W końcu napisał dowódca dywizji. Informował, że oficer polityczny Piechlecki prowadził żołnierzy do ataku i został zastrzelony. Wojskowy wymienił jeszcze, ile czołgów zniszczono w tej walce.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jelena Kostiuczenko, "Przyszło nam tu żyć. Reportaże z Rosji" (tłum. z jęz. rosyjskiego Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020) to jedna z pięciu książek, które znalazły się w finale Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego.

Finał nagrody o godz. 20 w sobotę 11.09 , transmisję można oglądać na wyborcza.pl

Płyty nagrobkowe – reportaż z książki Jeleny Kostiuczenko, "Przyszło nam tu żyć. Reportaże z Rosji"

12 maja 2010

Nic nie zostało zapomniane, czyli świętowanie Dnia Zwycięstwa w pewnej rosyjskiej wsi.

Z Moskwy wyruszyliśmy o czwartej nad ranem dwoma samochodami. Nikołaj Piechlecki, jego dwóch synów i siostrzenica. Do wsi Dnieprowskoje w obwodzie smoleńskim jedzie się pięć godzin przy pełnej prędkości.

Co oglądać i czytać, czego słuchać? Podpowiadamy i inspirujemy.  Zapisz się na nasz kulturalny newsletter.

Po raz pierwszy Nikołaj przyjechał do Dnieprowskiego dwa lata temu. Przyjechał, bo za pośrednictwem internetu dowiedział się, że został tam pochowany jego ojciec. Ten zginął pod wsią Kobylino 29 listopada 1942 roku. W wiejskiej szkole przechowywano listę pochowanych w wojskowych grobach. I na takiej liście Nikołaj znalazł nazwisko ojca.

Miejsce pochówku, zbiorowa mogiła, zarosło łopianem i pokrzywą. Nie widniało na nim ani jedno imię. Jedynie cyfry.

– Najpierw chciałem upamiętnić tylko ojca – mówi Nikołaj Piechlecki. – A potem pomyślałem, że przecież oni wszyscy razem zginęli.

Znalazł człowieka, który zasponsorował płyty nagrobkowe na zbiorową mogiłę. Przyjechaliśmy na ich odsłonięcie.

Trzydziestoośmioletniego Nikołaja Piechleckiego ojca, dyrektora zespołu domów dziecka pod Moskwą, długo nie brali na front. W dokumentach miał stempel: „Nie nadaje się do służby wojskowej". Źle widział. Nosił soczewki z grubego szkła podobne do teleskopów. Po co taki na wojnie?

Pół roku przekonywał do siebie komisję rekrutacyjną. W grudniu 1941 roku w końcu poszedł na front. Bardzo to rozzłościło jego syna, czternastoletniego Nikołaja (wtedy miał na imię Oktiabr, czyli Październik, na cześć rewolucji, imię ojca przybrał później). Jeszcze przed wojną był zazdrosny o pracę ojca. Dyrektor domów dziecka codziennie wstawał o szóstej i szedł na pociąg. Objeżdżał podlegające mu placówki. Wracał późno wieczorem i wkrótce spał jak zabity. Aby dłużej pobyć z ojcem, Nikołaj nawet mieszkał w domach dziecka czasem tydzień, a czasem miesiąc. Ale i tak ciągle coś odciągało uwagę taty. Te małe brudasy z sierocińców, jak wydawało się chłopcu, były bliższe ojcu niż rodzony syn.

Na urlop z frontu Nikołaj przyjechał tylko raz, na parę dni. I wtedy, jak na złość, wybuchł pożar w domu dziecka. Nikołaj zerwał się i już go nie było. Tak wyglądał jego wypoczynek.

Przed listopadem 1942 roku zdążył napisać ponad dwieście listów.

– Taki gruby stosik.

Zaczynają się tak samo: „Drodzy Kłasza i Oktiabr!". W listach Nikołaj szczegółowo opowiadał, że z jedzeniem wszystko dobrze: „Bryndza, groch, amerykańska kiełbasa, lekki tytoń", „w torbie są ciastka, masło, konserwy, cukier". Niezgrabnie wyznawał rodzinie miłość: „Byłem w wielu miejscach, przyjdzie mi zwiedzić jeszcze wiele. Z jaką przyjemnością odwiedziłbym teraz was". Pytał, jak obchodzili urodziny syna, radził, by robić zapasy żywności na zimę. Jakby to nie były listy wojenne. Czasami da się w nich wyczuć jakieś w ogóle obywatelskie zmieszanie: „Bardzo ciężko zniosłem śmierć D. I. Szestierikowa. Chociaż przecież to u nas niby zwyczajna sprawa". O Stalinie w listach nigdy nie wspomniał, co syna niezmiernie dziwiło. Pisał przeważnie ołówkiem, ale jest kilka listów napisanych piórem. Niektóre linijki były zamazane niebieskim chemicznym ołówkiem: to czuwała cenzura wojskowa.

A potem wieści przestały przychodzić. Żona i syn wszystko zrozumieli i „zaczęli się przygotowywać". Ale jak można przygotować się do czegoś takiego?

W końcu napisał dowódca dywizji. Informował, że oficer polityczny Piechlecki prowadził żołnierzy do ataku i został zastrzelony. Wojskowy wymienił jeszcze, ile czołgów zniszczono w tej walce. Wkrótce przyszło oficjalne zawiadomienie o śmierci. A na końcu matkę wezwano na Kreml, gdzie Kalinin osobiście wręczył jej Order Wojny Ojczyźnianej, jedyne odznaczenie, które można było wydawać rodzinie zmarłego żołnierza.

W zawiadomieniu o śmierci informowano, że ojciec spoczywa pod wsią Kobylino. Ale kiedy udało im się tam dotrzeć, wsi już nie było. Nie było też zbiorowego grobu.

Nikołaj znalazł swojego ojca dopiero teraz, kiedy sam jest już dwa razy starszy od półślepego dyrektora domów dziecka, który odszedł na zawsze zimą 1941 roku.

Wsi Dnieprowskoje nie można nazwać zwyczajną. Na ośmiuset mieszkańców przypada pięć pomników Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Dwa z nich są na zbiorowych mogiłach. Poza tym to mieścina, jakich wiele. Krzywe domy chylą się ku ziemi, kury grzebią w trawie, przy drodze śpi brodaty kozioł. Kobiety w stanikach pielą pierwsze chwasty, pod zamkniętym sklepem opalają się faceci o wybitnie wczorajszym wyglądzie.

Na tym tle wyróżnia się świeże, jeszcze niepomalowane ogrodzenie wzdłuż głównej drogi: postawiono je na dniach, bo na odsłonięcie płyt nagrobkowych ma przyjechać wizytacja z administracji rejonowej.

Zbiorowy grób numer 8, gdzie pochowany został Piechlecki, to nieduża, ogrodzona niebieskim płotem przestrzeń w samym środku wsi. Obok rosną brzozy z czarnymi kleksami wronich gniazd. Leży tu 808 żołnierzy i oficerów. Oficjalnie zidentyfikowano tylko 513.

Jedenaście granitowych płyt z nazwiskami właśnie zostało zamontowanych. Trwają ostatnie poprawki.

Przewodnicząca rady wiejskiej Galina Szewielkowa jest już w świątecznym ubraniu, ale ciągle jeszcze w gumiakach. Przeciera płyty szmatkami, wyrywa chwasty z klombów przed grobem. Synowie Nikołaja Piechleckiego sadzą tulipany (kupili je po drodze na rynku w Wiaźmie). Klomb zdobią też niezgrabnie wetknięte w ziemię, wyblakłe na słońcu sztuczne kwiaty.

W miejscowej szkole, która opiekuje się dwiema zbiorowymi mogiłami i pięcioma pomnikami, uczy się sto pięcioro uczniów. Dziś lekcje zostały skrócone. Dyrekcja postanowiła, że wszyscy uczniowie muszą być obecni podczas odsłonięcia płyt.

Chłopcy i dziewczyny w czerwonych chustach stoją na schodach. To pionierzy. W szkole są jeszcze skowronki (odpowiednik oktiabriat[i]) i młodzi wychowawcy (komsomolcy).

Nina Mielniczenko, kierowniczka pionierów, mówi z dumą: – Mamy i róg, i bęben, i chustę, wszystko zgodnie z tradycją. Zajmujemy się kolektywną twórczością. Opiekujemy się grobami, pomnikami, spotykamy z weteranami. 9 maja organizujemy festiwal piosenki wojennej.

Można odnieść wrażenie, że Wielka Wojna Ojczyźniana to najważniejszy temat w szkole. Na tablicy informacyjnej wisi artykuł o miejscowym oddziale partyzanckim Ludowy Mściciel i zdjęcia powieszonych cywilów.

Dyrektorka szkoły Nadieżda Sobolewa mówi, że tu Wielka Wojna Ojczyźniana to temat żywy jak nigdzie indziej:

 – Na przykład za Uralem w ogóle nie było Niemców. A u nas, na Smoleńszczyźnie, wszyscy doświadczyli koszmarów walk i okupacji.

Ale wczoraj w szkole zdarzył się przykry wypadek.

– Uczeń starszych klas oznajmił, że nie pójdzie na odsłonięcie płyt. Lekcje się skończą i on od razu wraca do domu. Pół godziny z nim rozmawiałam. Z takim otwartym sprzeciwem zazwyczaj się nie spotykamy.

Po chwili milczenia dyrektorka przyznaje:

– Ale kto wie, co dzieci tak naprawdę myślą?

Szkoła prowadzi badania nad ustaleniem tożsamości pochowanych żołnierzy. Właśnie dzięki nim Nikołaj Piechlecki odnalazł swojego ojca. Szkolny historyk Siergiej Titow przyznaje, że całą tą pracą kierowała faktycznie jedna dziewczynka:

– Teraz wśród uczniów mało jest entuzjastów tego tematu. Dokładnie rzecz ujmując, nie ma ich wcale.

– A dlaczego?

– Trudno tak zaprezentować materiał, by ich zaciekawić – wtrąca się dyrektorka. – I teraz już nie ma zamówienia państwowego na odpowiednio wychowanego obywatela.

– W nauczaniu o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej ważna jest nie tyle sama wiedza, ile zaszczepienie dzieciom poczucia dumy ze swojego kraju – twierdzi nauczyciel historii. – Staramy się zrobić z nich patriotów, czyli ludzi, którzy kochają swoje państwo. I to się nawet udaje: młodzież nosi chorągiewki w kolorach flagi państwowej.

W szkole jest też tablica ze zdjęciami dwudziestu czterech miejscowych weteranów (wszystkich było około stu). Portrety są przewiązane czarnymi wstążkami.

Do dziś żyje tylko jeden z nich: starszy sierżant Pawieł Aloszyn, rocznik 1925.

Pawieł Aloszyn prawie nie słyszy. Chodzi o lasce, już od sześćdziesięciu lat w kręgosłupie tkwi mu niemiecka kula.

– W czterdziestym trzecim snajper mnie trafił.

Operować go nie wolno.

– Za słaby jestem.

Do nogi ma przywiązany woreczek i cewnik.

Dziś od samego rana Pawieł Aloszyn jest odświętnie ubrany. Też przygotowuje się do odsłonięcia płyt nagrobkowych. Jego ordery: Wielkiej Wojny Ojczyźnianej I klasy, Czerwonej Gwiazdy, Medal Żukowa, Za Zwycięstwo nad Niemcami, co do jednego błyszczą z czystości.

Na front poszedł 20 marca 1942 roku. Prosto z Dnieprowskiego trafił do Berlina. Służył na II Froncie Białoruskim. Był artylerzystą. Tam zaczął tracić słuch.

Drogi do domu Pawła Aloszyna nie ma wcale. Zamiast ścieżki jest jar, zasypany śmieciami budowlanymi i gałęziami. Pokrzywiony dom pruje się od fundamentów.

Obok jest już przygotowana ziemia pod grządki z ziemniakami. We wsi, gdzie stoi pięć pomników Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i działają pionierzy, ostatni weteran musi sam kopać ogródek.

W domu brudno i zaduch. Na podłodze poustawiano najprzeróżniejsze naczynia. To na wypadek deszczu, bo dach przecieka.

Nie ma toalety ani bieżącej wody. Żeby się umyć, trzeba położyć ceratę na podłodze i obcierać się namydloną wilgotną szmatką.

– Jak martwego obcierasz.

Piec co prawda pracuje, ale starają się go używać jak najrzadziej: komin jest zatkany i można się zaczadzić. Na niezasłanym łóżku siedzi żona Pawła Pawłowicza – Jekatierina Aloszyna. Ma osiemdziesiąt sześć lat. Nie widzi. Spod nocnej koszuli wystają nabrzmiałe, okaleczone nogi. Z domu nie wychodzi od dawna. Płacze:

– Nogi mi przymarzały do walonek. Za co to wszystko?

Przez całą wojnę pracowała w fabryce w syberyjskim mieście Kisielowsk: robiła pociski, miny i bomby na potrzeby frontu. Fabrykę rozbudowywano w pośpiechu. Pomieszczenia, które wcześniej planowano zburzyć, bo miały na wpół zawalone ściany i nie było w nich ogrzewania, w czasie wojny stały się halami produkcyjnymi. Przy pracujących maszynach topił się śnieg i stopiona woda ciekła po betonowej podłodze. Wtedy właśnie nogi przymarzały do walonek. Trzeba je było odrywać razem ze skórą.

Tracący słuch artylerzysta Pawieł przeżył dzięki niebywałemu szczęściu. Jekatierina – dzięki kradzieżom. Przy fabryce był kołchoz i nocami robotnice chodziły na szaber.

– Niedużo brałyśmy, tyle tylko, żeby przeżyć: garść pestek albo marchewkę.

Z dobowego przydziału: siedemset gramów chleba i pół miski kapuścianej zupy, nie można było utrzymać się przy życiu.

Grupy inwalidzkiej, którą przyznano jej za pracę w fabryce, Jekatierina Aloszyna nie ma. Jej dokumenty zgubiły się w wojskowym archiwum, więc przymarzniętych do walonek nóg, siedmiuset gramów chleba dziennie ani min wyrabianych bez ustanku spuchniętymi palcami oficjalnie nie było.

Jej trzech braci zginęło na wojnie, dwóch wróciło tak pokaleczonych, że niedługo pożyli. Teraz na całym świecie został jej tylko Pawieł.

Słuchając żony, staruszek głaszcze się po głowie. Raz po raz łzy napływają mu do oczu, ale je wstrzymuje. Stara się uśmiechać. – Jakoś głupio to wszystko wyszło, choć w telewizji bardzo ładnie obiecują. – Jekatierina Aloszyna kiwa głową. – Nie rozumiem tylko, w imię czego nasza rodzina tak bardzo się nacierpiała.

Staruszkowie usłyszeli w telewizji, że każdemu weteranowi przysługuje mieszkanie.

– A tam przecież i prysznic, i toaleta, no po prostu bajka!

Cudem zebrali wszystkie dokumenty i w 2006 roku złożyli je w miejscowej administracji, ta zaś miała odesłać je do Smoleńska. Odpowiedzi do tej pory nie ma.

– Widocznie nadal rozpatrują.

– Może lepiej Niemców o mieszkanie poprosić? – uśmiecha się Pawieł Aloszyn. – Sześćdziesiąt lat noszę ich kulę w plecach, może zapracowałem już na toaletę?

– Umierać trzeba, a śmierć nie przychodzi. Niełatwo jest umrzeć, najpierw trzeba się pomęczyć – mówi Jekatierina Aloszyna. – Dwie niezdatne do życia osoby mieszkają w niezdatnym do mieszkania domu. Lepiej by nas podpalili i wszystko.

– Nieszczęście, nieszczęście, kurczę blade – mówi Pawieł Aloszyn i znowu się uśmiecha.

Jekatierina Aloszyna nagle się zawstydza:

– Nie chciałam płakać, naprawdę nie chciałam. Po prostu podłoga jest nierówna, trudno po niej chodzić. Przewróciłam się, uderzyłam o łóżko.

Emerytura Jekatieriny Aloszyny to osiem tysięcy, Pawła – dziesięć tysięcy. Ratują ich ziemniaki.

Na stole leży kartka z życzeniami od Jednej Rosji z okazji sześćdziesięciopięciolecia wielkiego zwycięstwa:

Dziś uczymy się od Was determinacji, wytrwałości i wiary we własne siły. Wasze bohaterstwo to nieoceniony wkład w zbudowanie chwały naszej Ojczyzny. Na zawsze pozostanie ono w sercach Rosjan i nigdy nie zostanie zapomniane.

Widzę w tym wyszukaną drwinę. Małżeństwo Aloszynów – nie.

Pod szkołą jakby 1 września w maju: pionierskie chusty, świąteczne mundurki, kwiaty w rękach. Zgrabnie sformowana kolumna rozpada się jednak już po trzydziestu krokach. Trzecioklasiści spierają się, kto z kim będzie szedł w parze. Dziewczynka, na oko czternastoletnia, niesie wieniec i poprawia spódnicę. Szóstoklasiści i siódmoklasiści: po drodze biją się i popychają. Z tyłu – szum rozmów.

– Muszę jeszcze dziś ziemniaki posadzić. A jak gorąco, no nie?

– Pomogę ci, jeśli zapłacisz.

– Tylko w naturze.

– Nie opłaca się.

– Idziesz wieczorem do klubu?

Przy zbiorowej mogile numer 8 zebrało się około stu osób. Ludzie nieśmiało zatrzymali się za ogrodzeniem. Przed grobem stoją przedstawiciele administracji, Nikołaj Piechlecki, pięć stremowanych pionierek i kilku weteranów z sąsiednich wsi.

Pawła Aloszyna z bukietem kwiatów w rękach posadzono na ławeczce. Galina Szwielkowa otworzyła uroczysty wiec. Gorąco podziękowała Aleksandrowi Lebiediewowi, który zapłacił za wykonanie i montaż płyt.

Pierwszy przemówił wiceszef rejonowej administracji. Słowa „z całego serca", „wielkość osiągniętego zwycięstwa" czytał z czerwonej teczki. Zagłuszyło go krakanie wron, a potem pianie kogutów. I tak mieszkańcy wsi przeszli do omówienia istotniejszych problemów: czy to prawda, że piorun trafił w stację elektryczną, i czy nie był to czasem zamach dokonany we wsi Dnieprowskoje przez czeczeńskich terrorystów?

Przemawiał również przewodniczący miejscowej administracji, Dutikow. Też z kartki. Potem oddano głos weteranom. Ale staruszkowie już się zmęczyli. Od pół godziny stali na pełnym słońcu. Dlatego niewiele wyszło z ich przemówień i Galina Szwielkowa szybko przekazała pałeczkę pionierkom. Te wyrecytowały wiersze o wojnie i kilka razy krzyknęły:

– Zwycięstwo!

Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego
CZYTAJ WIĘCEJ

Oklaskiwano je najdłużej. Skryci za drzewami trzej oficerowie z pobliskiego oddziału desantowego trzy razy wystrzelili w powietrze. Potem było uroczyste składanie wieńców na grobach. Jeden bukiet wręczono Pawłowi Aloszynowi. On przyjął go, podziękował z ukłonem i popłakał się.

Ludzie rozchodzili się, komentując przebieg wiecu. Prawie wszyscy byli zdania, że weterani mogli lepiej się przygotować do tak ważnej uroczystości.

Administracja miasteczka i goście załadowali się do samochodów, żeby uczcić pomyślnie zakończone wydarzenie i przy okazji zbliżający się Dzień Zwycięstwa.

Pawła Aloszyna odprowadzał do domu tylko historyk Titow i synowa Jelena, miasteczkowy felczer. Szli długo, potykając się o dziury. Pawłowi Aloszynowi co jakiś czas wypadały z rąk kwiaty. Ale nikt nie ważył się zabrać mu bukietu.

– Nie rozumiem – powiedział nagle Titow. – Chyba naprawdę nie rozumiem, choć powinienem, bo przecież uczę wiedzy o społeczeństwie. Tak, był Związek Radziecki, zrobiła się Rosja. Ale przecież ludzie zostali ci sami! Gdzie współczucie? I te dzieci…

– Ale co dzieci? Co mają do tego dzieci? Dzieci wszystko dobrze rozumieją! – nieoczekiwanie rozzłościła się felczer. Dodała, już ciszej: – Sami, my sami mówimy jedno, a robimy drugie. To my jesteśmy winni.

Pawieł Aloszyn uśmiechał się zmieszany. Cieszyłam się, że nie był w stanie usłyszeć tej rozmowy.

Pół godziny później przyprowadziliśmy go do domu, zmieniliśmy woreczek, daliśmy lekarstwa.

W tym samym czasie w miasteczkowym salonie fryzjerskim na elegancko nakrytym stole podano uroczysty obiad. Były nóżki w galarecie z chrzanem, kotlety po kijowsku, pokrojone owoce, białe i czerwone hiszpańskie wino, chłodna wódka. Jak opowiadali uczestnicy bankietu, świętowano żywo i wesoło. Krótkim, bo już nieoficjalnym przemówieniom urzędników administracji towarzyszyły gra na bajanie i wojenne pieśni.

[i] * Radziecka organizacja dla młodszych dzieci szkolnych (siedem–dziewięć lat), przed pionierami.

Jelena Kostiuczenko, 'Przyszło nam tu żyć', przeł. Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz, Wydawnictwo Czarne, premiera: styczeń 2020
Jelena Kostiuczenko, 'Przyszło nam tu żyć', przeł. Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz, Wydawnictwo Czarne, premiera: styczeń 2020 

Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego została ustanowiona i jest ufundowana przez Miasto Stołeczne Warszawę. Współorganizatorem jest redakcja „Gazety Wyborczej". Patronat honorowy sprawuje Alicja Kapuścińska, żona pisarza. Partnerem Nagrody jest Fundacja im. Ryszarda Kapuścińskiego Herodot. Patronat honorowy nad finałem 12. edycji objęła Ambasada Szwecji a medialny portal Wyborcza.pl, „Książki. Magazyn do czytania" oraz „Duży Format".

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
rzecz jak widzę warta lektury
już oceniałe(a)ś
W sumie to ja nie wiem kto tak naprawdę wygrał tę wojnę... Tak sobie myślę, Niemcy pozbyli się cudzymi rękoma swojego satrapy i jego dworu, dzięki czemu mogli zacząć budować kraj i społeczeństwo od zera. Co naprawdę im się udało. A zwycięży? No cóż z nimi został cały ten syf jaki mieli przed i po. Co zagrabione już dawno w proch się obróciło. To kto tak naprawdę wygrał tę wojnę?
@obds
ciekawa konstatacja
KTO WYGRAŁ TĘ WOJNĘ ? Jak zwykle Ci , którzy wiedzieli co robić po wojnie aby przetrwać!
NA SUKCES ZŁOŻYŁY SIĘ; mądre rządy, świadomość wspólnego celu, ciężka praca , troska o przyszłość, wolność i troska o innych , szacunek do konkretów , rezygnacja z dążenia do rewanżu (odegrania się) nie wolno zapomnieć o cierpliwości i wytrwałości !!
"Nie rozumiem tylko, w imię czego nasza rodzina tak bardzo się nacierpiała."
Wojna jest zawsze taka sama.
cały zbiór rep. świetny!