Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nie ma wolności bez solidarności

Musimy być solidarne i solidarni, bo inaczej nikt nie zaprotestuje, kiedy przyjdą po ciebie, po mnie, po nas.

Obserwując marsze narodowców, kopiących dziewczyny po twarzy osiłków z flarami i celtyckimi znakami, wygrażających „lesbom i pedałom”, widząc wiernych Kościoła z „krzyżem na piersi i browningiem w kieszeni” ryczących: "Wypierdalać!". Słuchając podziękowań przedstawicieli Kościoła za „patriotyczną postawę i obronę wartości katolickich”, widząc długotrwałą bierność prokuratury i policji w ściganiu agresorów - uważamy, że dziś trzeba stanąć po właściwej stronie.

Po stronie bitych, a nie bijących.

Państwo autorytarne rozkwita nie wtedy, kiedy źli ludzie robią złe rzeczy, ale gdy dobrzy ludzie im na to pozwalają.

Autorytarna władza potrzebuje wciąż nowego wroga. Szczuła na uchodźców, opozycję uliczną, kobiety z "czarnego protestu", Niemców, Żydów i Ukraińców, na elity od Sorosa i NGO-sy, na lekarzy rezydentów, niepełnosprawnych, uczniów i nauczycieli, „ideologię gender”, na WOŚP Jurka Owsiaka i prezydenta Pawła Adamowicza...

Dziś szczuje na środowisko LGBT+, jutro znajdzie sobie inny cel - ale zawsze będzie to słabszy i zawsze będzie to mniejszość, którą taka władza wyklucza i stygmatyzuje. Z poparciem fanatycznych duchownych mieni się reprezentantem większości „zdrowych”, „heteroseksualnych”, „poczętych naturalnie, a nie z in vitro”, „katolickich”, „patriotycznych”, „prawdziwych”, „normalnych Polaków”. Co wam to przypomina?

Zaczyna się od stopniowego przyzwalania przez instytucje państwa na przemoc symboliczną, która przechodzi w werbalną, a kończy się fizyczną. Autorytaryzm sieje wiatr i zbiera burzę, a potem obłudnie wypiera się wszelkiej za to odpowiedzialności.

Nie ma solidarności bez wolności

„Gazeta Wyborcza” wraca do  hasła, które towarzyszyło jej od zarania. Wielu z nas, wywodzących się z generacji założycieli „Wyborczej”, skandowało je w stanie wojennym na manifestacjach. Wielu za to siedziało w więzieniach i obozach internowania. Warto było, jednak to już przeszłość.

Trudniej okazać realną solidarność, niż o niej mówić. Staraliśmy się. Nasi Czytelnicy, a „Wyborcza” wraz z nimi, nieśli pomoc ofiarom wielkiej powodzi w 1997 r. Jeździliśmy z konwojami do oblężonego Sarajewa i ze wsparciem dla ukraińskiej demokracji na kijowskim Majdanie.

Razem walczyliśmy o godność kobiet w akcji „Rodzić po ludzku”. Maszerowaliśmy w "czarnych protestach". Razem upominaliśmy się o wykluczonych i krzywdzonych ekonomicznie, o umierające ofiary smogu, o lokatorów gnębionych przez "czyścicieli" kamienic, o ofiary przemocy w seksualnej, zwłaszcza dzieci. Byliśmy i jesteśmy solidarni z niepełnosprawnymi.

Razem z wami kwestowaliśmy na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Razem wychodziliśmy na ulice w obronie konstytucji, wolnych sądów, praw człowieka i ludzkiej godności. Broniliśmy dzielnych kobiet bitych przez nacjonalistyczne bojówki na marszu z okazji Święta Niepodległości.

Dziś stoimy po stronie bitych uczestników Marszu Równości w Białymstoku, po stronie osób LGBT+. Zawsze będziemy z krzywdzonymi i poniżanymi, z tymi, którym odmawia się praw.

Świat nie idzie w dobrą stronę, więc już dziś musimy być solidarni z przyszłymi ofiarami egoizmu i krótkowzroczności współczesnych, alarmując o nadciągającej katastrofie klimatycznej, klęsce ekologicznej, walcząc o planetę wolną od plastiku, zasilaną odnawialną energią.

Nie wiemy, kto w Gdańsku w sierpniu 1980 r. pierwszy skandował hasło: „Nie ma wolności bez solidarności”. Ale ktokolwiek to był, nie spodziewał się, że jego przesłanie w XXI wieku tak bardzo zyska na sile i znaczeniu.

Wolni i solidarni

Wolność jednych nie może naruszać wolności drugich. Wolność większości nie może być tyranią wobec mniejszości. Zwłaszcza gdy za większością stoi siła państwa, a za mniejszością nikt, bo obywatele czują się bezsilni.

Przesłanie: „Nie ma wolności bez solidarności”, nas zobowiązuje. Świat, jaki znaliśmy - stabilny, bezpieczny, przewidywalny - rozpadnie się na naszych oczach, jeśli zamkniemy się w egoizmie, jeśli zajęci własnym doraźnym interesem będziemy tylko kupować, konsumować i przeżuwać. Wtedy na oścież otworzymy bramy przed populistami i politycznymi szarlatanami.

Jeśli nie będziemy solidarni, to wolność odbiorą nam fałszywi prorocy, którzy wolności nienawidzą.

Niech każdy z nas na miarę swoich możliwości uczyni gest sprzeciwu wobec zła.

Emigracja w strefę komfortu, przeświadczenie: „To mnie nie dotyczy”, są w istocie zgodą na przemoc i tym samym biernym uczestnictwem w przemocy.

Obiecujemy, że nie będziemy milczeć, że nie będziemy obojętni, bo za ciszę i obojętność ktoś może zapłacić życiem. Niech nikt nie pozostanie sam!

Wracamy do tego, co na początku: „Nie ma wolności bez solidarności”.

Kiedy przyszli...

Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem.
Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.
Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.

Martin Niemöller (1892-1984) - niemiecki pastor luterański; wiersz napisany w obozie w Dachau w 1942 r.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.