Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Villca to stary górnik, co w Boliwii jest zjawiskiem nieprawdopodobnym. Jako pięćdziesięciodziewięciolatek nie ma w pracy rówieśników. Jak tłumaczy, jeszcze żyje, bo nigdy nie był chciwy. Nie zostawał w kopalni na długie zmiany. Nigdy nie dobował. Chce przez to powiedzieć, że nie spędzał pod ziemią po dwadzieścia cztery godziny z rzędu. Wyjeżdżał na powierzchnię, wracał na parę miesięcy do rodzinnej wsi, gdzie uprawiał ziemniaki i hodował lamy, pozwalał, by płuca pooddychały czystym powietrzem, by oczyściły się z pyłu, a potem wracał do kopalni, ale nigdy go tam nie było, kiedy kieszeń gazowa dusiła jego kolegów albo miażdżył ich zawał skalny. Czuje, że już wiele razy igrał ze śmiercią i nie powinien się więcej narażać. Dlatego rzuca pracę. Zapewnia, że za parę tygodni ją rzuci.

Czytaj też: W Boliwii po śmierci górników pod ziemię schodzą ich żony. I są szykanowane

Villca ma niewiele ponad metr pięćdziesiąt wzrostu. Mimo to musi się schylać i chodzić zgięty, żeby nie uderzać kaskiem w podtrzymujące strop belki z eukaliptusa. Idzie skulony, z rękami przy ciele, bo w tym wąziutkim tunelu…

– Jak w gnieździe robaków!

…bo w tym tunelu wystarczy rozłożyć łokcie, żeby dotknąć jednocześnie ścian z lewej i z prawej strony, wystarczy trochę wyciągnąć szyję, żeby uderzyć kaskiem w strop. Jesteśmy wewnątrz góry. Dookoła naszych ciał jest kilka centymetrów powietrza, a dalej miliony ton zbitych skał. To prawie jakby człowieka zakopali: jest tylko ten otwór pozwalający wrócić na powierzchnię (o ile ktoś orientuje się w labiryncie korytarzy, które wiją się, przecinają, rozdwajają, skręcają, wspinają, opadają – w tunelach, w grotach, w szybach nie ma nic, żadnego światła, żadnego podmuchu, żadnego dźwięku, które wskazywałyby, czy wracamy do życia, czy też zagłębiamy się bardziej w górę). Ma się wrażenie, że wystarczyłoby kichnąć, a góra zaciśnie się jeszcze trochę i zgniecie ten korytarz, którym pełzniemy jak dwa insekty, macając ściany i posuwając się na czworakach.

Trudno oddychać. W takiej pozycji, w takim zgięciu, gdy ramiona przyciska się do piersi, płuca słabo się rozprężają. Każdy wdech to świadomy wysiłek: przez nozdrza wciągam nasycone wilgocią, rozgrzane do czterdziestu stopni powietrze, lepkie niczym waciki nasączone terpentyną. Na podniebieniu osadza mi się metaliczny posmak, jakbym ssał monety. To copajira, kwaśny pot kopalni, który spływa po ścianach, tworzy kałuże pomarańczowego błota i skrapla się w powietrzu.

Villca jest u siebie. Bawi się. Mówi mi, żebyśmy usiedli na moment i żebym zgasił latarkę na kasku. Następnie gasi swoją. Gdy tylko ją wyłącza, ciemność zalewa mnie niczym potop, niczym czarna fala, która ciągnie mnie korytarzem ku głębinom góry. Nie poruszyłem się, mimo to poczułem ruch. Na dwie sekundy mój mózg rozkołysała fala zawrotów głowy, straciłem równowagę, poczułem gwizdanie w uszach. Znoszę to bez słowa, bo ten drań Villca tylko się śmieje. Oddycham głęboko, a tętnica szyjna łomocze mi w gardle.

– Kurwa.

– Włącz to już – mówi.

Zapalam latarkę, szukam Villki, a jego cień, długi, rozciągnięty na belkach, pojawia się na suficie. Villca się uśmiecha.

– A te belki? – pytam. Są przegniłe, pod ciężarem góry wyginają się w literę V, niektóre już zaczęły pękać.

– Callapos. Od trzydziestu, kurwa, lat nikt ich nie wymienia. Nikogo już nie stać na inwestowanie w bezpieczeństwo, w brygadach jest nas mało i zarabiamy tylko tyle, żeby przeżyć. Wybieramy w jednym miejscu, modlimy się, żeby się nie zawaliło, a potem przenosimy się gdzie indziej.

Idzie dalej. W wieku pięćdziesięciu dziewięciu lat porusza się zwinnie, schyla się, prostuje, pełza na czworaka, znowu się podnosi, ja zostaję w tyle i kiedy korytarz skręca, tracę go z oczu. Trwa to zaledwie dwadzieścia sekund, ale gdy na prostym odcinku go doganiam, oddycham z ulgą. Dotarliśmy do szerszego korytarza z szynami na ziemi, tu już możemy stanąć prosto.

– Ma pan kondycję, don Pedro.

Śmieje się.

– Póki co jestem w całkiem dobrej formie. Wszyscy koledzy, którzy jeszcze żyją, pochorowali się przez kopalnię. Wielu z nich nie wstaje z łóżka. Sąsiad bez butli z tlenem nie zrobi czterech kroków. Chodzi od łóżka do drzwi i od drzwi do łóżka. Ze mną, dzięki Bogu, jest dobrze.

Wskazuje na wąski, wypełniony skałami komin, który sam nazywa szparą.

– To jeszcze po Hiszpanach, z czasów, jak była kolonia. Robili młotkami z kamienia, czasem jeszcze jakiś znajdziemy. W tych stronach można spotkać takie szczeliny wypełnione odłamkami skał, które odrzucali, bo ich obchodziło tylko czyste srebro. Zrzucali kamienie z poziomów na górze i tak się właśnie te szpary zapełniały. Hiszpanom skały były po nic, ale dla nas mają spore znaczenie. Są naprawdę cenne. Kiedy rządziło tutaj COMIBOL [państwowe przedsiębiorstwo górnicze], zabraniali opróżniać szpary, żeby cała góra się nie zawaliła. Teraz każdy robi, co chce. Niektóre brygady wybierają z tych szpar. A inne wybierają kolumny skalne, które Hiszpanie zostawili w dużych salach. Ale tego nie trzeba ruszać ze względów bezpieczeństwa, żeby się strop nie zapadł. Tyle że w tych kolumnach jest mnóstwo minerałów, więc górnicy prują skałę, prują i prują, ile wytrzyma. Aż któregoś dnia nie wytrzymuje.

Villca ma miedziane policzki o gładkiej, napiętej skórze, ale wokół oczu widać głębokie bruzdy. Jak gdyby czterdzieści lat pracy pod ziemią wyrzeźbiło mu w twarzy maskę. Kiedy opowiada jakąś straszną historię, uśmiecha się nieśmiało, a oczy – małe, czerwone jak rozżarzone węgielki, bardzo żywe – giną między zmarszczkami.

Czytaj też: Uznani reporterzy i dwójka polskich debiutantów. Znamy finalistów Nagrody im. Kapuścińskiego

Jego syn Federico zaczął pracować w kopalni w wieku trzynastu lat. Pewnego dnia, kiedy pomagał górnikowi, który wiercił w ścianie, podłoże zawaliło im się pod stopami. Porwani lawiną skał spadli tylko kilka metrów i zdołali wdrapać się z powrotem do korytarza. Górnik i mały Federico wybiegli na zewnątrz. Wciąż jeszcze biegli, kiedy górą wstrząsnął huk, a chmura pyłu z wielką siłą cisnęła ich twarzą do ziemi. Korytarz za nimi się zawalił. Federico był cały we krwi i w pyle. Nie chciał już nigdy więcej wejść do kopalni. Zgłosił się do pracy na budowie, gdzie zajął się transportowaniem cegieł i worków z cementem, ale już na świeżym powietrzu.

Podążam za Villcą szerokim korytarzem, wydaje mi się, że wreszcie biegnącym na zewnątrz, wydaje mi się, że prowadzącym do innego wyjścia niż to, którym weszliśmy dwie godziny temu, ale nie mogę mieć pewności. Przez „szeroki korytarz" rozumiem jakieś dwa i pół metra wysokości i coś około trzech metrów szerokości. W ciemności depczemy po dużych i głębokich kałużach, a nasze latarki chlapią po ścianach plamami żółtego światła.

– Stąd to już jak przechadzka dla panienek – stwierdza Villca.

I przystaje.

Słyszymy kapanie,

podziemne odgłosy,

szepty skał.

Villca obraca się niespiesznie, omiata mrok korytarza światłem czołówki i znienacka oświetla czyjąś sylwetkę – mężczyzny, który siedzi pod ścianą ze spojrzeniem szaleńca i obłąkanym uśmiechem. To diabeł. Gliniany posążek diabła o poskręcanych rogach i bardzo szerokich ustach, rozciągniętych od ucha do ucha, w których trzyma z tuzin wypalonych papierosów. Villca podchodzi uśmiechnięty, zapala kolejnego i delikatnie układa mu w paszczy.

– No i jesteśmy, Wujek.

Wujek to duch, który zarządza głębinami, druh górników, pan, który zapładnia Pachamamę, Matkę Ziemię, aby rodziła żyły minerałów. Gdy jest zadowolony, sprawia, że żyły się odsłaniają, kiedy zaś się zeźli, powoduje tąpnięcia. Na kolanach Wujka leżą paczki tytoniu, pojemniki z czystym spirytusem, a także plątanina serpentyn, konfetti i liści koki, którymi górnicy obrzucają go podczas challas – ceremonii dziękczynnych. Wujek uśmiecha się rozkraczony, prezentując swój główny atrybut: olbrzymi członek w stanie erekcji.

Villca odkręca półlitrową butelkę dziewięćdziesięciosześcioprocentowego spirytusu Guabirá Buen Gusto, który górnicy popijają w przerwach od pracy, albo czysty, albo też zmieszany z odrobiną wody i cukru. Przysuwa się do ust Wujka i wlewa mu strumień do gardła. Alkohol tryska z czubka penisa. Villca rechocze.

– Pewnego dnia przyjechała z wizytą wiceminister Álvarez z resortu górnictwa. Jej daliśmy wejść, ale powiedziałem: musi pani pocałować czubek członka; jeśli kobieta ma wejść do kopalni, najpierw musi pocałować Wujka w czubek członka. To się schyliła i go tam pocałowała.

Śmieje się i idzie dalej. Na skrzyżowaniu z innym korytarzem, który po skosie przecina się z naszym, słyszymy czyjeś głosy. Villca zagląda tam i woła:

– Dupki!

Po wyjściu mam ochotę całować światło, mam ochotę je pić, wysmarować sobie nim twarz.

Mój cień przesuwa się po zboczu. Wspina się na skały, rośnie i maleje, okrąża górę – kiedy przedwczoraj widziałem z daleka Cerro Rico de Potosí, wydawało mi się majestatyczną czerwoną piramidą. Kiedy dziś po nim stąpam, jest zwałowiskiem. Chrzęści mi pod stopami, wydaje się, że luźne skały lada chwila się potoczą, pociągną inne i kopalnia się rozpadnie, i cała góra runie osiemset metrów w dół lawiną, i pogrzebie budki strażnicze, potem wysoko położone osiedla górników, potem place, ulice, kolonialne domiszcza, barokowe pałace i pozostaną tylko dwie wieże katedry wystające ponad morzem kamieni.

Cerro RicoCerro Rico Shutterstock

Po pięciuset latach prowadzonych przez górników prac wydobywczych Cerro Rico to góra, która się rozpada. Codziennie wyrywają z niej 3000–4000 ton skał, aby pozyskać z nich srebro, ołów, cynk i cynę. Według wyliczeń geologa Osvalda Arcego wciąż zawiera 47 824 tony czystego srebra – więcej, niż dotychczas z niej wydobyto. Sęk w tym, że grube żyły się wyczerpały, zostały tylko drobne żyłki o bardzo niskiej zawartości metalu i trzeba by rozwalić, rozkruszyć i przesiać całą górę, aby wydobyć taką jego ilość.

Wydaje się, że są do tego zdolni: osiem, dziesięć, dwanaście tysięcy górników schodzi dzień w dzień pod ziemię i dalej drąży. Pracują dla trzydziestu dziewięciu różnych spółdzielni. Na zewnątrz wielkie przedsiębiorstwo Manquiri, należące do korporacji ze Stanów Zjednoczonych, zajmuje się przetwarzaniem hałd i obecnych w nich pallacos – chodzi o potężne zwałowiska skał i żwiru wydobytych przez górników w ciągu wieków i odrzuconych ze względu na bardzo niską zawartość minerałów. Dzięki współczesnej technologii firmie opłaca się przesiewać takie rumowiska i pozyskiwać z nich srebro oraz cynk.

Każda eksplozja dynamitu otwiera w górze nową dziurę. W ramach badań przeprowadzonych przez Ministerstwo Górnictwa zidentyfikowano sto trzydzieści osiem stref osypisk, niektóre świeże, inne sprzed wieków, a także wskazano wiele miejsc w labiryncie korytarzy, gdzie w każdej chwili mogło dojść do zawału. Istnieją przepastne kawerny, opuszczone już przez górników, które pod wpływem korozji wywołanej kwaśnymi wodami pękają. W 2011 roku po okresie intensywnych deszczów spiczasty czubek góry począł się rozpadać i w ciągu kilku dni utworzył się w nim krater o czterdziestometrowej średnicy i czterdziestometrowej głębokości. Góra ma 4800 metrów wysokości – władze zakazały prowadzenia eksploatacji górniczej powyżej 4400 metrów, to jest w strefie najbardziej osłabionej.

Czytaj też: Finaliści Nagrody im. Kapuścińskiego. Małgorzata Gołota: Wrażliwość jest kluczem

Cerro Rico to między innymi forma. Olbrzymia piramida, która wznosi się nad miastem Potosí, sylwetka, która widnieje w godle Boliwii, na pieczęciach, plakatach, pocztówkach i barokowych pejzażach, gigantyczny monument w formie trójkąta, ikona bogactw ziemskich i mocy niebieskich. Ale się sypie. W boliwijskich gazetach publicyści dzielą się obawami, że ten symbol narodowy straci głowę. Albo że się zawali – dalej metafory nasuwają się same.

Tymczasem dziesięć tysięcy górników, którym kwestia godła państwowego głów nie zaprząta, dzień w dzień wchodzi w głąb góry.

Mieszkańcy Potosí boją się dnia ostatecznego upadku, apokaliptycznej lawiny, która zakończy historię Cerro Rico. W jego wnętrzu leżą kości – czy może pył po kościach – dziesiątek tysięcy górników. Od pierwszego indiańskiego niewolnika z czasów hiszpańskiej kolonii po Luisa Characaya, wiertniczego, o którym piszą w gazecie, bo wczoraj uległ zmiażdżeniu w wyniku tąpnięcia w tunelu i zmarł wskutek urazu wewnątrzczaszkowego i uduszenia. Cerro Rico de Potosí nazywa się „górą, która zjada ludzi".

Która zjada ludzi.

Fragment książki: Ander Izagirre, "Potosí. Góra, która zjada ludzi", przeł. Jerzy Wołk-Łaniewski, wydawnictwo Filtry

Książka znalazła się w finale Nagrody im. Kapuścińskiego 2022

<<Reklama>> Ebook "Potosí" dostępny jest w Publio.pl >>

'Potosi. Góra, która zjada ludzi', Ander Izagirre, przeł. Jerzy Wołk-Łaniewski'Potosi. Góra, która zjada ludzi', Ander Izagirre, przeł. Jerzy Wołk-Łaniewski Materiały promocyjne wydawnictwa

Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego
CZYTAJ WIĘCEJ
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.