Uznałem, że warto porozmawiać z mieszkańcami sąsiadujących z nią wsi i miasteczek. Tam przecież musieli być świadkowie. Ale szybko zrozumiałem, że oni o leprozorium nie chcieli rozmawiać. Był to dla nich rodzaj kłopotliwego epizodu w historii, temat tabu. Na moje pytania odpowiadali wymijająco albo wprost kłamali.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

"Spinalonga. Wyspa trędowatych" Małgorzaty Gołoty, Wydawnictwo Agora. Fragment książki, która znalazła się w finale Nagrody im. Kapuścińskiego 2022

Świadkowie, Kreta, Neapolis, 2018

Starzec wpatruje się we mnie uparcie. Ma jasne, bladoniebieskie oczy. Wyjmuje papierosy i częstuje mnie jednym. Nie smakują jak te na kontynencie. Na Krecie nic nie jest takie jak na kontynencie. Kreteńczycy to więcej niż Grecy. Jeśli ich lokalną tożsamość można porównać do czegoś nam bliskiego, to chyba tylko do sytuacji Ślązaków w Polsce. Gdyby mogli, dawno ogłosiliby powstanie własnego państwa. Nie mogą, bo nie pozwala im na to sytuacja ekonomiczna. I pewnie nieprędko się to zmieni. To wciąż biedna wyspa, choć zamieszkują ją bardzo dumni ludzie. Tu przecież rodziła się Europa. Tu – w jaskini potężnych gór Idi – dorastał najważniejszy z olimpijskich bogów, Zeus.

Za obcymi tu nie przepadają, tych, którzy na wakacje przyjeżdżają z Aten, wprost nie cierpią. Maurice Born też nie jest stąd, urodził się na pograniczu szwajcarsko-francuskim, ale na Krecie znają go wszyscy. Jego losy są ściśle splecione z historią wyspy. Ludzie widują go w okolicy od 1968 roku,dlatego mu ufają. Wtopił się w tłum, choć – fizycznie – bardzo się od niego różni. Bladoniebieskie oczy takie jak jego to coś, co w Grecji widzi się rzadko.

Centrum maleńkiego Neapolis, miasteczka, w którym jesteśmy, od słynnej w tym regionie Spinalongi dzieli ledwie kilkanaście kilometrów. Born o istnieniu wyspy trędowatych dowiedział się pod koniec lat sześćdziesiątych od zaprzyjaźnionego dziennikarza pracującego wtedy w Międzynarodowym Czerwonym Krzyżu w Genewie. Szukał materiału do badań na temat zachowań ludzi pozostających w długotrwałej izolacji, a o Spinalondze mówiono, że kiedyś ludzie chorzy na trąd żyli tu kompletnie odcięci od świata. Na Krecie zamierzał zostać rok, może półtora. Szybko skompletował zespół i ruszył na wyspę, która wśród mieszkańców okolicy uchodziła niemalże za przeklętą.

– W 1968 roku miałem dwadzieścia sześć lat. – Starzec wciąż mi się przygląda. Jest wysoki, znacznie wyższy ode mnie. Oprócz bladoniebieskich oczu od miejscowych odróżnia go jeszcze jasna, niemal dosłownie biała skóra. Tu jednak nikt nie zwraca na to uwagi, znają go wszyscy, przyjaźnie do niego zagadują. Rozmawia z nimi czystą greką.

Zna grecki, jeszcze przed wyjazdem na wyspę, we wczesnej młodości, mieszkał z pewnym Grekiem. Od niego nauczył się tego języka. – Byłem stażystą, początkującym pracownikiem paryskiego Instytutu Środowiska, nowo utworzonego przez ówczesnego francuskiego ministra kultury – opowiada Maurice Born. – Chciałem badać zjawisko wykluczenia i to, w jaki sposób wpływa ono na zachowania pozostających w izolacji ludzi. Mała, oderwana od reszty świata wysepka, miejsce internowania w sumie około półtora tysiąca osób, bo tylko takie dane wtedy znałem, była dla mnie doskonałym materiałem do analizy naukowej. Jedyny pełny raport ilościowy kierownictwo Spinalongi sporządziło w 1953 roku. Wynika z niego, że w ciągu ponad pięćdziesięciu lat funkcjonowania leprozorium przewinęło się przez nie dokładnie 1422 pacjentów. Ale inne dokumenty, do których dotarłem, takie jak wspomnienia Remoundakisa, sugerują tu spore niedoszacowanie. Osobiście uważam, że liczba mieszkańców Spinalongi znacznie przekroczyła pułap dwóch tysięcy.

– W 1968 roku na wyspie nikt już nie mieszkał. – Wraca do momentu swojego przyjazdu Maurice. – Uznałem więc, że warto porozmawiać z mieszkańcami sąsiadujących z nią wsi i miasteczek. Tam przecież musieli być świadkowie. Ale szybko zrozumiałem, że oni o leprozorium nie chcieli rozmawiać. Był to dla nich rodzaj kłopotliwego epizodu w historii, temat tabu. Na moje pytania odpowiadali wymijająco albo wprost kłamali. Ta pełna fałszu fasada musiała kryć tajemnice ogromnego kalibru, ale potrzebowałem czasu, żeby to w pełni zrozumieć.

***

W 1968 roku wstęp na Spinalongę jest surowo zabroniony. Oficjalnie mówi się o istniejącym wciąż ryzyku zarażenia, choć od dawna nikt na wyspie nie mieszka, więc kto miałby kogo zarazić? Nieoficjalnie mówi się natomiast, że administracja okręgu Lasiti, do którego należy wyspa, najzwyczajniej w świecie obawia się grabieży weneckich zabytków. Rybacy z pobliskich miasteczek, Eloundy i Plaki, doskonale wiedzą, że na wyspę nie wolno im pływać. Nikt jednak nie zdradzi władzom, że jeden z rybaków na prośbę Borna właśnie w 1968 roku zawiezie go na Spinalongę i zostawi tu na cały dzień.

Jest sierpień, a w sierpniu dni na Krecie są długie. Słońce wschodzi o wpół do siódmej, zachodzi dopiero o ósmej wieczorem. Born ma dużo czasu. Włóczy się zaułkami, szuka śladów, wskazówek. Wspina się po schodach na wysokie partie wyspy. Tu, gdzie stoi monumentalna mezzaluna Moceniga, bastion w kształcie półksiężyca, dawniej najwyższy punkt całej weneckiej fortecy. Potem powoli wraca na dół. Nie wie jeszcze, czego szuka, ale nie chce niczego przeoczyć. Ogląda słabą instalację elektryczną. Na fasadzie jednego z budynków znajduje tablicę z napisem: „Bractwo Trędowatych Świętego Pantelejmona". Na innym w starej grece napisano „droga bólu". W domach nadal stoją meble, na łóżkach leży pościel, na stołach naczynia. W aptece znajduje nawet pojedyncze flakony jakichś nieznanych leków. Dziwna rzecz. W pobliżu lejowatego pomieszczenia, na prawo od zachodniej bramy wejściowej, unosi się silny zapach kreozotu stosowanego jako środek dezynfekcyjny. Wszystko wygląda tak, jakby mieszkańcy opuścili to miejsce w niebywałym pośpiechu.

Upał popołudnia jest intensywny. Cisza wokół wprost niezwykła. Borna nie dziwi już określenie, które gdzieś kiedyś usłyszał. Wyspa ciszy. Sam nie nazwałby jej lepiej. Dawno temu na tej samej wyspie mieszkały przecież setki osób posługujących się językiem innym niż wszystkie. Więzy krwi nierozerwalnie związały ich kiedyś z Kretą, ale było w nich coś, co czyniło z nich ludzi innych niż pozostali. Mieli też swój język. W tym języku najgłośniej mówiła właśnie cisza.

***

– Wiesz, jeszcze wtedy byłem przekonany, że to będzie prosta misja – wspomina dalej Born. – Konkretna wyspa jako miejsce internowania, ograniczona i udokumentowana jej populacja, znany czas funkcjonowania… Wydawało mi się, że wszystkie elementy są w zasięgu ręki, co pozwoli na przeprowadzenie rzetelnych badań.

– Kiedy się pan zorientował, że to myślenie nijak ma się do rzeczywistości? – pytam.

– Wtedy, gdy zacząłem rozmawiać z mieszkańcami najbliższej okolicy wyspy. Uznałem, że w ten czy inny sposób musieli – oni sami lub ich bliscy – mieć do czynienia z kolonią trędowatych. W międzyczasie zamierzałem przeczytać wszystkie dostępne dokumenty, a potem spotkać tych, którzy przeżyli – w Atenach. Tyle że w tym czasie ani w Place, ani w Ajos nikt nie chciał rozmawiać o leprozorium. Przełamanie tego muru milczenia zajęło mi ponad rok.

– Co było dalej?

– Przez kilka długich miesięcy rozmawiałem i nagrywałem wywiady, z kim się dało, z byłymi strażnikami wyspy, przewoźnikami, praczkami, handlarzami, trafiłem nawet na ślad dawnych administratorów wyspy, którzy dostarczyli mi wielu informacji na temat nadzoru nad egzystencją hansenów na Spinalondze.

***

Zgodę na rozpoczęcie prac badawczych na Spinalondze Maurice uzyskuje po wielu tygodniach starań, o niezbędne dokumenty musi zabiegać w Atenach. Zamieszkuje wtedy w Place, w wynajętym domu, w sąsiedztwie innych mieszkańców wioski. Jest ich wtedy w sumie nie więcej niż siedemnaście osób. Born ma małą łódkę, dzięki której codziennie może dostać się na wyspę bez niczyjej pomocy. Wstępnie wie, czego może spodziewać się po wyspie. Tak mu się przynajmniej wydaje, do czasu aż przypadkowo – podczas kompleksowego przeglądu wszystkich budynków – na podłodze starego ambulatorium znajduje bezładnie rozrzucone obszerne archiwum. Codziennie robi notatki, zapisuje obowiązujące wtedy przepisy prawa, informacje dotyczące życia trędowatych na wyspie.

– Nigdy nie ukradłem żadnych dokumentów, czego do dziś żałuję – mówi. – Gdybym to wtedy zrobił, ocaliłbym ich historię. W Chanii, gdzie długo pracowałem w centrum higieny, też przeszukiwałem archiwa opisane słowem „Spinalonga", i wiesz co? Moim zdaniem już wtedy, w okresie funkcjonowania kolonii, wiele osób domyślało się albo powinno zacząć się domyślać, że trąd nie jest tak bardzo zaraźliwy, jak się o tym oficjalnie mówiło. Kobieta, o której mówił Fotinos, Eleni Tsouri, mimo wielu lat spędzonych na wyspie jako żona najpierw jednego, a potem drugiego trędowatego pacjenta Spinalongi, nigdy się od nich nie zaraziła. I nie była jedyna. Podczas przeszło pięćdziesięciu lat istnienia leprozorium na wyspie jako praczki pracowało ponad sto kobiet. Żadna z nich nie zachorowała na trąd!

W filmie dokumentalnym "The Island. The True Story" w reżyserii Theo Papadoulakisa to samo, choć kilka lat wcześniej, powiedziała Maria Bebelaki, córka jednej z zatrudnionych na wyspie kobiet. Maurice Born nigdy do końca nie pogodził się z tym, co wydarzyło się na wyspie. Trędowaci byli jego przyjaciółmi. Na Krecie wszyscy wiedzą, że łączyła go z nimi szczególnego rodzaju więź.

Dlaczego jednak tych ludzi trzymano w zamknięciu?

– Bo tak było łatwiej. Kreta w tamtym czasie była bardzo biedna, nadal jest. W dodatku nikt nie chciał się tym tematem solidnie zająć. Gdyby tak było, ktoś posłuchałby specjalistów od trądu. Choćby tego, co mówili na kongresie w Madrycie w 1953 roku, cztery lata przed zamknięciem Spinalongi. Ale na Krecie, jak w całej Grecji, trąd do dziś uważany jest za rodzaj kary boskiej. Dlatego nikomu nie była na rękę troska o dobro trędowatych. Jedyne, na czym zależało społeczeństwu, to gdzieś tych ludzi upchnąć, gdzieś, gdzie nie będą widoczni.

– Na Spinalondze jednak byli widoczni. Buntowali się przecież – przypominam mojemu rozmówcy. – Sam pan powiedział, że z istnienia leprozorium na wyspie i z tego, w jakich warunkach żyją tam ludzie, doskonale zdawała sobie sprawę także zagraniczna opinia publiczna.

– Tak, i to ta sama zagraniczna opinia publiczna, wysyłając na wyspę doktora Muira, dała do zrozumienia rządowi w Atenach, że dłuższe przymykanie oczu na istnienie Spinalongi jest niemożliwe w sytuacji, gdy znane jest skuteczne lekarstwo na trąd.

Fragment książki Małgorzaty Gołoty, "Spinalonga. Wyspa trędowatych", Wydawnictwo Agora.

Książka znalazła się w finale Nagrody im. Kapuścińskiego 2022

Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego
CZYTAJ WIĘCEJ
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
To jest oryginał pisany po polsku?
Czyta się jak nieudolne tłumaczenie z obcego języka. I jeszcze ten kicz: "W tym języku najgłośniej mówiła właśnie cisza."
już oceniałe(a)ś
24
13
za obcymi nie przepadaja, tych z aten nienawidza.... mam nadzieje, ze nigdy nie beda mieli swojego panstwa. z takim nastawieniem, po co komu kolejny totalitarny kraj
już oceniałe(a)ś
16
11
Marna książka marnie napisana.
już oceniałe(a)ś
8
6
Po co reklamować coś tak słabego literacko, naiwnego i naciąganego?
już oceniałe(a)ś
3
2
Ten artykuł to deja vu. Już coś takiego czytałam w chyba w Wyborczej u początków pandemii koronawirusa. Zastanawiające, to jakby sprzeciw izolacji zarażonych w epidemii. A po co jest potrzebny taki marny propagandowy tekst teraz, skoro pandemię rząd zlikwidował metodą "stłuczenia lustra"......?
już oceniałe(a)ś
4
3
Bzdury. Spinalonga to był nowoczesny państwowy program walki z epidemią choroby. Izolacja na wyspie była mniejszym złem w stosunku do tego co przeżywali trędowaci w swoich środowiskach, zresztą do dziś dnia jest podobnie w wielu krajach.
już oceniałe(a)ś
8
7
Czysta greka? Pewnie nauczyl sie jej od Zeusa.
już oceniałe(a)ś
1
2