Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jessia Bruder z Nagrodą im. Kapuścińskiego 2021 za "Nomadland. W drodze za pracą" (tłum. z jęz. angielskiego Martyna Tomczak, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020). Na podstawie tej słynnej książki powstał scenariusz nagrodzonego Oscarem filmu.

Byłam już w takim dole, że nie widziałam wyjścia - fragment książki "Nomadland. W drodze za pracą" Jessiki Bruder nagrodzonej Nagrodą im. Kapuścińskiego 2021

W Święto Dziękczynienia 2010 roku – zanim zaczęło się jej życie nomady – Linda May siedziała samotnie w przyczepie zaparkowanej w New River w stanie Arizona. Siwowłosa sześćdziesięciolatka, babcia wnukom, nie miała prądu ani bieżącej wody, bo nie stać jej było na rachunki. Nie mogła znaleźć pracy. Skończył się jej zasiłek dla bezrobotnych. Rodzina starszej córki, z którą mieszkała przez wiele lat, chwytając się różnych niskopłatnych zajęć, przeprowadziła się niedawno do mniejszego mieszkania. Miało trzy sypialnie i nie było w nim miejsca dla sześciu osób. Linda utknęła w nieoświetlonej przyczepie. Nie miała dokąd pójść.

„Wypiję cały alkohol, a potem odkręcę gaz. Zemdleję i będzie po wszystkim – powiedziała sobie w duchu. – A jeśli się ocknę, to zapalę papierosa i wysadzę nas w powietrze".

Dwa małe pieski, Coco i Doodle, wpatrywały się w swoją panią (Doodle, pudelek toy, umarł, zanim Linda przeniosła się do Dziupli). Zawahała się – czy naprawdę byłaby w stanie wysadzić się w powietrze wraz z nimi? Nie ma mowy. Zamiast tego przyjęła zaproszenie koleżanki na wieczerzę z okazji Święta Dziękczynienia.

Ale tamten moment – tę krótką chwilę zawahania – niełatwo było zapomnieć. Linda uważa się za radosną, pogodną osobę. Nigdy wcześniej nie myślała poważnie o tym, żeby całkiem się poddać.

– Po prostu byłam już w takim dole, że nie widziałam wyjścia – wspominała później. Coś musiało się zmienić.

Minęło kilka lat i znów stanęła nad krawędzią. Pracowała jako kasjerka w Home Depot w Lake Elsinore, zarabiając dziesięć pięćdziesiąt na godzinę. Zdarzały się tygodnie, kiedy miała w grafiku od dwudziestu do dwudziestu pięciu godzin, przez co ledwie wystarczało jej pieniędzy na wynajem przyczepy na postoju Shore Acres, kosztujący sześćset dolarów miesięcznie. Szukała pracy przez kilka miesięcy, choć w CV miała dwa dyplomy z budownictwa plus półtora roku doświadczenia w Home Depot w Las Vegas, gdzie zarabiała około piętnastu dolarów na godzinę w dziale obsługi klienta. Lubiła to, bo mogła rozwiązywać indywidualne problemy. Czuła się zdegradowana, kiedy posadzili ją za kasą. Mimo to starała się wykonywać swoją pracę jak najlepiej.

– Mam tyle doświadczenia, a zrobili ze mnie kasjerkę, więc stwierdziłam: „Okej, w takim razie będę najlepszą kasjerką w całym sklepie!" – opowiadała mi po latach.

ZAJRZYJ DO CZYTELNI WYBORCZEJ

Linda zagadywała klientów, wypytując o ich plany, i pomagała, w czym mogła. Kiedy mężczyzna zamierzający zbudować dach przyniósł do kasy niewłaściwe deski, doradziła mu zakup płyt OSB, które lepiej nadają się do tego celu (i były o pięćset dolarów tańsze). Dlaczego w Home Depot ktoś o takiej wiedzy marnował się za kasą?

– Zdaje się, że są trochę uprzedzeni do seniorów – podejrzewała Linda.

Nie po raz pierwszy zaczęła się wtedy zastanawiać, jakim cudem kogokolwiek w tym kraju stać na to, żeby się zestarzeć. Przez całe życie żadne z licznych zajęć nie zapewniło jej choćby odrobiny stabilizacji.

– Nigdy nie zdołałam zarobić na porządną emeryturę – stwierdziła.

Linda wiedziała, że wkrótce będzie mogła się załapać na zasiłek z funduszu Social Security. Nigdy jednak nie zwracała szczególnej uwagi na swoje roczne wyliczenia, więc przestudiowawszy jedno z nich, z zaskoczeniem zauważyła, że jej miesięczna emerytura wyniesie około pięciuset dolarów, co nie starczy nawet na wynajem przyczepy.

Samodzielnie wychowała dwie córki. Wiedziała, co znaczy ledwo wiązać koniec z końcem. Nauczyła ją tego matka, która z pół kilograma mielonej wołowiny potrafiła przez tydzień szykować posiłki dla Lindy i jej braci. Kiedy robiła spaghetti bolognese – ale w miskach nie było śladu mięsa – dzieci żartowały, że włożyła wołowinę do skarpetki i pomachała nią nad rondlem, żeby danie przynajmniej pachniało. Od czasu do czasu, gdy do ich domu trafiał dzieciak, którego rodzice wpadli w kłopoty, Linda śmiała się, że matka „po prostu machnie skarpetką nad garnkiem jeden raz więcej".

Może dlatego była wrażliwa na krzywdę ludzi dotkniętych przez los. Na początku lat dziewięćdziesiątych prowadziła Cherokee Interiors, sklep z wykładzinami i kafelkami w Bullhead City w stanie Arizona. Gdy zamykała, wokół kranu za sklepem gromadzili się bezdomni, żeby się umyć i napełnić bidony.

– Możecie sobie przychodzić – mówiła im. – Tylko zakręćcie wodę, jak skończycie. Pamiętajcie!

Stylizowany na chatę z bali budynek miał zadaszony ganek. Kiedy mężczyźni zaczęli tam nocować, Linda wyznaczyła im zadanie.

– W porządku, kto chce tu spać, będzie nocnym stróżem – zarządziła, sugerując, że mają to powtórzyć policji, gdyby próbowała ich nękać.

Jeden z bezdomnych, który dawniej zajmował się przycinaniem drzew, zwierzył się Lindzie, że nie chce dłużej żyć na ulicy. Wymyślił, że zarobi, pracując dla miasta przy odchwaszczaniu zarośniętych posesji. Linda pomogła mu zebrać pieniądze na grabie, kosiarkę i benzynę na start. Jeździli razem, wyszukując zaniedbane działki wystawione na sprzedaż. Linda, dzięki temu, że prowadziła działalność gospodarczą, mogła mu załatwić parę zleceń.

Potem wydarzyły się dwie złe rzeczy. Sklep splajtował, gdyż partner Lindy prowadził podwójną księgowość i zatrzymywał część zysków dla siebie. A mężczyzna, który dawniej przycinał drzewa, zawalił narajone przez nią zlecenia. Gdy tylko dostał propozycję malowania domu w Las Vegas, czmychnął z miasta, nie odchwaściwszy ani jednej działki.

Mimo to Linda uważała się za szczęściarę.

– Wiesz, przynajmniej nie zostałam z niczym – wspominała. – Straciłam zarobek, ale miałam te zlecenia.

Już wkrótce popychała kosiarkę w suche letnie dni, gdy temperatura sięgała czasem niemal pięćdziesięciu stopni. Dobrze poznała objawy udaru słonecznego.

– Jeśli będziesz kiedyś na słońcu i zacznie tobą telepać, spadaj stamtąd natychmiast!

Dostawała sto pięćdziesiąt dolarów od działki. Często zaczynała o świcie i pracowała do południa, a przed wieczorem wracała dokończyć grabienie i zapakować skoszone zielsko do worków na śmieci.

– Pierwszym razem, zanim mi zapłacili, nie miałam pieniędzy, żeby wywieźć je na wysypisko, więc pojechaliśmy nad wodę i rozpaliliśmy ogień. A strasznie wtedy wiało – opowiadała, wspominając wyprawę nad jezioro Mead. – Wiatr roznosił te wyschnięte chwasty wzdłuż brzegu. Pojawił się leśnik i mówi: „Nie wolno tego robić". A ja mu na to: „Ale już po sprawie. Właśnie zasypuję ognisko. Już gaśnie". Potem zaczęłam myśleć, że nie mogę dalej grabić chwastów w pięćdziesięciostopniowym upale. Nie po to szłam na studia! – ciągnęła Linda.

Tymczasem jej starsza córka i zięć znaleźli zatrudnienie w tętniącej życiem branży kasynowej: ona pracowała w restauracji, on jako boy parkingowy. Linda wkrótce zdobyła posadę hostessy w Riverside Casino, w przeżywającym hazardowy boom nevadzkim miasteczku Laughlin (właściciel, Don Laughlin, chciał nazwać miejscowość Casino, ale pomysł odrzuciła U. S. Postal Service1). Linda była Laughlinowi tak wdzięczna, że przesłała mu dwa tuziny róż. Wkrótce dostała wezwanie do jego gabinetu.

– Co to ma być? – zapytał zdumiony szef.

– Podziękowanie z głębi serca, Don – odparła. – Tylko tyle. Chciałam ci podziękować za pracę. O nic innego mi nie chodzi.

W kasynie sprzedawała słodycze, kwiaty i papierosy z tacy przewieszonej na pasku przez ramię. Taca była tak ciężka, że na początku Linda musiała nosić usztywniacz na plecy. Lecz nawet z nim solidnie się męczyła.

– Nosiłam rozmiar czterdzieści dwa, a sprzedając papierosy, zeszłam do trzydziestu ośmiu – wspominała.

Kupowała róże hurtem, po dziewięćdziesiąt sześć centów za sztukę, sprzedawała po cztery dolary, do czego zwykle dochodził dolar napiwku. Papierosy kupowała na kartony i sprzedawała z zyskiem pięćdziesięciu centów na paczce. Z czasem dobrze poznała stałych bywalców, na przykład faceta, który cierpiał na chroniczny ból głowy i zawsze można było liczyć, że wybuli pięć dolarów na opakowanie aspiryny warte dwadzieścia pięć centów. Przy dużym ruchu Linda potrafiła zarobić od dwustu do trzystu dolarów jednej nocy. Poza tym dorabiała, zatrudniając i nadzorując ludzi, którzy odkurzali sztuczne rośliny zdobiące kasyno.

Niestety dla hostess z Riverside złote lata skończyły się gwałtownie wraz z wprowadzeniem automatów z papierosami.

Don wezwał Lindę do gabinetu, żeby ją poinformować, że jej usługi przestały być potrzebne. Mimo to nie chciał jej zwalniać. Zasugerował, by pogadała z Dale’em, głównym kierownikiem kasyna. Linda odszukała Dale’a i natychmiast przeszła do rzeczy.

– Kto tu najwięcej zarabia?

– Albo krupierzy, albo kelnerki – brzmiała odpowiedź.

– Zdecydowanie wolę być kelnerką – oznajmiła Linda.

W nowej pracy obowiązywał ją specjalny strój: obcisły frak, a pod nim czerwona jedwabna szarfa, wycięte majtki z wysokim stanem, nylonowe pończochy i szpilki. Strój nie pozostawiał dużego pola wyobraźni, co zaniepokoiło Lindę. „Nie wiem, czy dam radę nosić coś takiego!" – myślała, postanowiła jednak spróbować. Gdy po raz pierwszy założyła uniform, kierowniczka powiedziała jej, że wygląda pięknie. Ku własnemu zdziwieniu Linda przyznała jej rację. Na sali czuła wsparcie ochroniarzy, którzy nie tolerowali braku szacunku wobec kelnerek.

– Czasem chwytali gościa za kark i otwierali drzwi jego twarzą.

Linda miło wspomina lata spędzone w Riverside Casino. Do dziś ma zdjęcie, na którym uśmiechnięta, z krótkimi ciemnymi włosami, stoi w uniformie na tle rzeki Kolorado. Ale miała wtedy czterdzieści kilka lat. Wiedziała, że szanse na pracę będą topnieć, zamiast mnożyć się wraz z latami doświadczeń. Wyglądało na to, że z błędnego koła niskopłatnych zajęć nie ma ucieczki.

Kiedy dobiła sześćdziesiątki, na horyzoncie zawisło pytanie: czy kiedykolwiek będzie mogła przestać pracować? Niemal zawsze żyła od wypłaty do wypłaty, bez żadnych oszczędności. Jej jedyne koło ratunkowe, fundusz Social Security, okazało się niebezpiecznie wiotkie. Jak może wyglądać starość za pięćset dolarów miesięcznie?

Ale jednocześnie Linda miała długoterminowy cel. Nie żaden banał typu grodzone osiedle na Florydzie czy nawet gra w golfa. Jej marzenie było przyziemne – dosłownie – i składało się z ziemi oraz śmieci innych ludzi.

Pragnęła zbudować earthship, czyli ziemski statek kosmiczny – ogrzewany energią słoneczną dom ze starych puszek i butelek, ze ścianami nośnymi z wypełnionych ziemią i piaskiem używanych opon. Wynalezione przez architekta z Nowego Meksyku Michaela Reynoldsa, który eksperymentował z nimi od lat siedemdziesiątych, earthshipy są tak pomyślane, żeby ich mieszkańcy mogli być całkowicie samowystarczalni. Ściany z opon pełnią funkcję baterii: w ciągu dnia wchłaniają ciepło przez szereg wychodzących na południe okien, a nocą regulują temperaturę wewnątrz. Deszcz i stopiony śnieg spływają z dachu do cysterny z filtrem, dzięki któremu można wykorzystać wodę do picia, mycia i prania, podlewania domowego ogródka i spłukiwania toalety. Prąd czerpie się z paneli słonecznych lub w niektórych przypadkach z wiatraków.

Przy całej swojej pragmatyczności wiele earthshipów ma fantazyjne akcenty: iglice i wieżyczki, kolumny i łuki, elewację z suszonej na słońcu cegły w żywych kolorach albo inkrustacje z butelek ułożonych tak, by przypominały witraże. Ich budowa nie wymaga żadnej wyrafinowanej techniki, dzięki czemu są dostępne nawet dla amatorów i pozwalają wykazać się kreatywnością. Dziesiątki takich domków są rozsiane po pustyni niedaleko Taos w Nowym Meksyku, gdzie tworzą tak zwaną Greater World Earthship Community. Wygląda to jak ludzka kolonia na Księżycu, zaprojektowana wspólnymi siłami przez Dra Seussa, Gaudíego i scenografów Gwiezdnych wojen.

Idea stworzenia unikalnego, samowystarczalnego i ekologicznego lokum mocno przemawiała do Lindy.

– To nie jest masowa produkcja – stwierdziła. – To jak mieszkać w dziele sztuki, w dodatku zbudowanym własnymi rękami.

Jej fascynacja earthshipami zaczęła się po tym, jak w 1989 roku aktor znany z serialu Gunsmoke, Dennis Weaver, przeprowadził się do Kolorado, aby wybudować sobie właśnie taki dom. Nakręcił o tym dokument, pokazywany później przez lata w telewizji publicznej, dzięki czemu koncept trafił do licznego grona odbiorców. Na początku filmu siwowłosy aktor stoi na niskim murku i dwuręcznym młotem ubija ziemię w oponie. Podnosi wzrok, po czym energicznym krokiem zbliża się do kamery. „Chcielibyście mieszkać w domu bez rachunków za prąd, klimatyzacji i kanałów grzewczych, który jednak utrzymuje idealną temperaturę podczas najmroźniejszej zimy i najgorętszego lata? Myślicie, że zwariowałem?" – pyta. Potem radośnie przyłącza się do ekipy budowlanej. Usuwa korę z kawałka drewna, żeby zrobić z niego belkę dachową, a następnie pokrywa konstrukcję z opon i puszek, przyszłą ścianę sypialni, mieszaniną błota, piasku i słomy.

Nie wszyscy rozumieli marzenie aktora o zamieszkaniu w czymś, co mimo imponującego wyglądu było w zasadzie stertą opon. Miejscowi nazywali domek „pałacem Michelina". W swoim programie The Tonight Show Jay Leno zapytał Weavera, czy kiedy ten wynosi śmieci, sąsiedzi myślą, że robi nową dobudówkę. „Skąd odbiorcy odpadów wiedzą, gdzie kończy się dom, a zaczyna wysypisko?" – zażartował komik.

Mimo że zbudowana z tanich materiałów, siedziba Dennisa Weavera o powierzchni ponad dziewięciuset metrów kwadratowych kosztowała milion dolarów i stanowiła skrajny przypadek czegoś, co można by nazwać „earthshipami sławnych i bogatych". Budowa większości z nich kosztuje mniej więcej tyle, ile budowa zwykłego domu, choć pewna rodzina z Nowej Zelandii zdołała zamknąć się w niecałych dwudziestu tysiącach dolarów. „Wierzę w pracę nieletnich" – napisał w internecie Brian Gubb, dumny ojciec piątki dzieci, dodając, że żona początkowo uznała go za wariata. W Seattle grupka entuzjastów earthshipów postanowiła zbudować małą i prostą ziemiankę z wykorzystaniem materiałów z odzysku oraz pracy ochotników, a także wielkodusznej propozycji znajomego, który udostępnił im swój podjazd. Ich dziełko – lokalna gazeta nazwała je earthdinghy, czyli ziemską łódeczką – wciąż powstaje.

Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego
CZYTAJ WIĘCEJ

Earthshipy istnieją na wszystkich kontynentach z wyjątkiem Antarktydy. Wędrowni wolontariusze budowali je w miejscach dotkniętych katastrofami, takimi jak tsunami na Oceanie Indyjskim w 2004 roku, trzęsienie ziemi na Haiti w 2010 czy tajfun Haiyan w 2013. Ze wszystkich budowniczych earthshipów najgorszą sławą owiani są do dziś członkowie sekty Wrota Niebios, którzy wznieśli dom z opon na swojej działce w Nowym Meksyku. Kiedy w 1997 roku popełnili tam zbiorowe samobójstwo, w mediach rozpętała się burza, a Michael Reynolds zapewniał Amerykanów, że earthshipy nie miały z tym nic wspólnego. „Szaleni okultyści też muszą gdzieś mieszkać – powiedział w rozmowie z Associated Press. – My uczymy ludzi, żeby żyli w harmonii z planetą, nie żeby ją opuszczali".

Linda należy do grona najzagorzalszych wielbicieli Reynoldsa. Docenia jego walkę o własną wizję, stawanie przeciwko biurokratom i ich hermetycznym przepisom, co ukazuje film Garbage Warrior.

– Jaki ten Michael Reynolds ma łeb! Facet wojuje od lat siedemdziesiątych – mówiła z zapałem. – Raz nawet stracił licencję architekta, bo pierwsze domy mu się nie udały.

Od kilku lat Reynolds dowodzi, że jego wynalazek może pomóc w zaspokajaniu podstawowych ludzkich potrzeb w sposób niezależny od kaprysów rynku. „Musimy znaleźć dla ludzkości stabilne podstawy egzystencji, niepodlegające monstrum zwanemu ekonomią – czytamy na jego stronie internetowej. – Ekonomia to gra. Gra powinna się toczyć o rzeczy, bez których można się obejść (motocykle, komputery, telewizory). Wykarmienie rodziny, utrzymanie się przy życiu, dach nad głową… To nie powinno podlegać jej zasadom".

Mniej więcej dziesięć lat temu Linda zaczęła szukać w sieci planów pomieszczeń i instalacji, a także fotografii wnętrz earthshipów. Wydrukowała sobie te, które się jej najbardziej spodobały, i zebrała je w winylowej teczce w drewnopodobny deseń. Jej zdjęcie profilowe na Facebooku przedstawia earthship wśród pustynnego chaparralu, pod niebem Nowego Meksyku rozświetlonym różowymi promieniami zachodzącego słońca. „Mój wymarzony dom" – napisała w komentarzu. Pod spodem dodała kilka zdań wyjaśnienia: „Earthshipy buduje się ze starych opon, butelek i puszek. Są samowystarczalne, nie trzeba ich podłączać do mediów, energię czerpią ze słońca lub wiatru, woda leci z nieba. Tę wodę można wykorzystać 4 razy. Jedzenie rośnie w ogródku wewnątrz domu. To znaczy, że można żyć za darmo, bez rachunków. Ile razy mam powtarzać, że nie mam innego wyjścia?".

Linda miała nadzieję znaleźć tani kawałek ziemi gdzieś, gdzie prawo budowlane jest mało restrykcyjne. Reynolds nazywa takie miejsca „enklawami wolności". Miała już mglisty pomysł na to, skąd wziąć darmowy budulec i chętnych, którzy za darmo pomogą jej w robocie. Tylko jak się zabrać do realizacji tak ambitnej wizji, kiedy człowiek utknął w pułapce niskich wynagrodzeń i wszystkie zarobki pompuje w opłaty za wynajem, wiedząc, że emerytury ma w zasadzie tyle co nic? Lindzie potrzebny był nowy pomysł, strategia, która pozwoliłaby jej zarabiać, ograniczając jednocześnie i tak już skromne koszty życia. Innymi słowy: potrzebowała trapu na swój ziemski statek kosmiczny.

Wiedziała, że nie ma na co czekać. Nie młodniała, a budowa nowego domu wymaga sprawności fizycznej. Zebranie materiałów także musi trochę potrwać. Ale gdyby się udało, projekt ten stałby się czymś więcej niż tylko oryginalnym sposobem na spędzenie starości. Earthship był jej szansą na dobrobyt, pomnikiem zdolnym przetrwać sto lat albo i dłużej.

– Musiałabym w to włożyć całą wiedzę i serce, ale zostawiłabym po sobie coś trwałego – mówiła. – Chciałabym przekazać coś takiego swoim dzieciom i wnukom.

Pragnęła samowystarczalności. Uznała, że earthship, który pozwala samodzielnie wytwarzać jedzenie i prąd, regulować temperaturę i zapewniać wodę, mógłby spełniać funkcje symbiontu. Jeśli uda się jej stworzyć i utrzymać takie miejsce, ono w zamian też będzie ją utrzymywać. Myśl o stabilizacji była krzepiąca. W końcu jej pokolenie stanowi grupę szczególnego ryzyka. Zgodnie z wynikami spisu powszechnego z 2015 roku więcej niż jedna szósta samotnych Amerykanek w starszym wieku przekroczyła granicę ubóstwa. W biedzie żyje ponad dwa razy więcej kobiet niż mężczyzn (tych pierwszych 2,71 miliona, tych drugich 1,49 miliona). A jeśli chodzi o zasiłek Social Security, kobiety dostawały miesięcznie średnio o trzysta czterdzieści jeden dolarów mniej od mężczyzn, ponieważ miały niższe dochody i płaciły niższe podatki, a na konsekwencje tych różnic nie zwracano należytej uwagi. W 2015 roku kobiety zarabiały osiemdziesiąt procent tego, co mężczyźni, w dodatku to na nie częściej spadała niepłatna opieka nad dziećmi i starszymi rodzicami (kiedy już Linda odchowała dwie córki, zamieszkała z matką, która w połowie lat dziewięćdziesiątych zachorowała na złośliwy i agresywny nowotwór mózgu). Kobiety w ciągu całego życia zarabiają mniej i mniej są w stanie odłożyć. A ponieważ średnio przeżywają mężczyzn o pięć lat, to, co udało się im zgromadzić, musi wystarczyć na dłużej.

1 czerwca 2012 roku Linda May skończyła sześćdziesiąt dwa lata.  Miesiąc później otrzymała pocztą pierwszy czek z Social Security.

– Powinnam była poczekać, aż skończę sześćdziesiąt pięć – opowiadała później. – Ale przyznali mi tak małą kwotę, że pomyślałam: „Jakkolwiek by się to rozłożyło, nie będzie specjalnej różnicy".

Tak czy inaczej, miała problem.

– Jak mam przeżyć, nie pracując do śmierci, ale też nie obciążając dzieci? – zastanawiała się.

Wiedziała, że chce wybudować earthship. Ale czy jej się uda?

Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego została ustanowiona i jest ufundowana przez Miasto Stołeczne Warszawę. Współorganizatorem jest redakcja „Gazety Wyborczej". Patronat honorowy sprawuje Alicja Kapuścińska, żona pisarza. Partnerem Nagrody jest Fundacja im. Ryszarda Kapuścińskiego Herodot. Patronat honorowy nad finałem 12. edycji objęła Ambasada Szwecji a medialny portal Wyborcza.pl, „Książki. Magazyn do czytania" oraz „Duży Format".

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.