Jego matka nazywała się Fajga, ojciec Lejb, ale na ojca wszyscy wołali "Leon Goj", bo jadł trefne mięso, nie nosił chałatu i zadawał się z chrześcijanami. Miał sklep z wódką. Za to, że walczył u boku Piłsudskiego, dostał koncesję na sprzedaż alkoholu. Na szczęście Hersz Ber, dziadek Tojwiego, był prawdziwym Żydem.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Izbica to był nieduży sztetl – żydowskie miasteczko ubłocone po kolana, liche, drewniane, przez które stary Pasioł wracał wieczorami do domu z workiem na plecach, oganiając się od ujadających dzieci; miasteczko, w którym biedna Rajzla tuczyła gęsi, wpychając im długim patykiem paszę do żołądków, a nosiwoda Josele i furman Jojna ledwie wiązali koniec z końcem. Ludzie mówili: „Izbica, Izbica, żydowska stolica". Ale jaka z niej stolica? Nieduża gmina, która wiele lat temu straciła prawa miejskie. Miastko, miasteczko żydowskie rządzone przez chrześcijan. W dwunastoosobowej radzie gminy mieli ośmiu, czasem dziesięciu radnych. I zawsze wójta. Żydzi natomiast liczyli się w handlu, choć nie mogli pracować w izbickiej klinkierni. Niemcowi, inżynierowi Hessowi, nikt nie robił takich problemów.

Fot. Rafał Hetman

Tojwi urodził się pierwszy. Był rok 1927. Jego matka nazywała się Fajga, ojciec Lejb, ale na ojca wszyscy wołali „Leon Goj", bo jadł trefne mięso, nie nosił chałatu i zadawał się z chrześcijanami. Miał sklep z wódką. Za to, że walczył u boku Piłsudskiego, dostał koncesję na sprzedaż alkoholu. Na szczęście Hersz Ber, dziadek Tojwiego, był prawdziwym Żydem. Sąsiedzi mówili więc na chłopca „Tojwi od Hersza Bera". To na cześć dziadka młodszy brat Tojwiego otrzymał imię Hersz.

Rynek w Izbicy wybrukowano jedynie do połowy, wiele niskich kamienic było murowanych wyłącznie od frontu. Tylko bogatsi Żydzi stawiali całe budynki z białego kamienia lub cegły, kto mógł, dostawiał swój dom do już stojącego, żeby zaoszczędzić na wznoszeniu choćby jednej ściany. Bogatsi byli Altmanowie, bo mieli garbarnię, bogatszy był Icek, bo sprzedawał krowy, i Jankiel, właściciel sklepu w podcieniu, bogatszy był Pomper, bo kupiec, i rabin, bo jemu sprzyjał Bóg. A Flajszman, krawiec, mieszkał i pracował w jednym pokoju z dziewięciorgiem dzieci. Spał z nimi w jednym dużym łóżku zbitym z desek, a przy stole pozwalał jadać tylko w szabas, bo w dni robocze kroił i prasował na nim ubrania.

Niektórzy Żydzi myśleli o wyjeździe do Palestyny, inni, jak państwo Handwergerowie, niedawno z niej wrócili. Byli też tacy, co rwali się do polityki. Mizrachi, Organizacja Syjonistyczna, Bund, Agudat Israel – do wyboru, do koloru. Biednych Żydów wspierało towarzystwo Lines ha-Cedek, chorych – Biker Choilim.

Rysiek urodził się później. Był rok 1930, a jego ojciec miał przed sobą tylko sześć lat życia. Ojciec nazywał się Seweryn Maurycy i razem z żoną Bogumiłą prowadził sklep z wędlinami i masarnię.

Izbica miała w rynku synagogę zamiast kościoła, drewnianą szkołę cuchnącą naftą, którą nacierano włosy, a za torami duży budynek z małymi oknami, ufundowany przez Jana Piłata na potrzeby ochotniczej straży, w którym jakiś Żyd z Ameryki założył kino. Na "Dybuka" przyszły tłumy, ale potem interes prawie się nie kręcił, więc w sali kinowej strażacy urządzali zabawy i zebrania.

W targowe środy cały rynek zapełniały furmanki. Ledwie dawało się przejść. Najokazalszy stragan miał Mazur, inwalida z wielkiej wojny. Poruszał się o kulach, a można było u niego kupić prawie wszystko: narzędzia i korale, broszki i nożyczki, fujarki i gwizdki, figurki i zegarki. Klajner sprzedawał lody, ciastka i napoje, Janklowa galanterię. Napisy na murach i płotach nawoływały wprawdzie: „Nie kupuj u Żyda", no ale u kogo? Więc ludzie przepychali się między straganami i targowali po polsku i po żydowsku, a czasem nawet w dwóch językach, o lampy naftowe i knoty, o łóżka i stołki, o kanki i beczki, o łyżki i tłuczki, o solniczki i wałki, maglownice i wiadra, o kury, gęsi i świnie. Ktoś chciał kupić konia, więc zaglądał mu w zęby, ktoś podpinał innego do zaprzęgu, żeby sprawdzić, czy nada się do pracy. A prababka Julka zachwalała farbowane masło.

– Spróbuj, Tojwi, spróbuj, to jest dobre – powiedział któregoś dnia do syna „Leon Goj" i podetknął mu różowy płatek wędliny, który rzeczywiście smakował Tojwiemu bardziej niż jakiekolwiek mięso.

Ale w lichym drewnianym miasteczku liche drewniane ściany nie chroniły przed spojrzeniami czujnych oczu ortodoksyjnych ciotek.

– Tojwi, przyznaj się, jadłeś szynkę – zagadnęła następnego dnia ciotka Miriam.

– Tak, ciociu…

– Zostaniesz ukarany i pójdziesz do piekła! Nie słuchaj ojca. On nie jest prawdziwym Żydem.

Rysiek natomiast chodził na wodę sodową do Nusyma i Minki i nie miał z tego powodu żadnych zatargów z Bogiem. Nie przyjaźnił się z Tojwim, ale mieszkali niedaleko, na pewno mijali się na zabłoconych ulicach, znali z widzenia i od czasu do czasu chodzili na lody po dwa grosze za porcję albo na chałwę w różnych smakach, którą kupowało się na wagę. Stali klienci mogli liczyć na kilka groszy rabatu. Wtedy jeszcze wędrowny kupiec co poniedziałek budził chłopaka z ubojni pytaniem: „Tadzi, maś ściecina?", a chrześcijańsko-żydowskie bójki zdarzały się coraz częściej. Gdy koledzy ze szkoły pobili do krwi młodego Białowicza, nawet matka nie chciała iść na skargę, bo wiedziała, że nic to nie da.

– Byłam poprzednim razem. Dyrektor obiecał, że się tym zajmie – powiedziała Fiszelowi, przykładając mu lód do podbitego oka.

A było tak: dzieciaki wypadły z lekcji religii i krzycząc: „Zabójcy Chrystusa! Żydzi do Palestyny!", rzuciły się z kamieniami na Fiszela, Motla i Joselego stojących na szkolnym boisku. Jeden z chłopaków dopadł Białowicza. Motel i Josele uciekli. Zaczęła się szarpanina. Dzieci okrążyły walczących, każdy chciał popatrzeć, jak się biją. Najpierw lepiej uderzał Fiszel, ale po chwili doskoczył do niego drugi z zadymiarzy. Poszła krew. To był znak, że trzeba przestać. Opluli więc tylko jeszcze Fiszela i poszli. Potem młody Białowicz odszukał Motla i Joselego i powiedział im, że muszą wyjechać.

– Będziemy elitarnymi komandosami z Izbicy, przeszkolonymi do ochrony żydowskich uczniów w Palestynie i na całym świecie! – tłumaczył.

Ale żaden rodzic nie puściłby takich brzdąców samych do Lublina, nie mówiąc już o kraju, który trudno wskazać na mapie.

– Mnie wystarczyłby Zamość, gdybym tylko miał pieniądze na bilet… – rozmarzył się Josele.

Fot. Rafał Hetman

Tojwi, połowa lat 30.

Widzi diabły i płomienie piekielne. W głowie pulsuje mu dziki dźwięk. Tak go nazywa – dziki. Ciało zalewa gorączka.

To przez ciotkę Miriam, która nastraszyła go piekłem za to, że zjadł szynkę podsuniętą przez ojca.

– Ależ, ciociu, dlaczego miałbym pójść do piekła? Nauczyciel religii kazał nam słuchać rodziców – mówi łamiącym się głosem.

– Tojwi, Żydom nie wolno jeść wieprzowiny. Jest niekoszerna i idzie się za to do piekła.

No więc teraz leży w gorączce, łyka lekarstwa zapisane przez doktora i obraca w rękach zegarek matki. Fajga dała mu go do zabawy, żeby zapomniał o chorobie, ale Tojwi nadal jest rozpalony.

Całe to gojostwo wychodzi mu bokiem. Od dawna nie nosi pejsów i opuszcza lekcje w chederze, bo reb Jakow Icchak Lewand tak niemiłosiernie przynudza. Komu by się chciało chodzić do niego codziennie po szkole? Chrześcijańskie dzieci mają wtedy wolne, a Tojwi musi wlec się do domu rebego, siedzieć z kilkorgiem innych chłopców w jego ciemnej kuchni przy starym drewnianym stole i wlepiać wzrok w modlitewnik. Za oknem świeci sto razy ciekawszy świat. Nawet skaczące po niskich dachach kozy, którymi nikt się zwykle nie interesuje, wydają się w czasie lekcji reb Lewanda znakomitymi kompanami do zabawy. Tojwi, zgarbiony nad wersami Starego Testamentu, czuje się w domu nauczyciela jak w klatce. Recytuje po hebrajsku, ale niczego nie rozumie. Kiedy ktoś ziewa, reb wtyka mu za karę brudny patyk w usta. Na szczęście ojciec nigdy nie sprawdza, czy Tojwi w ogóle się tam czegoś uczy.

Przychodzi ciotka Miriam.

– Jak się czujesz? – pyta.

– Boję się – odpowiada.

– Czego?

– Że pójdę do piekła.

– Tojwi, ty się zamartwiasz… – zaczyna ciotka, bo chyba już wie, skąd ta choroba. – Musisz być posłuszny żydowskiemu prawu, ale pamiętaj, Bóg jest miłosierny. Jak skończysz trzynaście lat, będziesz miał bar micwę i zacznie się dla ciebie nowe życie. Bóg wybaczy ci wtedy wszystkie stare grzechy.

Chłopiec szybko liczy. Zostało mu jeszcze kilka bezkarnych lat. Natychmiast zdrowieje. Wraca do jedzenia szynki.

Rysiek, druga połowa lat 30.

Biegnie nad śluzę, bo zapomniał katechizmu. Po naukach przedkomunijnych poszli gromadą nad Wieprz pogapić się na ryby. Rysiek położył katechizm na urządzeniach podnoszących stawidła, a potem o nim zapomniał. W domu dostał burę od matki, więc teraz pędem wraca nad rzekę.

Jest!

Rysiek cieszy się na nadchodzącą komunię. Swoje sprawy z Bogiem ma poukładane. Chodzi na religię i na niedzielne msze. Żydowskich kolegów ze szkoły częstuje czasem szynką, oni w zamian zapraszają go na macę i stanowczo tłumaczą, że nie ma w niej krwi chrześcijańskich dzieci.

Rysiek koleguje się z kilkorgiem z nich. Mówi, że są w komitywie. Ale przeszkadza mu zapach nafty, którą żydowskie dziewczęta wcierają we włosy. Podobno to przeciw wszom. I choć lubi żydowskich kolegów, lubi też soboty, bo wtedy żydowskich dzieci nie ma w szkole. Są za to zajęcia praktyczne, śpiew, słuchanie radia i religia. W inne dni cała klasa wstaje co rano do modlitwy, bo lekcje rozpoczynają pacierzem. Odmawiają go dzieci chrześcijańskie, reszta, czyli większość, słucha. Potem pani Hadasa Reichenstein rozpoczyna zajęcia.

A po lekcjach chłopcy chodzą nad rzekę łowić ryby albo pływać, zimą zjeżdżają na sankach ze wzgórz okalających Izbicę.

Tojwi, druga połowa lat 30.

Kolejny raz wstaje, udając, że musi zrobić siku. Idzie do kuchni i zapala światło. Przerażone nagłym rozbłyskiem karaluchy czmychają w popłochu na wszystkie strony. Tojwi wzdryga się ze strachu, a może z obrzydzenia, ale od razu sięga po nocnik. Siada na nim i otwiera przyniesioną książkę. Uczyć się nie lubi, ale czytać uwielbia. Czasem rodzice muszą go siłą wpychać do łóżka, ale potem i tak z niego wychodzi – niby że siku.

– Żeby go tak ciągnęło do nauki w chederze! – musiała wzdychać ciotka Miriam.

Nawet ojciec ostrzega:

– Tojwi, jak tak dalej pójdzie, nie będziesz nawet umiał odmówić za mnie kadyszu, kiedy przyjdzie pora.

Ojciec ma rację. Ale Tojwi jeszcze nie wie, że nie zdąży nauczyć się słów modlitwy za zmarłych. Na razie czyta książki, nie wierzy, że ktoś może traktować poważnie rozwieszone na budynku poczty plakaty z hasłem „Żydzi do Palestyny", nie wie, że nawet największe zło zwykle zaczyna się niewinnie, a kiedy dziadek zabiera go do synagogi, jak inni Żydzi kiwa się energicznie w przód i w tył, powtarzając za wszystkimi głośno i wyraźnie „Amen".

Nikt się nie orientuje, że Tojwi nie za bardzo wie, o co chodzi w tych rytuałach.

Rysiek, druga połowa lat 30.

Idzie, a właściwie biegnie nad Wieprz z Jasiem, drugim Ryśkiem i Zbyszkiem. Chcą popływać koło kapuśnisk, nieopodal mostu na grobli. Za nimi wolno, zbyt wolno, jak się za chwile okaże, idą wujostwo Zbyszka. Chłopaki zaczynają się przechwalać:

– Ja nie dopłynę, ja?

Ten drugi Rysiek rozbiera się pierwszy. Chce przepłynąć na tamten brzeg. Jest już na środku rzeki. Wtedy pojawiają się wujostwo. Wtedy nurt porywa Ryśka.

Chłopiec próbuje się ratować. Na brzegu wszczynają alarm. Przybiega jakiś wędkarz, chce podać tonącemu wędzisko. Rysiek znika pod wodą. Wynurza się. Znów znika.

Przybiega więcej osób. Szukają go wzdłuż brzegu. Gdula zarzuca w wodę sieci, może schwycą ciało na dnie. Ale nic nie ma. Kiedy zapada noc, kończą poszukiwania.

Następnego dnia ktoś znajduje zwłoki Ryśka przy filarze mostu na grobli.

Tojwi, druga połowa lat 30.

A teraz nosi pejsy i znów boi się Boga. Zastanawia się czasem, czy rodzina i sąsiedzi nie mają przypadkiem racji – może ojciec rzeczywiście jest gojem? Pali papierosy, je szynkę. Wprawdzie zamyka wtedy drzwi na klucz, ale ściany mają szpary i uszy. Zresztą oboje rodzice odwiedzają czasem chrześcijańskich sąsiadów i jedzą razem z nimi trefne potrawy.

W Izbicy takie zachowanie nie uchodzi. Ulice falują czarnymi chałatami, a kto szczególnie nie szanuje tradycji, może dostać kamieniem, jak ci nieszczęśnicy z Zamościa, którzy przyjechali tu kiedyś w szabas. To byli Żydzi, ale bez nakryć głowy, młodzi, ale na rowerach. Zburzyli spokój niemal pustych ulic Izbicy. Ortodoksi obrzucili ich gradem kamieni, a potem wrócili do święcenia dnia świętego.

Tojwi próbuje więc spełniać wszystkie boskie przykazania. Rano odmawia Mojde ani, dziękując za opiekę nad duszą w czasie snu. Myje ręce i modli się przed jedzeniem, jakby swoją gorliwością chciał odkupić grzechy rodziców.

Ale potem płonie bejt midrasz i znów ogarniają go wątpliwości.

„To był Jego dom – myśli. – Nic nie może się zdarzyć bez Jego woli".

Ma mętlik w głowie, rodziców zadających się z gojami i krewnych, którzy w święta z twarzami przepełnionymi godnością i skupieniem kroczą do synagogi – mężczyźni w czarnych chałatach, jarmułkach lub kapeluszach niosą w haftowanych torbach modlitewne akcesoria, kobiety w długich spódnicach, perukach i chustach prowadzą za ręce dzieci – miniaturki rodziców.

Więc kiedy Tojwi wraca późną nocą od przyjaciół, przerażony ciemnością ulic i demonami czyhającymi w wyobraźni, powtarza w myślach słowa modlitwy Szma Israel i czuje się bezpieczny.

Rysiek, druga połowa lat 30.

Rano przybiega furman Niufe i zaczyna opowiadać o diabłach i zmorach, które nocą zakradły się do stajni, splotły koniom grzywy, a później z gołębnika zabrały dwa gołębie, bo chciały napić się krwi.

Nie wie biedak, że to Stach, izbicki rozrabiaka, odwiedził go w nocy. Rysiek wie, więc zaśmiewa się w duchu. Stach miał ochotę przywłaszczyć sobie dwa gołębie, no to je zabrał. Włamał się do stajni, spłoszył konie, obudził śpiącego na stryszku Niufego – który ze strachu zakopał się głębiej w sianie – a potem wlazł na górę i chwycił gołębie.

A teraz idzie z Ryśkiem na kolejną kradzież – kuszą ich jabłka w sadzie Konczewskich. Sad jest otoczony drutem kolczastym, robią więc podkop. Ale widzą z daleka, że sam dziedzic Konczewski wybrał się na objazd okolicy, a pod nogami konia plącze mu się wyżeł Pat. Chowają się w zaroślach. Dziedzic nic nie zauważa. Strącają jabłka i w nogi.

Ale w lesie orłowskim natykają się na gajowego Malugę.

– Już żeśta nakradli u Konczewskich?! – woła, widząc ich wypchane bluzy. – Dajta no trochę tych jabłek!

Dają.

Starsi chłopcy z Izbicy zajmują się poważniejszymi sprawami. Niedawno w porozumieniu z działaczami ludowymi powstało w miasteczku koło Wici. Na zebraniach w prywatnych domach nastolatki słuchają o sytuacji chłopów w Polsce i nieudolności sanacji. Inni zapisują się do Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży. Tych wspierają Kościół i państwo, mają własną bibliotekę, świetlicę, organizują zabawy, przedstawienia, występy chóru.

Dorośli też politykują. Zbierają się na wiecach albo zamkniętych spotkaniach, najczęściej w domu strażaka. Największe poparcie mają partie ludowe – PSL „Wyzwolenie" i Stronnictwo Chłopskie. O wpływy walczy PPS. Zwolenników znajduje też Stronnictwo Narodowe. Jeden z nich zaproponuje bojkot żydowskich handlarzy. Dwudziestu dwóch członków obecnych na zebraniu przyjmie jednak jego apel obojętnie. W Izbicy tylko trzy sklepy należą do chrześcijan, a u Żyda można zwykle kupić taniej. Przejawy zbytku łatwo rzucają się w oczy. Któregoś dnia Józek przechwala się Ryśkowi i kolegom:

– Ale chała posmarowana masłem jest dobra!

– A co, jadłeś?

– Nie, widziałem, jak Żyd jadł!

Tojwi, druga połowa lat 30.

Jest cichy piątkowy wieczór. Na stole płoną szabasowe świece. Tojwi siedzi na kolanach ojca, kiedy ktoś puka do drzwi i nie czekając na odpowiedź, wchodzi. To wysoki mężczyzna w baranim kożuchu. Tak ubierają się woźnice. Woźnice często chodzą podpici. Ten też jest pijany.

Mężczyzna przywiózł z Zamościa wódkę do sklepu Leona. Pojawia się raz w tygodniu. Nazywa się Bojarski. Przywozi skrzynie pełne butelek, ale część zawsze jest potłuczona. Ojciec na niego narzeka. Ostatnio butelki nie tylko się tłukły – zaczęły też znikać. To już oznacza duże straty.

Teraz ojciec upomina się o zwrot brakujących butelek. Rozmowa przechodzi w pyskówkę. Tojwi słyszy przekleństwa, wyzwiska. Coś, co w swoich wspomnieniach nazwie rasistowskimi obelgami. Bojarski kopie krzesło i wychodzi.

Nie mija dziesięć minut, gdy słyszą z ulicy:

– Es brent! Es brent!

Pali się!

To tylko zbieg okoliczności, ale wiersz pod tytułem Es brent napisał niedawno Mordechaj Gebirtig. Kilka zwrotek, które szybko stały się piosenką, powstało w odpowiedzi na pogrom w Przytyku, gdzie po kłótni żydowskiego piekarza z chrześcijańskim rolnikiem  wybuchły zamieszki. Zginęło troje ludzi, a co najmniej trzydzieścioro zostało rannych. Fala przemocy rozlała się dalej.

Tymczasem pali się w Izbicy, tuż obok domu Tojwiego. Zza drzwi chałupy walą kłęby dymu. Ludzie napełniają wiadra wodą, zrywają płonące dachówki. Rano okazuje się, że ktoś widział wychodzącego z domu Blattów Bojarskiego: zapalał zapałki, idąc do sieni sąsiadów. Leon wie, że od podpalonego domu miał się zająć ich dom. W Izbicy drewniane zgarbione budynki przytulają się do siebie cienkimi ścianami, a kiedy płoną, rzadko idzie z dymem tylko jeden. Tojwi dobrze zapamiętuje nazwisko woźnicy. Jeszcze go spotka.

Fragment książki "Izbica, Izbica" Rafała Hetmana, Wydawnictwo Czarne. Książka znalazła się w finale Nagrody im. Kapuścińskiego 2022

Rafał Hetman, Izbica, Izbica,
Rafał Hetman, Izbica, Izbica,  Materiały prasowe

Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego
CZYTAJ WIĘCEJ










Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
Jak latwo mozna spieprzyc wszystko i obrocic ludzi przeciw sobie:(
już oceniałe(a)ś
18
0
Smutne. W sumie jak nie skomentować, to będzie smutnie :/.
już oceniałe(a)ś
15
0
Jak to dobrze, że ciągle ktoś pisze o umarłych książki.
już oceniałe(a)ś
13
0
Bywałem 20 lat temu w Zamościu i okolicach. Nie chcę przytaczać w pełni co się tam mówiło nt. Izbicy, ale była to jawna, kultywowana niechęć do Żydów. Izbica, Izbica, Żydowska stolica to był zaledwie początek "wierszyka".
@RyoIshizaki
W 1750 roku Żydów wygnano z pobliskiej Tarnogóry. Osiedlili się więc po sąsiedzku po drugiej stronie Wieprza. W 1938 roku ludność żydowska stanowiła 93% mieszkańców Izbicy. Przyszli Niemcy i Żydów wymordowali. Teraz to już jest "polskie" miasteczko.
już oceniałe(a)ś
4
0
>> Żydom nie wolno jeść wieprzowiny. Jest niekoszerna i idzie się za to do piekła.

Religia robi ludziom wodę z mózgu nieodmiennie od tysięcy lat. Zauważyłem, że istnieje jakiś mięsny fetysz w różnych religiach. Muzułmanom i żydom nie wolno jeść wieprzowiny. Katolikom w ogóle nie wolno jeść mięsa w piątek. Hinduiści i buddyści w ogóle nie mogą jeść mięsa. Co za koszmar.
@kr_okodyl
Religijne zakazy często mają swoje uzasadnienie. Wieprzowina jest mięsem stosunkowo najszybciej psującym się. W czasach, gdy nie było lodówek, szczególnie w gorącym klimacie, jadanie wieprzowiny obarczone było dużym ryzykiem zdrowotnym. Zatrucia pokarmowe łącznie ze śmiertelnymi.
już oceniałe(a)ś
5
0