Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Z radością jej pogratulowaliśmy, bo żyliśmy tym tematem od wielu miesięcy.

W tym samym momencie ja i Dzidzia, co tu dużo gadać, łączymy się w bólu i rozpaczy z tysiącami, a nawet dziesiątkami tysięcy rodziców, dla których dzisiejsze wiadomości były hiobowe. Usłyszałem informację, że w szkołach drukowane są tylko listy przyjętych dzieci i zrezygnowano z drukowania list dzieci nieprzyjętych, bo po prostu jest to ogrom nazwisk. Jak powiedział jeszcze niedawno jeden z wiceministrów nauki, cytuję z pamięci – „proszę znaleźć dla dziecka szkołę za granicą”.

Może wiceminister miał rację? 

I może, drodzy rodzice, tak zróbcie. Może masowo trzeba dzieci kształcić poza Polską, obciążając rachunkiem Ministerstwo Edukacji Narodowej. Kiedy będzie chodziło o jedno, dwójkę dzieci, sytuacja będzie do wywalenia w kosmos w sekundę. Jeżeli zrobi to kilkadziesiąt tysięcy rodziców, to wtedy będzie to działanie zbiorowe, dające szansę na realne upomnienie się o swoje prawa.

Edukację skończyłem w PRL-u, i co by o niej nie mówić, nie stawiała nigdy na głowie życia ucznia i jego rodziców. Dopiero kiedy moje dzieci uczyły się w szkole, gdzieś tam słyszało się o popołudniowych zajęciach, bo w niektórych miejscach tłok i tak zwany wyż demograficzny. Jednak takiego bałaganu, dezorganizacji i bezmyślnej reformy nie było jeszcze nigdy. W tamtych czasach, mimo że niektórych przedmiotów uczyliśmy się na bazie idiotyzmów i nieprawdy (na przykład historii współczesnej Polski), to po południu, kiedy rodzice wracali z pracy, była szansa na domowe korepetycje w tej sprawie i uczenie się historii na bazie doświadczeń, a przede wszystkim prawdy.

Awans za bałagan w oświacie

Najgorsze jednak w tym wszystkim jest to, że osoba za to odpowiedzialna, wmawiająca nam, że wprowadzony system jest świetnie przygotowany, kompletnie się od tego odcięła. Została wysłana na nowe stanowisko w Brukseli i to nie przez kosmitów, tylko przez nas samych - Polaków. Tym bardziej że ten totalny bałagan w oświacie miał swoje apogeum w czasie strajku nauczycieli, w czasie którego mówiono nie tylko o płacach, ale także, a według mnie przede wszystkim, o zdruzgotanym systemie oświaty. Oznacza to, Moi Drodzy, że nie wyciągnęliśmy żadnych wniosków. Ta Pani dostała od nas wręcz kolejny awans.

Teraz słyszymy, że nowy minister nie bierze za to żadnej odpowiedzialności, czyli bałagan jest niczyj i wygląda na to, że po prostu tak zostanie.

Chodzi o edukację moich wnuczek

I proszę, bardzo proszę, nie róbcie mi uwag, że wypowiadam się dzisiaj w sprawach politycznych. Mówię o tym, co jest związane ze mną emocjonalnie, osobiście, rodzinnie. Mówię o edukacji moich wnuczek, mówię o edukacji wszystkich Polaków, co było, jest i będzie podstawą bytu, dobrego bytu, każdego narodu - jeśli tylko ta edukacja będzie przemyślana, mądra i dobrze zorganizowana.

Nie pozostawiajmy tych rodziców i dzieci, które nie dostały się do szkół, samym sobie. Mówmy o tym, pomagajmy ten problem rozwiązać jak najszybciej, bo dla tych ludzi dzisiaj, jutro, pojutrze, cały sierpień, aż do września, to wiele dni troski, kłopotu, zmartwienia.

Właśnie teraz także polscy nauczyciele powinni w tej sprawie zabrać głos.

Komentarz Jerzego Owsiaka pochodzi z jego profilu na Facebooku. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji. 

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.