Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Prezes NBP Adam Glapiński jak niepodległości broni byłego szefa Komisji Nadzoru Finansowego Marka Chrzanowskiego, który złożył korupcyjną ofertę Leszkowi Czarneckiemu. Przekonał też prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, że w sprawie afery KNF nie wolno wykonywać nerwowych ruchów personalnych, bo władza wkroczyła na pole minowe.

Doprowadzenie do upadku banków Czarneckiego i masowe wycofywanie lokat uderzy jak tsunami w cały polski rynek, a Bankowy Fundusz Gwarancyjny, ogołocony już wcześniej z pieniędzy z powodu ratowania SKOK-ów (poszły na to 4 mld zł), miałby gigantyczny problem z udźwignięciem problemu. Przynajmniej część kosztów tej nieodpowiedzialnej polityki trzeba by przerzucić na banki państwowe. Bo o ile błyskawiczne przejmowanie banków Czarneckiego będących w kłopotach, ale dalekich od bankructwa, jest atrakcyjne, o tyle branie sobie na głowę kompletnego bankruta to już problem.

Ta katastrofa poszłaby na konto PiS, a Polacy drogo by za to zapłacili. Z tego powodu w niedzielę późnym wieczorem zebrał się Komitet Stabilności Finansowej i wydał komunikat, że z polskim systemem finansowym jest wszystko w porządku. Sam Glapiński sto razy wypowiedział zdanie, że sytuacja jest stabilna.

Tak naprawdę inne zdanie tego komunikatu jest najistotniejsze. I było ważne, aby pojawiło się przed poniedziałkowym porankiem. „Członkowie Komitetu wysłuchali przedstawicieli obu banków – Getin Noble Bank oraz Idea Bank – należących do Leszka Czarneckiego, którzy poinformowali, że banki te podjęły stosowne działania i na bieżąco regulują zobowiązania wobec klientów” – czytamy w komunikacie. „Narodowy Bank Polski zadeklarował gotowość natychmiastowego uruchomienia wsparcia płynnościowego w celu zapewnienia obsługi zobowiązań wobec klientów”. Słowem: kochani obywatele, nie wyciągajcie pieniędzy z banków Czarneckiego, bo nawet jeśli ich trochę tam zabraknie, my dołożymy.

Pozostaje jednak pytanie, dlaczego Glapiński – w sprzeczny ze zdrowym rozsądkiem sposób – broni swego wychowanka Marka Chrzanowskiego. Racjonalna odpowiedź jest taka, że został wysłany mocny sygnał do byłego szefa Komisji: nie martw się, nic nie mów, nic nie zeznawaj, będziemy cię bronić jak niepodległości.

Kaczyński na to przyzwala, bo zrozumiał, że znalazł się w pułapce – każdy ruch jest ryzykowny. Wybrał więc wersję, że „afery nie ma”, a priorytetem jest spokój na rynku bankowym. Ale Glapińskiemu powinna dać do myślenia historia byłego szefa MON Antoniego Macierewicza, którego także uważano za postać nie do ruszenia ze względu na jego wiedzę o służbach i ich zasobach. Może więc Kaczyński po jakimś czasie każe Glapińskiemu usunąć się w cień, a może rozważa już inne lekarstwo na tę chorobę.

Historia polskich afer pokazuje, że ich wpływ na notowania partii rządzącej jest często odłożony w czasie. Niewykluczone więc, że doradcy suflują prezesowi PiS inne rozwiązanie: przyspieszone wybory, póki notowania obozu władzy są wysokie i zanim sprawa KNF na dobre dotrze do świadomości Polaków.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.