Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Mnożą się głosy wzywające do umiaru w obliczu gdańskiej tragedii. Słyszę, że najlepiej nie mówić nic, a jeśli już mówić, to oględnie, delikatnie, bez poruszania politycznego wymiaru sprawy. Podobno zginął Adamowicz – człowiek, a jego funkcja polityczna czy przynależność partyjna mają w tej chwili znaczenie drugorzędne. „Zarówno fakt jego śmierci, jak i niewiedza na temat stanu psychicznego zabójcy to bardzo dobre powody, żeby zachować milczenie, nie szukać winnych pochopnie i nie wyrokować zbyt łatwo. Tutaj naprawdę prosi się nie o minutę czy godzinę, ale o wiele dni milczenia” – napisał Michał Okoński w „Tygodniku Powszechnym”. Podobno wszyscy jesteśmy winni tej tragedii, podobno obie strony wojny polsko-polskiej niosą na sobie ciężar odpowiedzialności za to, co stało się w Gdańsku, podobno wszyscy muszą dać krok w tył, żeby spojrzeć przykrej prawdzie w oczy. Uderzyć się w piersi, zrobić rachunek sumienia, przebaczyć przeciwnikom.

Głosy te można podzielić z grubsza na dwie części. Milczenia żądają więc ludzie szlachetni, inteligentni, zrozpaczeni, którzy w polskiej piekielnej dychotomii nie mogę się odnaleźć, a na obie strony barykady patrzą z jednakową odrazą. Bo przecież po obu stronach padają słowa obrzydliwe (to prawda!), niesprawiedliwe i raniące, słowa, które jak najszybciej powinny zostać zapomniane. Dlatego lekką ręką ludzie szlachetni i polsko-polską awanturą obrzydzeni do cna stawiają znak równości pomiędzy Platformą a PiS-em, wyborcami jednej i drugiej partii, pomiędzy tymi, którzy drwili ze śmierci Kaczyńskiego, i tymi, którzy po śmierci Adamowicza pisali „Szkoda, że tak późno”.

Nie ma symetrii win ani hejtu po obu stronach

Niestety, szlachetność w tym wypadku prowadzi na manowce. Przede wszystkim dlatego, że budowanie symetrii jest fałszywe i jako żywo przypomina zabiegi prawicowych publicystów, którzy przez lata usiłowali przekonywać opinię publiczną, że podczas zadym 11 listopada w Warszawie ścierały się dwie równorzędne siły – narodowa i „lewacka”. Ergo: odpowiadają one w tym samym stopniu za demolowanie Warszawy. A to przecież kłamstwo, bo dysproporcja sił podczas Marszów Niepodległości była widoczna na pierwszy rzut oka. Naprzeciwko setek dobrze zorganizowanych bojówkarzy z całego kraju stała niewielka grupa protestujących.

Podobnie wygląda różnica w skali nienawiści, gniewu i frustracji. Ulubione w ostatnich latach zajęcie części polskich publicystów lewicowych, czyli bicie się w piersi za błędy własne i cudze, rzekome i rzeczywiście popełnione, utrudnia najwyraźniej zrozumienie faktu, że nie ma mowy o jednakowym ciężarze win po obu stronach barykady.

Przywoływane jako przeciwwaga dla zabójstwa Adamowicza zamordowanie Marka Rosiaka różni się w sposób zasadniczy okolicznościami zewnętrznymi. W 2010 roku nie istniała państwowa machina propagandowa podsycająca nienawiść do PiS-u. Dziennikarze „Wiadomości” nie pełnili funkcji politruków wskazujących na politycznych wrogów. Nie padały pytania o polskość Rosiaka czy któregokolwiek z polityków prawicy. Nikt nie odzierał PiS-u z polskości, nie wyganiał członków partii z kraju, nie oskarżał ich o zdradę narodową. Natężenie złych emocji wobec ówczesnej opozycji jest nieporównywalne z tym, z czym musi się mierzyć opozycja obecna.

Mityczny „przemysł pogardy”, wymyślone przez Piotra Zarembę pojęcie, które opisywało stosunek części mediów i społeczeństwa do Lecha Kaczyńskiego, opierał się i opiera do dzisiaj na zlepku przykładów bulwersujących, ale z dzisiejszego punktu widzenia nielicznych. Mimo upływu lat służą one obecnej władzy i dziennikarzom z nią stowarzyszonym jako uzasadnienie dla fali nienawiści, która ruszyła z prawej strony polskiej sceny politycznej, podmywając fundamenty państwa i życia społecznego.

Tak, fatalnie się stało, że w dniach żałoby po katastrofie smoleńskiej jakiś idiota paradował po Krakowskim Przedmieściu z krzyżem zbitym z puszek po piwie „Lech”. Owszem, to straszne, że na krakowskim hotelu Forum zawisła reklama piwa z frazą „Zimny Lech”. Radosław Sikorski nie powinien był mówić o „dorzynaniu watahy”, a Bronisław Komorowski komentować ostrzelania kolumny Lecha Kaczyńskiego w Gruzji słowami: „Jaki prezydent, taki zamach”. Wszystkie te wypowiedzi i zdarzenia są jednak niczym, podkreślę, niczym, jeśli zestawić je z potokiem insynuacji, kalumni, oszczerstw i oskarżeń, jaki leje się od prawie już czterech lat na opozycję.

Paweł Adamowicz był jednym z polityków, którego władza wraz z usługującymi jej dziennikarzami, próbowała w ubiegłym roku w tym potoku utopić. Był kryminalistą, aferzystą, odpowiadał za zanieczyszczenie Morza Bałtyckiego, był - jak powiedział Jerzy Jachowicz w jednym z wydań „Wiadomości” - „rakiem na polskiej demokracji”. Obok Donalda Tuska, Adama Michnika i Jerzego Owsiaka Adamowicz stał się jednym z wrogów publicznych.

Dlatego właśnie próby budowania symetrii w tej oczywistej sytuacji, choćby i płynące ze szlachetnych pobudek, brzmią fałszywie.

Faryzejski żal Jachowicza i Karnowskich

Żałobne milczenie w sprawie Adamowicza jest niewątpliwie na rękę drugiej grupie nawołującej do wyciszenia i stonowania emocji. Myślę tu o jego przeciwnikach politycznych i dziennikarzach, którzy do niedawna brali udział w nagonce na prezydenta Gdańska (przy czym nagonki nie mylę z dziennikarskim śledztwem). Oto Jerzy Jachowicz (tak, ten sam, który mówił o „raku na demokracji”) wyraźnie poruszony mówi w państwowej telewizji o zabójstwie prezydenta. Oto do rangi arbitrów żałobnej elegancji urastają bracia Karnowscy, w których portalu wPolityce.pl niedawno pojawiło się pytanie, czy Adamowicz jest jeszcze Polakiem. Dla Marzeny Nykiel, redaktor naczelnej wPolityce.pl morderstwo jest okazją, by wezwać polityków opozycji do większego umiarkowania w słowach. Dla „Wiadomości” moment wyciszenia służy do tego, by zaatakować opozycję, dlatego wyciąga z archiwów „dorzynanie watahy”.

Tak, żałobna cisza jest dla Prawa i Sprawiedliwości oraz machiny propagandowej stanem wręcz idealnym. Po pierwsze: pozwala ona uniknąć odpowiedzi na oczywiste pytania o polityczny kontekst tego wydarzenia. Zawsze można uciąć dyskusję, mówiąc, że zginął człowiek i nie wypada w takim momencie pytać o politykę. Można powiedzieć, że zabójca był psychicznie chory, w związku z tym nie sposób znaleźć politycznego uzasadnienia zbrodni (tak jakby zabójstwo Narutowicza nie było aktem politycznym). Z pomocą może również przyjść zawsze usłużny abp Marek Jędraszewski, który rozstrzygająco stwierdza, że zabójstwo Adamowicza nie było aktem terroru politycznego. Po drugie: cisza pozwala władzy i mediom z nią stowarzyszonym na odpowiednie pokierowanie narracją, przerzucenie odpowiedzialności na opozycję, pokazanie polityków PiS-u, którzy odpowiadają za wojnę polsko-polską, jako osób szlachetnych i rozważnych.

Cisza to najlepsze, co może spotkać odpowiedzialnych za zbudowanie politycznego tła, na którym miała miejsce ta zbrodnia.

Nie mam zamiaru milczeć

Milczenie jest w tej sytuacji błędem jeszcze poważniejszym niż fałszywe symetrie. Jako obywatel tego kraju nie czuję się odpowiedzialny za tę zbrodnię, nie przyczyniłem się do niej, chyba że za grzech uznać to, że w ogóle jestem i ośmielam się zabierać głos w sprawach społecznych. Dlatego milczeć nie zamierzam. Nie zamierzam też robić kroku w tył ani w bok, ponieważ oznaczałoby to, że jakaś część racji leży po stronie braci Karnowskich, Jerzego Jachowicza i Marka Jędraszewskiego. Nie leży. Obarczanie politycznym ciężarem tej zbrodni całego społeczeństwa jest zwyczajnym nadużyciem. Próby dowodzenia, że nie mieliśmy do czynienia z zabójstwem politycznym – są kłamstwem. Słowa wykrzyczane przez Stefana W. pokazują, co się dzieje, kiedy polityczna nienawiść pada na podatny grunt.

Na takie kłamstwo i takie nadużycia nie powinniśmy się godzić. Milczenie jest najgorszym, na co można sobie w tej chwili pozwolić. Jest ucieczką i w najmniejszym stopniu nie pociesza mnie, że biorą w niej udział ludzie szlachetni.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.