstrantów i słuchać szczujących nagonek na LGBT. To jest doprawdy smutne widowisko zarówno na ulicach Mińska, jak i na ulicach Warszawy.

Ale na razie chwalę polityków PiS – choć od pięciu lat nie dawali mi okazji do pochwał.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.