Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

"Klub. Seksskandal w komitecie noblowskim" Matildy Voss Gustavsson (tłum. z jęz. szwedzkiego Justyna Czechowska, wyd. Wielka Litera, 2020) to jedna z pięciu książek, które znalazły się w finale 12. edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego.

Wśród nominowanych jest też "Nomadland. W drodze za pracą" Jessiki Bruder - książka, na podstawie której powstał scenariusz nagrodzonego Oscarem filmu.

Matilda Voss Gustavsson przedstawia relacje kobiet, które zdecydowały się opowiedzieć o molestowaniu, gwałtach i przemocy, jakich doświadczyły od Jean-Claude’a Arnaulta, męża członkini Akademii Szwedzkiej przyznającej Nagrodę Nobla. Reportaż śledczy, który Gustavsson opublikowała wcześniej, w 2017 roku, w jednym z najpopularniejszych szwedzkich dzienników "Dagens Nyheter", wstrząsnął Akademią Szwedzką i sprawił, że w 2018 roku nie przyznano Nagrody Nobla w dziedzinie literatury.

"Klub. Seksskandal w komitecie noblowskim" Matildy Voss Gustavsson - fragmenty

Dzień po tym, jak podczas porannego zebrania wspólnie z dwiema koleżankami wymieniłyśmy nazwiska kilku mężczyzn, o których słyszałyśmy plotki, zapisuję w telefonie: „Jean-Claude". Minął tydzień od zdemaskowania Weinsteina, za trzy doby w mediach społecznościowych rozpęta się kampania #MeToo. Coś się stało z moją optyką, tym razem imię na wyświetlaczu telefonu nagle budzi konkretne pytanie:

Czy to możliwe, że i w tym przypadku za plotkami i sugestiami kryją się prawdziwe czyny?

***

Czy znam kogoś ze świata literatury? Czy znam kogoś, kto zna kogoś ze świata literatury? Od pierwszej chwili wiem, że moje śledztwo zależy od kontaktów, dlatego przeglądam listę możliwych „wejść". Nieco później przyjdzie mi do głowy, że właśnie tej jesieni znajduję się w idealnej sytuacji, aby zająć się tym tematem. Od niedawna jestem na etacie w „Dagens Nyheter", gdzie najczęściej wykonuję zlecenia dla działu kultury. W redakcyjnym krajobrazie wokół mnie siedzi kilku z najbardziej wpływowych krytyków i redaktorów Szwecji. W każdej chwili mogę rozpocząć z nimi rozmowę. Jestem jednak reporterką, nigdy nie poruszałam się w sferze kultury wysokiej. Z wyjątkiem Kristiny Lugn, z którą przeprowadzałam wywiad, nigdy nie poznałam żadnego z członków Akademii Szwedzkiej.

Zastanawiam się, czy coś by się zmieniło, gdybym kiedyś znalazła się na tym samym przyjęciu co oni, gdybym zwróciła na siebie ich uwagę, gdybym w jakiś sposób poczuła się przez nich doceniona. Czy zadałabym sobie wcześniej te krytyczne pytania, czy może utonęłyby one w morzu skomplikowanych emocji, jakie budzą się w podniosłej atmosferze? Jak wpłynęłoby na mnie to mniej czy bardziej odruchowe samoumniejszenie, powstałe w bliskości z ludźmi posiadającymi rzeczywistą władzę lub charyzmę?

Rozmawiam z redaktorką Åsą Beckman, która namawia mnie na wszczęcie śledztwa, i kilkoma wybranymi kolegami po fachu. Piszę do paru znajomych o tym, że chcę spróbować dowiedzieć się, czy w pogłoskach o dyrektorze artystycznym Forum jest choć ziarno prawdy. W ciągu doby dostaję od nich dwa nazwiska. Pierwsza kobieta opowiada o kolacji w jednej ze sztokholmskich knajp. Mówi, że Jean-Claude Arnault położył rękę na jej udzie, oświadczając, że powinna przyjść do niego do domu nago.

„Siedzący wokół stołu musieli widzieć, co się dzieje: Horace Engdahl, Katarina Frostenson i dyrektor pewnego muzeum. Miałam wrażenie, że straszne nie jest zachowanie Jean-Claude'a, ale to, że nikt nie zareagował".

Druga kobieta studiowała wtedy w szkole pisarskiej Biskops-Arnö, ona i koledzy z jej grupy czytali teksty na scenie Forum. Po występie została w piwnicy, rozmawiała z dwójką gości.

„Wtedy podszedł Jean-Claude i chwycił mnie za pupę. Następnie zakrył mi ręką oczy i pociągnął za włosy. Zrobił to bardzo gwałtownie. Byłam tak zaskoczona, że nie zdążyłam zareagować. Trzymając mnie tak, zwrócił się do tamtych kobiet: «Spójrzcie na jej czoło, widziałyście kiedyś takie piękne czoło?». Stałam tam jak jakiś obiekt na wystawie".

Jednak żadna z nich nie jest w stanie opowiedzieć o swoich doświadczeniach pod własnym nazwiskiem. To dlatego, że Arnault i jego przyjaciele mają zbyt dużą władzę w świecie kultury. Jeśli staną się ich wrogami, mogą nigdy nie dostać stypendium. Zostaną wykluczone z ważnych miejsc i nie będą mogły pisać.

Przez najbliższe dni, gdy tylko mam trochę czasu, staram się badać różne wątki. Nikt nie chce wypowiedzieć się otwarcie, ale niemal wszyscy słyszeli pogłoski. Kilkoro potwierdza, że zachowanie Jean-Claude'a Arnaulta nie zna granic, że lubi obmacywać i sami to widzieli. Kilka osób stwierdza, że garnie się do „kruchych" kobiet. Notuję to słowo wraz ze znakiem zapytania.

ZAJRZYJ DO CZYTELNI WYBORCZEJ

W niektórych rozmowach między słowami pobrzmiewa ostrzegawczy ton, swego rodzaju ogólna przestroga, że jako młoda kobieta powinnam trzymać się w bezpiecznej odległości od Jean-Claude'a Arnaulta. I nie powinnam niczego „ruszać". Jedna z moich pierwszych rozmówczyń, która później zdecyduje się na rolę świadka, twierdzi, że dyrektor artystyczny Forum pomógł wielu osobom dojść bardzo wysoko.

„Ci, którzy siedzą dziś na różnych ważnych stołkach, mają wobec niego dług wdzięczności. Wszędzie ma kontakty. Nie ja decyduję o twoim życiu, ale domyślam się, że chcesz jeszcze kiedyś napisać coś poważniejszego, prawda?".

Dziesięć dni po zdemaskowaniu Harveya Weinsteina wybucha #MeToo – kampania zapoczątkowana w 2006 roku przez aktywistkę praw obywatelskich Taranę Burke. Akcja staje się globalna, kiedy aktorka Alyssa Milano zamieszcza post w mediach społecznościowych: „Gdyby wszystkie kobiety, które były kiedyś molestowane seksualnie, napisały «#metoo» w swoich statusach, być może udałoby się pokazać ludziom, jaką skalę ma to zjawisko".

Jest 15 października, a moje media społecznościowe kolonizowane są przez kolejny hashtag, czarny znaczek z szeregiem literek, tak ważny, że już dziś można go sobie wyobrazić w tytułach nadchodzących filmów dokumentalnych. Jak czerwona, pulchna pięść – symbol kobiecego ruchu. Podczas gdy walka lat siedemdziesiątych kojarzy się z solidnymi plakatami, wyobrażam sobie, że aktywizm naszych czasów będzie tylko pogonią internetowych okrzyków istniejących zaledwie przez kilka dni. Wówczas nie sądzę, że #MeToo utrzyma się dłużej, że cokolwiek zmieni. W przypadku wcześniejszych, podobnych kampanii w mediach społecznościowych często zastanawiałam się, dlaczego to zawsze kobiety mają się obnażać i pokazywać swoje rany.

Jestem zajęta swoim śledztwem w sprawie Jean-Claude'a Arnaulta – jedynie przelotem rejestruję kolejne ujawniane historie. Te rozprzestrzeniają się nieubłaganie, wraz z różowym symbolem, wyskakującym automatycznie, kiedy napisze się #MeToo.

Jesienią 2017 roku przemoc seksualna była na ustach wszystkich. Poranne studia telewizyjne i bańki internetowe wypełniały się świadectwami, dyskusjami o różnych sytuacjach w miejscach pracy i wywiadami wzywającymi do wzięcia odpowiedzialności. Wypełniały się ekspertkami, aktywistkami, kolejnymi zgłoszeniami i procesami sądowymi. Niemal za każdym razem, gdy w tym okresie spotykałam się z którąś z przyjaciółek, rozmowa kończyła się przykładami mniejszych lub większych incydentów. Były zwierzenia dotyczące poniżających komentarzy na temat czyjegoś wyglądu i długich maili dogłębnie opisujących czyjąś brzydotę. Pełne nieproszonych rąk między udami i tego, jak ktoś się na kogoś rzucił.

Rozmowy niczym otwierane rany. Ponieważ wcześniej te doświadczenia często zostały zredukowane do oględnych sformułowań w stylu „jest świnią". Ponieważ często przyczyniałyśmy się do przemilczania cudzych historii.

Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego
CZYTAJ WIĘCEJ

Zbiorowa uwaga skierowana na różnego rodzaju przemocowość sprawia, że budzą się wspomnienia. Obrazy pojawiają się często bez ostrzeżenia. Nagle przypomina mi się zmieszane spojrzenie mężczyzny, gdy przysnęłam na imprezie, a on próbował uprawiać ze mną seks. Pamiętam, jak innym razem zaprowadziłam moją zszokowaną koleżankę do szpitala, ale nie padło ani słowo o tym, że powinnyśmy pójść też na policję. Nawet nie przyszło mi to do głowy, nigdy nie użyłam właściwego słowa na to, co ją spotkało.

Mężczyźni również bywają ofiarami przemocy. Bywają nimi także dzieci. Teraz jednak to przede wszystkim kobiety dają świadectwo i to ich doświadczenia okazują się tak powszechne, że jednoczą niemal je wszystkie. Niezależnie od wieku i klasy społecznej.

W Szwecji organizują się kolejne branże. Jako pierwsze ujawniają się aktorki, ponad czterysta, które pod hashtagiem #TystnadTagning [#CiszaNagranie] dają świadectwo molestowania i przemocy, których doświadczyły w pracy, mówią o zmowie milczenia otaczającego sprawców. Następnie ujawniają się dziennikarki, lekarki, archeolożki, kobiety pracujące na budowie, narkomanki i kobiety żyjące na ulicy. Uczennice, policjantki, pracownice restauracji i kobiety z doświadczeniem prostytucji: #InteDinHora [#NieTwojaDziwka]. Przez cały ten czas zdarzały mi się nagłe przypływy jedności ze spotykanymi w codziennych sytuacjach kobietami. Z tą, która wyprowadza jamnika, z tą stojącą na peronie i zapatrzoną w komórkę. Od kiedy opuściłam Kościół, rzadko miewałam poczucie, że przynależę do jakiejś wspólnoty. Poza tym dorastałam w rzeczywistości przesiąkniętej feminizmem, miałam wrażenie, że w mojej części najbardziej podstawowe bitwy zostały już dawno wygrane.

W jednym z późniejszych tekstów Nina Björk pisze, że proste wezwanie ruchu #MeToo do egzekwowania prawa do własnego ciała zdołało zjednoczyć tak wiele kobiet, że da się to porównać jedynie do kwestii poruszanych jeszcze, zanim społeczeństwo stało się formalnie równouprawnione. To właśnie łączy nowy hashtag z pierwszą falą emancypacji, z prawem do głosowania i pracy. Z faktem, że jako kobieta nie jesteś zależna od mężczyzny, z walką o uznanie kobiety jako stuprocentowego człowieka.

*

Akcja #MeToo zaczyna się od chęci pokazania pewnej struktury. Zaczyna się też od wskazania konkretnego człowieka, od Harveya Weinsteina i jego niekontrolowanego upadku ze szczytu.

To, że tak wysoko postawionego mężczyznę można pociągnąć do odpowiedzialności, w praktyce oznacza, że nie tylko stworzono przestrzeń do rozmów o przemocy seksualnej, lecz także wyznaczono kierunek. Po raz pierwszy w historii publiczne zeznanie oznacza konsekwencje dla oskarżonego. Niebawem kobiety w Szwecji i na świecie złamią reguły obowiązujące w internecie, wskazując oprawców, podając ich imiona i nazwiska. Przekraczają tę granicę.

Zrobią to też tradycyjne media. Twarze oskarżonych mężczyzn będą widoczne na pierwszych stronach gazet w całym kraju. Dorobek życia i kariery zostaną zaprzepaszczone bez żadnych formalnych rozpraw sądowych.

Trafię w sam środek tego ruchu, który pod wieloma względami jest pójściem w nieznane. W tych wydarzeniach będzie sporo okrucieństwa oraz wiele światła, będą także wszelkie stany pośrednie.

W swojej istocie i od samego początku #MeToo jest rewolucją. Insynuacje i szeptanie o przemocy seksualnej zataiły prawdę o świecie i o tym, jakie mechanizmy współtworzą władzę. Milczenie zanegowało część życia. Przez całe lata mężczyźni tacy jak Harvey Weinstein nie pozwalali sformułować prawdy o jednym z najgorszych doświadczeń w życiu.

*

17 października podchodzi do mnie koleżanka z biura. Pokazuje mi facebookowy post Elise Karlsson: „Czy jeśli powiem #MeToo, to przestaniecie chodzić do Forum? Przestaniecie zapraszać Jean-Claude'a na imprezy? Przestaniecie go tłumaczyć?".

W komentarzu pisarka Gabriella Håkansson pisze, że ona też była przez niego zaczepiana. Niebawem moją uwagę przykuwa podobny post Stefana Ingvarssona, szwedzkiego attaché kulturalnego w Moskwie.

„Nie mam już siły brać udziału w tej zmowie milczenia. Przez to, że milczę, mniej osób ma odwagę się postawić. Mam wrażenie, że przez tę ciszę wpływowe osoby stojące za jego plecami dadzą nam odczuć konsekwencje. So be it. To wspólny wstyd dla całego literackiego Sztokholmu".

Nie znam żadnej z tych osób, ale mamy kilkoro wspólnych znajomych na Facebooku, co oznacza, że mogę napisać do nich przez Messengera. Natychmiast wysyłam im prywatne wiadomości. Odświeżam stronę, aż w końcu w ciągu kilku dni i nocy odpowiedzą mi, że możemy porozmawiać.

Wtedy zabieram ze sobą komputer do jednej z dźwiękoszczelnych kabin znajdujących się w naszej redakcji. To takie niewielkie kubiki z drzwiami z matowego szkła. Przychodzę tu za każdym razem, kiedy muszę gdzieś zadzwonić albo kiedy zbliża się deadline na tekst.

„Raz wykazałem się odwagą, byłem młody, pracowałem w niewielkim wydawnictwie – mówi Stefan Ingvarsson. – Kiedy na jednej z imprez Arnault chwycił jedną z naszych gościń za biust, wyrzuciłem go za drzwi. Wrzeszczał na mnie: «Wiesz, kim jestem? Zniszczę ci karierę!». Wraz z rozwojem kariery moja odwaga malała. Kiedy dostałem pracę w większym wydawnictwie, nie bardzo mogłem tak reagować ze względu na jego rozległe kontakty. Potem prowadziłem festiwal literacki Stockholm Literature, finansowo zależny od Akademii Szwedzkiej".

Elise Karlsson opowiada, jak w 2007 roku spotkała Jean-Claude'a Arnaulta na imprezie zorganizowanej przez wydawnictwo Modernista.

„Podszedł do mnie i powiedział, że słyszał o moim zbliżającym się debiucie. W domyśle powinnam być nim zainteresowana, ponieważ mógł zrobić dla mnie różne rzeczy. Gdy to przemilczałam, powiedział: «Nie wiesz, kim jestem?». Oczywiście, że wiedziałam. Miałam w głowie cały katalog opowieści molestowanych przez niego kobiet. Zakończyłam rozmowę i odeszłam".

Jesienią 2009 roku Elise Karlsson wzięła udział w wielkim przyjęciu wydawnictwa Alberta Bonniera w ich reprezentacyjnej willi Nedre Manilla na wyspie Djurgården. Czekała w holu na przyjaciela, kiedy nagle poczuła na pupie czyjąś rękę.

„Zesztywniałam. Potem zobaczyłam, kto to zrobił. Powiedziałam: «Nie dotykaj mnie» i «Przestań». Na co odparł: «Bo jak nie, to co się stanie?»".

Krytyczka literacka Annina Rabe stała wtedy w pobliżu. W rozmowie ze mną potwierdza, że zdarzenie zakończyło się tym, że Elise Karlsson uderzyła Jean-Claude'a Arnaulta w twarz. Zniknął, ale później, wieczorem znów do niej podszedł. Pisarz Daniel Sjölin, który przebywał w tym samym towarzystwie, opowiada, że Jean-Claude Arnault był wściekły. Sjölin wspominał, jak Arnault zwyzywał Elise Karlsson od „wariatek". Krzyczał, że jest „skończona" i „nienormalna".

Dzwonię do Gabrielli Håkansson, która opowiada o innej imprezie sprzed dziesięciu lat. Właśnie weszła, a Jean-Claude Arnault, którego nie znała, podszedł do niej w tłumie.

„Powiedział zaledwie kilka słów, po czym wcisnął rękę między moje uda, robiąc tak zwany pussy grab, i zaczął tam gmerać. Nie działo się nic, co mogłoby motywować takie zachowanie, nie poprzedził go żaden flirt ani dotyk. Tylko ręka prosto w krocze".

Historię potwierdza jej ówczesny chłopak, pisarz Thomas Engström, który stał obok.

„Pamiętam tę sytuację dokładnie, bo to jedna z najbardziej grubiańskich rzeczy, jakie widziałem".

Mówi, że wrzasnął na Arnaulta, a Gabriella uderzyła go w twarz, po czym ten wyszedł z pomieszczenia. Stojące wokół nich osoby pokręciły głowami, po czym szeptały, że nie jest normalny. Zaraz potem jednak udały, że nic się nie stało. Po kilku minutach paraliżu ciało Håkansson zareagowało. Serce waliło jak oszalałe, zrobiło jej się niedobrze. Miała poczucie, że Arnault cały czas stoi za jej plecami. Do czego jeszcze był zdolny? Wróciła do domu, przez całą noc nie mogła spać.

„Od tamtej pory wiele razy myślałam o tym, co się wydarzyło. Od ponad dwudziestu lat kobiety z branży o nim rozmawiają. O tym, że należy rozwiesić na mieście plakaty ostrzegawcze, nakleić je na drzwiach Akademii Szwedzkiej, że musimy to zatrzymać. Nic się jednak nie wydarzyło".

Elise Karlsson i Gabriella Håkansson są gotowe zeznawać pod własnymi nazwiskami. Jeśli dojdzie do publikacji i jeżeli da się udowodnić, że ich doświadczenia są częścią większej całości, podzielą się swymi historiami.

NAJLEPSZE KSIĄŻKI NA WEEKEND

W tym samym czasie kontaktuje się ze mną pewna kobieta, która pisze, że powinnam porozmawiać z jej koleżanką Filippą. Dzwonię do niej tego samego popołudnia. Podczas rozmowy opowiada o doświadczeniach przemocy, mówi, że bardzo trudno byłoby jej opowiedzieć o tym w mediach. Co innego, gdyby tylko raz jej dotknął, a ona by go zwymyślała, jak przystało na porządną feministkę.

Jadę metrem do domu. Niebo za oknem jest ciemne i zamglone. Z mostu Traneberg widać Alvik. Wielki szyld hotelowy oraz wszystkie neonowe logotypy firm przy rynku są zanurzone we mgle.

Wszystko, co opowiedziano mi przez ostatnie dni, jawi się jako nierzeczywiste. Kiedy dziennikarz przystępuje do badania jakiejś historii, pierwsze wyobrażenia z wolna zaczynają się rozpływać, a ich miejsce zajmują sprawy bardziej prozaiczne. To, co wydaje się na początku dramatyczne i przerażające, z czasem blednie. Teraz jednak miałam poczucie, że problemy tylko się rozrastały, groza była coraz większa.

Nie spodziewałam się, że tak szybko uda mi się skontaktować z kobietami molestowanymi przez Jean-Claude'a Arnaulta. Ile jeszcze mogło ich być?

***

Nowy stażysta prosi o dyskretną rozmowę. Gdy jesteśmy sami, mówi, że słyszał o moim śledztwie w sprawie Jean-Claude'a Arnaulta. Opowiada, że jego koleżanka z poprzedniej pracy ma pewną przyjaciółkę. Odniósł wrażenie, że tamta ma jakieś doświadczenia z Arnaultem. Nie zna szczegółów, ale obiecuje sprawdzić, czy jest szansa, bym z nią porozmawiała.

Kilka godzin później dostaję wiadomość. Mogę zadzwonić, więc ponownie zamykam się w jednym z odseparowanych pokoików. Potem przez kilka minut gapię się w ekran. Widzę jej nazwisko oraz informację, że zajmuje się kulturą w niewielkim mieście.

Zawsze trudno jest wykręcić numer telefonu do nieznajomego.

Zwykle nieśmiałość może być dla reportera siłą, zwłaszcza gdy nie stanowi on zagrożenia. Teraz to niemal niemożliwe. Czuję, że nie mam prawa stawiać pewnych pytań. Jak w ogóle rozmawiać o molestowaniu seksualnym i przemocy?

Kiedy odbiera telefon, następuje dłuższa cisza. Dopiero po chwili się przedstawiam. Potem pytam, czy nie przeszkadzam, i mówię, że „w związku z #MeToo" zaczęłam sprawdzać dyrektora artystycznego Forum i otrzymałam informację, że ona ewentualnie doświadczyła „czegoś takiego". Wie od przyjaciela, że mam zadzwonić. Dokładnie przemyślała swoją decyzję. Potem mówi mi, że przez wiele lat postrzegała siebie jako milczącego świadka.

„Wykonałam wielką pracę. Świadomie postanowiłam nie zapomnieć. Wiem, że nie jestem sama, chciałam być gotowa. Pisałam, poświęciłam sporo energii na to, by zrozumieć Jean-Claude'a oraz świat kultury, który żył z nim w symbiozie. Kiedy rozpętało się #MeToo, uświadomiłam sobie, że zdemaskowanie go jest możliwe".

Chce opowiedzieć o swoich doświadczeniach, ale absolutnie nie zrobi tego pod nazwiskiem. Dla niej i wielu innych kobiet, które zdecydują się na rozmowę ze mną, anonimowość będzie sprawą kluczową – także dla tych, które są blisko Arnaulta i Akademii Szwedzkiej.

Mówi o sobie Christine, nasza pierwsza rozmowa trwa czterdzieści dwie minuty.

Christine:

Tata w nietypowy sposób namawiał mnie do awansu klasowego. Sam chciał studiować. Nie zachęcał tak, jak robi to wielu innych rodziców będących robotnikami, do nauki czegoś, co da mi konkretny zawód. Wspierał mnie w tym, żebym studiowała to, na co mam ochotę – na kierunku, który mnie fascynuje.

To było latem 2000 roku, studiowałam literaturoznawstwo, Jean-Claude'a Arnaulta spotkałam na promie do Niemiec. Miałam dwadzieścia pięć lat. Zaczęłam publikować w różnych czasopismach.

W tym czasie nie czułam się najlepiej. Dziś powiedziałabym, że miałam depresję, takie epizody zdarzyły mi się już wcześniej, gdy byłam nastolatką. Wtedy nie zdawałam sobie z tego do końca sprawy.

Pamiętam, jak stałam ubrana cała na czarno na gorącym, nasłonecznionym pokładzie promu i zauważyłam, że przygląda mi się jakiś starszy mężczyzna.

Od razu fajnie się z nim rozmawiało. Był niezwykle wiarygodny. Szybko oświadczył, że jest mężem Katariny Frostenson, dla mnie wybitnej osoby. Był w drodze do Paryża. Tam miał się spotkać z pisarzem Horace'em Engdahlem, swoim bliskim przyjacielem. Niedawno czytałam w wywiadzie w „Dagens Nyheter", że ten traktował Arnaulta jako wzór stylu bycia.

Teraz myślę, że Jean-Claude wcześnie dostrzegł moje zagubienie, to, że byłam przygnębiona, ale też że chciałam coś osiągnąć. Jeśli byłabym wtedy tylko krucha… Nie, to by nie wystarczyło. To by było za łatwe. Miałam wrażenie, że pociągała go kombinacja mojego załamania i ambicji.

Poza tym znajdowałam się w trudnym, granicznym momencie. Nie miałam żadnego kulturowego backgroundu. Pochodziłam z zewnątrz, jeszcze nie słyszałam o Arnaulcie. Fascynowało mnie to, że osobiście znał pisarki, które wydawały mi się wszystkim. W tym czasie sama zaczęłam tworzyć jako osoba pisząca. Stałam na progu tego świata.

Przez całą podróż promem rozmawialiśmy o literaturze i pisaniu. Przysiadłam się do niego, po raz pierwszy podróżowałam pierwszą klasą.

Podświadomie to wszystko miało znaczenie. Gdy schodziłam z promu w Niemczech, zapytał, czy nie zechciałabym przyjechać do niego do Paryża. Miałam wrażenie, że to szansa, której nie wolno odrzucić. Zanim się rozstaliśmy, pocałował mnie. Byłam zaskoczona, bo nie odczułam między nami tego rodzaju napięcia – ale po tym pocałunku zorientowałam się, że ten mężczyzna mi się podoba.

Zaledwie po kilku dniach w Niemczech postanowiłam pojechać do Paryża. Zdarzało się, że gdy działałam w odpowiednio szybkim tempie, lepiej radziłam sobie z lękiem.

Sprawdziłam go przed wyjazdem do Paryża. Naprawdę był mężem Katariny Frostenson, poczułam się bezpieczna. Potem napisałam maila do najbliższej koleżanki: „Jeśli coś mi się stanie, to jest jego numer". Ten zabezpieczający krok odzwierciedlał napięcie, które, jak mi się wydaje, dostrzegł we mnie Jean-Claude: podobał mi się, coś kusiło mnie w jego aurze światowca, choć oczywiście nie chciałam być wykorzystana. Bałam się o własne życie, a mimo to chciałam zaryzykować.

Wsiadłam do nocnego autokaru do Paryża. Nigdy wcześniej tam nie byłam i już nigdy tam nie wróciłam. Nie ze względu na rzeczy, które mnie tam spotkały, ale ponieważ to tam się wszystko zaczęło. Dni w tym mieście okazały się dopiero początkiem.

W Paryżu Jean-Claude był już inny niż na statku, stał się opryskliwy. Zaczął dawać drobne sygnały, robił uwagi na temat mojego ciała czy bluzki, którą kupiłam. Zachowywał się protekcjonalnie, ale przede wszystkim przestał ze mną rozmawiać. Pamiętam, jak pewnego wieczoru siedzieliśmy w barze, a on w widoczny dla otoczenia sposób trzymał rękę w moich majtkach. Obrzydliwy gest. Nie byłam pruderyjna. Jadąc do Paryża, chciałam uprawiać z nim seks – ale to, że nie odezwał się do mnie ani słowem… Pełniłam tylko jedną funkcję.

Stałam się nieistotna. Byłam jedynie kobietą, z którą się pieprzył. Nigdy wcześniej tego nie doświadczyłam: cały czas byłam tylko ciałem i o tym wiedziałam. On nawet nie udawał, że jest inaczej.

Postanowiłam wyjechać. Po powrocie do domu opowiadałam o Paryżu jako o szalonym przeżyciu. Zamieniłam to doświadczenie w historię, z którą będę mogła żyć. Jednak Jean-Claude umocnił tę ciemną stronę, która była we mnie już wcześniej. Tej jesieni czułam się dużo gorzej. A on dzwonił i dzwonił. Nie chciałam mieć z nim do czynienia.

Namawiał mnie. Byłam słaba, w końcu nie miałam już siły się sprzeciwiać. Spotkałam się z nim w Wasahofie. Jean-Claude chciał, żebyśmy poszli do Forum. W piwnicy poprosił, żebym zrobiła mu laskę, a ja zaczęłam to robić. Robiłam to dobrowolnie. A potem zszokowała mnie gwałtowność i szybkość tego, co się stało. Byłam zupełnie nieprzygotowana. W Paryżu nie uprawialiśmy raczej „przyjemnego" seksu, ale to było coś zupełnie innego. Chwycił mnie mocno za głowę. Wprowadził swojego penisa tak głęboko, że nie mogłam oddychać. Nie puszczał. Byłam unieruchomiona jak w imadle. Całe ciało się trzęsło, pamiętam tylko jedną myśl: jesteśmy w piwnicy. Nawet jeśli się uwolnię i zacznę krzyczeć, nikt mnie nie usłyszy. Wydaje mi się, że trwało to dość długo, choć dokładnie nie wiem ile. Właśnie ta scena na zawsze pozostanie mi w pamięci.

Potem dalej wydzwaniał. Kiedyś poinformował mnie, że zaprosił do Forum moją ulubioną pisarkę. Chciał, żebym ją poznała. W końcu zdecydowałam, że pójdę tam z kolegą. Nie miałam zamiaru być ofiarą. Nie chciałam myśleć o sobie w ten sposób. W moim pamiętniku z tamtego okresu nie ma ani słowa o przemocy – chociaż pisałam inne rzeczy o Jean-Claudzie. W każdym razie zadbałam o to, żeby nie iść tam w pojedynkę.

Kiedy kolega i ja wychodziliśmy z odczytu, ktoś zaczął dotykać mojej pupy. Od razu zrozumiałam kto, ale i tak się odwróciłam. Moja reakcja była bardzo gwałtowna, bo za mną szedł nie tylko on, lecz także Katarina Frostenson. Widziała. Musiała widzieć. Stali blisko siebie.

Sytuacja była niezrozumiała, szybko stamtąd zniknęłam. Dlaczego zachował się tak przy żonie?

To, co się wydarzyło, było tym gorsze, że na własne oczy widziałam, że nie jest sam. Miał po swojej stronie cały ten nieosiągalny świat moich intelektualnych idoli.

Uwolniłam się od Arnaulta dopiero po przeprowadzce i zmianie numeru telefonu. Mieszkałam z kolegą, który dostał ode mnie instrukcje, by pod żadnym pozorem nie przekazywać mu nowego numeru. Powiedział mi, że Jean-Claude ciągle dzwonił, chociaż znajomy wyraźnie mu powtarzał, że nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Od tamtej pory trzymałam się z dala od tych kręgów. Mimo że nadal pracowałam w świecie kultury, zawsze dbałam o to, żeby zachować dystans. Przez ten czas miałam świadomość, co sprawiło, że nie chcę – czy nie mogę – stać się znaczącą postacią tego świata. Nie mogę znieść faktu, że tak wiele osób najpierw odwraca wzrok, a potem w milczeniu skupia się wokół Jean-Claude'a.

*

Opowieść Christine paraliżuje mnie. Na początku śledztwa dotyczącego Arnaulta podejrzewałam, że jego wyjątkowa pozycja umożliwiała nie tylko wykorzystywanie młodych kobiet jako nielegalnej siły roboczej, lecz także jako obiektów seksualnych. Jednak to, co teraz usłyszałam, było dużo poważniejsze.

W moim dyktafonie była opowieść Christine, poza tym Filippy, Elise Karlsson, Gabrielli Håkansson i jeszcze dwóch innych kobiet. Byłam jednak w pełni świadoma różnicy między tym, co, jak mi się wydawało, wiem o rzeczywistości, a tym, co można upublicznić w „Dagens Nyheter". Jean-Claude Arnault nie był skazany. Nikt jeszcze na niego nawet nie doniósł. Jeśli te oskarżenia zostałyby mimo wszystko opublikowane, główny bohater najpewniej musiałby pozostać anonimowy. Jego tożsamość byłaby utajniona, stałby się „panem od kultury", jak każdy inny. Artykuł niósłby ze sobą przede wszystkim konsekwencje dla kobiet, które przez swe historie ułatwiłyby Jean-Claude'owi Arnaultowi ich zdemaskowanie. Uświadomiłam sobie, że opowieści, które usłyszałam, prawdopodobnie nigdy nie ujrzą światła dziennego. To poczucie mnie przygniotło. Miałam wrażenie, że nie dam rady sama unieść tej wiedzy. Tej, którą te i inne kobiety miały w sobie przez tyle lat. Nie dam rady przeprowadzić kolejnych wywiadów ze słynnymi pisarzami i intelektualistami.

Nigdy przedtem nie zajmowałam się tym rodzajem dziennikarstwa śledczego. Z tego powodu nie śpię w nocy, czytam o zdemaskowaniu Harveya Weinsteina. Decydujący w jego sprawie był fakt, że istniały twarde dowody. Reporterzy odkryli, że przez lata podpisano wiele umów prawnych z klauzulą poufności. Kobiety, które oskarżały producenta, zdecydowały się na milczenie w zamian za pieniądze. Takie rzeczy dość często zdarzają się w Stanach Zjednoczonych, ale nie słyszałam o niczym podobnym w Szwecji.

W sprawie Jean-Claude'a Arnaulta nie ma żadnych dokumentów. Ale zauważam też, że reporterzy „New York Timesa" cały czas popierają swoje odkrycia mailami, notatkami oraz wywiadami z ludźmi bliskimi domniemanych ofiar.

Muszę zatem przyjąć rolę śledczego. Jeśli kobiety mówią, że poleciały do Paryża, poproszę je o bilety lotnicze lub wyciągi z kont wskazujące na opłacenie podróży. Jeśli molestowanie odbywało się w obecności osób trzecich, poproszę o nazwiska i przepytam wskazanych ludzi. W przypadku braku świadków spytam, kto jako pierwszy usłyszał o incydencie. Czy z kimś rozmawiały na czacie? Zapisały to w pamiętniku? Z lektury artykułów dotyczących gwałtów, gdzie nie było twardych dowodów, wiedziałam, że skazanie jest w gruncie rzeczy niemożliwe, jeśli mamy tylko słowo przeciwko słowu. Można było jednak te dowody zastąpić zeznaniami świadków oraz innych wiarygodnych osób.

<<Reklama>> E-book "Klub" jest dostępny w Publio.pl >>

Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego została ustanowiona i jest ufundowana przez Miasto Stołeczne Warszawę. Współorganizatorem jest redakcja „Gazety Wyborczej". Patronat honorowy sprawuje Alicja Kapuścińska, żona pisarza. Partnerem Nagrody jest Fundacja im. Ryszarda Kapuścińskiego Herodot. Patronat honorowy nad finałem 12. edycji objęła Ambasada Szwecji a medialny portal Wyborcza.pl, „Książki. Magazyn do czytania" oraz „Duży Format".

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.