Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

10 września 2001 roku opublikowałam felieton o Białorusi, dawnej radzieckiej republice ściśniętej pomiędzy Rosją a Europą. W felietonie tym opisałam, jak dyktator Białorusi Aleksandr Łukaszenka zawłaszcza wybory, sprawuje ścisłą kontrolę nad mediami i gospodarką, prześladuje swoich przeciwników politycznych, a niekiedy ich morduje.

Pisałam, że Łukaszenka jest najdłużej rządzącym w Europie dyktatorem. Zaledwie parę miesięcy wcześniej prezydent George W. Bush wygłosił porywające przemówienie o konieczności istnienia wolnej spójnej Europy. „Nigdy więcej Jałty” – powiedział. Rozumiał przez to, że już nigdy nie zostaną zawarte takie porozumienia jak to podpisane przez Roosevelta i Stalina, dzielące Europę na pół. Przeszkodą na drodze do spełnienia tego marzenia okazała się Białoruś.

Dzień po opublikowaniu tego felietonu dwa samoloty uderzyły w World Trade Center, trzeci - w Pentagon, a czwarty spadł na pole w Pensylwanii. Prezydent USA zrezygnował z dążenia do Europy wolnej i spójnej.

W ciągu niemal dwóch dekad, które upłynęły od tamtego czasu, nic w Białorusi nie uległo zasadniczej zmianie. Łukaszenka jest nadal najdłużej rządzącym w Europie dyktatorem. Nadal prześladuje opozycję, manipuluje mediami i sprawuje ścisłą kontrolę nad gospodarką. I nadal pozostaje u władzy częściowo przy pomocy swojego dużego wschodniego sąsiada, który hojnie zaopatruje go w energię.

Chociaż Białoruś pozostaje taka sama, zmienia się jej duży wschodni sąsiad. W szczególności rosną ambicje zaprzyjaźnionego dyktatora Łukaszenki, rosyjskiego prezydenta Władimira Putina

Wobec utrzymującej się słabości jego gospodarki i chwiejnej popularności Putin odczuwa potrzebę odniesienia spektakularnych sukcesów w polityce zagranicznej. Ciepłe uczucia będące następstwem okupacji Krymu wyblakły, interwencja w Syrii jest dość skomplikowana, a zajęcie dalszych części Ukrainy wymagałoby znacznego wysiłku zbrojnego. Choć być może z czasem Putin się na niego zdecyduje, możliwe jest też to, że w międzyczasie Rosja wcieli Białoruś.

Obydwa te kraje są już teoretycznie członkami czegoś, co nosi nazwę „Związku Białorusi i Rosji”, i wspólnie przeprowadzają manewry wojskowe. Jednak w ślad za inwazją Rosji na Ukrainę w 2014 roku Łukaszenka dążył do ochrony swojej niezawisłości i prezentowania odmiennego wizerunku, niekiedy sprzeciwiając się wymaganiom rosyjskim, prowadząc dość niezależną politykę zagraniczną, a nawet, w geście na rzecz Zachodu, zwalniając z więzień swoich przeciwników politycznych (choć i tak byli zatrzymywani w drodze na demonstracje).

Moskwie zdaje się obecnie zależeć na pozbyciu się listka figowego. W ciągu ostatnich dwóch tygodni Łukaszenka i Putin spotkali się co najmniej dwukrotnie

Rosyjski minister finansów oznajmił „dalszą integrację” obydwu krajów. Białoruski minister obrony oświadczył, że obecność wojsk USA w Polsce może stanowić „zagrożenie militarne”. Rząd Łukaszenki nie posługiwał się wcześniej takim językiem.

Rosyjski rząd podniósł ceny energii na Białorusi. Mówi się o przejęciu przez Rosję całej gamy białoruskich operacji rządowych, w tym ceł, wiz oraz polityki monetarnej i podatkowej. Jest to „umiarkowany” model przejęcia państwa; bardziej skrajna wersja obejmowałaby utworzenie nowej całości politycznej, rządzonej przez jednego prezydenta, którego imię zapewne zaczynałoby się na literę „W”.

Łukaszenka publicznie odmówił rosyjskim naciskom znamion „szantażu”, a jedna z białoruskich dysydentek powiedziała mi, że tamtejsi niezależni ekonomiści uważają, iż Białoruś zdoła wytrzymać, nawet jeżeli Rosja wykorzysta swoje gazociągi jako formę wywierania presji. Przyznała jednak też, że nie da się wykluczyć przyszłości państwa rosyjsko-białoruskiego.

Łukaszenka utrzymał się przy władzy przez te wszystkie dziesięciolecia dzięki temu, że dobrze potrafił wyczuć, skąd wieje wiatr. Jeżeli Rosja przedstawi mu ofertę nie do odrzucenia, to nie będzie stawiał oporu

Nie mogę obecnie twierdzić, podobnie jak nie mogłam twierdzić w 2001 roku, że Amerykanie lub Europejczycy mogliby – czy zechcieliby – zrobić wiele, aby wpłynąć w jakikolwiek sposób na tę rozwijającą się sagę. Zachód ma obecnie mniejszy wpływ na Mińsk niż dawniej i mniejsze zainteresowanie. Co ważniejsze, mamy obecnie prezydenta USA, który nie tylko porzucił marzenia o spójnej i wolnej Europie, ale który jest również skłonny uwzględniać rosyjski punkt widzenia w większości istotnych spraw. Rozpoczął swoje urzędowanie od dziwnego zainteresowania nieistniejącymi wtargnięciami Polski na teren Białorusi i nadal powtarza poglądy rosyjskiej propagandy na najrozmaitsze tematy, od Czarnogóry po Afganistan.

Nasza apatia ma jednak pewną cenę. Chodzi nie tylko o to, że Białorusini mogą być u progu utraty swojej niepodległości, ale i o to, że Moskwa może być u progu ponownego przekształcenia się w pełnoprawną stolicę imperium, przejmującego liczne kraje i rządzącego nimi. Będzie to kształtować sposób, w jaki rosyjska elita polityczna myśli o sobie, swoich sąsiadach i swoim miejscu w świecie.

Putin niegdyś określił załamanie się Związku Radzieckiego jako największą katastrofę polityczną XX wieku. Jest zrozumiałe, że w XXI wieku może próbować go odtworzyć.

Przełożył Andrzej Ehrlich

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.