Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jedna z pań, maturzystka z owego roku, wyjechała z Polski z dwoma walizkami. Do jednej spakowała swoje stroje, bieliznę, podręczne przedmioty. Do drugiej zaś tomiki wierszy Leśmiana, Tuwima... Ukochaną poezję... Którą musiała spalić na obczyźnie, aby wyzwolić się z tęsknoty, aby móc zacząć żyć. Na nowo.

Oni nie chcieli wyjeżdżać.

Wspomnianą grupę maturzystów spotkałem na ponownym otwarciu wyremontowanej we Wrocławiu Synagogi pod Białym Bocianem. Przyjechało ich kilkudziesięciu. Owa niegdyś, a chyba i do dziś, zakochana w poezji polskiej dziewczyna opowiadała mi, że w przedszkolu, do którego chodziła na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych (gdzieś na terenie dzielnicy zwanej dziś dzielnicą czterech świątyń), ktoś kiedyś wsypał szkło do jej przedszkolnych pantofelków. Czego dziewczynka nie potrafiła nijak zinterpretować. Podobnie jak i zdarzeń polegających na tym, że od czasu do czasu ktoś w tej samej dzielnicy rzucił za nią (może w nią? – nie wiem) kamieniem.

...

Poznałem kiedyś w południowej części Niemiec pewną niewidomą damę – Wandę. Wanda straciła wzrok w pierwszych dniach powstania warszawskiego. Zraniła ją rozpryskowa kula niemiecka. Rozmawialiśmy najpierw po niemiecku, potem zaś już wyłącznie po polsku. Wanda fascynowała się kulturą polską. Urodziła się, o ile pamiętam, w Wiedniu, dzieciństwo spędziła w Krakowie, potem mieszkała w Warszawie. Tam spotkała się z wojną. Wanda bez wątpienia kochała Polskę. Nie potrafiła jednak po wojnie wrócić do naszego kraju, nie potrafiła przezwyciężyć traumy związanej z przeżyciami, które dotykały jej rodzinę nękaną przez polskich szmalcowników. Wanda mieszkała w czasie wojny samodzielnie, oddzielnie. Była blondynką, śliczną młodą panienką. Ale i tak osaczyli ją źli ludzie – szmalcownicy...

Nie wiem, na ile przytoczone przeze mnie historie są detalicznie prawdziwe. W znaczeniu mentalnym, jak się dziś często mówi – „klimatycznym”, są częścią polskiej historii. Podobnie jak wspaniałe, heroiczne akty pomocy świadczonej na rzecz bliźnich w Polsce w czasie wojny.

Rozumiem pogląd dotyczący niezwykle krzywdzących nas i głupich sformułowań o „polskich obozach zagłady”. Też chciałbym wyrugować je z każdego obyczaju językowego.

Jako głęboko wierzący katolik czułem się jednak zobowiązany, aby zatelefonować dziś do pani ambasador Izraela w Polsce oraz do naczelnego rabina naszego kraju, żeby powiedzieć im: „Są politycy, są ludzie w naszym kraju myślący zupełnie inaczej niż aktualna większość w polskim parlamencie. Szalom!”.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.