Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Na dwa miesiące przed planowanymi 11 października wyborami prezydenckimi z białoruskich więzień zostali zwolnieni wszyscy więźniowie polityczni. Białoruska rządowa agencja Biełta poinformowała o tym lakonicznie: "Kierując się zasadami humanizmu, prezydent podjął decyzję o ułaskawieniu i zwolnieniu z więzień Mikołaja Dziadka, Ihara Aliniewicza, Mikałaja Statkiewicza, Jauhiena Waśkowicza, Arcioma Prakapienkę, Jurija Rubcoua".

Wolność odzyskał m.in. najbardziej znany w świecie białoruski więzień polityczny Mikałaj Statkiewicz, konkurent Łukaszenki z poprzednich wyborów prezydenckich. Statkiewicz został skazany na sześć lat pozbawienia wolności za rzekome zorganizowanie zamieszek w wieczór wyborczy 19 grudnia 2010 roku.

Nie ma żadnych wątpliwości, że przyczyną zwolnienia Statkiewicza i więźniów politycznych nie są żadne względy humanitarne, na które się powołują teraz czynniki rządowe. Zwolnienie jest gestem w stronę Zachodu, który od czterech lat konsekwentnie domagał się wypuszczenia na wolność więźniów politycznych i uzależniał od tego możliwość "rozmrożenia" stosunków z rządem w Mińsku.

Teraz przeszkoda, która stała na drodze normalizacji relacji pomiędzy Unią Europejską a Białorusią, została usunięta. Jednak nie należy przeceniać tego, co się stało. Łukaszenka się nie zmienia, Łukaszenka się nie demokratyzuje, Łukaszenka nie oddala się od Rosji. Nie będzie żadnej białoruskiej "pierestrojki" czy "okrągłego stołu". Przyczyna jego decyzji leży w narastającym kryzysie gospodarczym.

Rosja, która od początku rządów Łukaszenki była finansowym zapleczem jego reżimu, pogrąża się w kryzysie. Oznacza to zmniejszenie jej finansowych możliwości. Spadek wartości rosyjskiego rubla ciągnie za sobą w dół białoruską walutę. Sytuacja gospodarcza Białorusi staje się coraz bardziej nieciekawa. Państwowe fabryki są zmuszane do grupowych zwolnień, zmniejszają się płace, mamy widmo upadku całych gałęzi białoruskiego przemysłu. W związku z tym Łukaszence zależy na zachodnich kredytach, które razem ze znacznie skromniejszym wsparciem finansowym nadal udzielanym przez Rosję, pozwolą utrzymać sytuację pod kontrolą i nie dopuścić do głodowych buntów.

Łukaszenka wcale nie zamierza rezygnować z sojuszu z Moskwą. Nie może sobie na to pozwolić, gdyż gospodarcze i polityczne uzależnienie Białorusi od Kremla jest ogromne. Poza tym Łukaszenka to mentalnie człowiek radziecki. Jak sam wielokrotnie mówił, Białorusini to Rosjanie lepszej jakości. Bliżej mu do Władimira Putina i jego haseł twardej władzy, autorytaryzmu i antyamerykanizmu niż do Unii Europejskiej z jej demokracją, wolnością, tolerancją i - co jest dla każdego autokraty najbardziej nieprzyjemne - cykliczną wymianą elit rządowych. Dlatego nie warto się łudzić możliwością trwałego porozumienia się z Łukaszenką. Jeżeli tylko zmieni się koniunktura, jeżeli widmo kryzysu gospodarczego odejdzie na dalszy plan, zachowa się on dokładnie tak samo jak wielokrotnie w przeszłości: żadnych zobowiązań wykonywać nie będzie i stanie po stronie Władimira Putina.

Czy warto w tych warunkach podejmować z nim dialog? Nadeszły czasy, kiedy Zachód posiada argumenty ważne dla Łukaszenki. Chodzi oczywiście o kredyty i wsparcie finansowe. To należy wykorzystać, by zainwestować w białoruskie społeczeństwo. Zachodnie kredyty należy uzależnić od ograniczenia białoruskiego zamordyzmu. By osiągnąć sukces w pertraktacjach, trzeba być gotowym je natychmiast zakończyć, kiedy oficjalnie Mińsk nie wywiąże się z wziętych na siebie obietnic. Łukaszenka musi wiedzieć, że Zachód jest konsekwentny i nie da się, jak to było niejednokrotnie w przeszłości, wodzić za nos i zbywać pustymi obietnicami.

Jeżeli w wyniku dialogu z Łukaszenką uda się zatrzymać kurczenie przestrzeni wolności na Białorusi, będzie to sukces. Jeżeli uda się w zdominowanym przez rosyjską propagandę społeczeństwie poszerzyć inną niż rosyjska wizję świata - będzie to sukces. Łukaszenka w końcu odejdzie, ale jeżeli poziom poparcia dla Władimira Putina i haseł "rosyjskiego świata" pozostanie na takim samym poziomie jak teraz, przyszłość niepodległej Białorusi stanie pod znakiem zapytania. Warto o tym pamiętać. Inaczej wcześniej, czyli jeszcze za rządów Łukaszenki, czy później, już po jego odejściu, Polska będzie miała na wschodzie ponad 400-kilometrową granicę z Rosją.

Oprócz tego dla Polski jest też dobry moment, by przypomnieć o problemach nieuznawanego przez Mińsk Związku Polaków i mniejszości polskiej. Zwolnienie Statkiewicza pokazuje, że jeżeli będziemy twardo i konsekwentnie stawiać warunki, to Łukaszenka dziś jest w stanie je zaakceptować.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.