Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

"Rzeczy osobiste. Opowieść o ubraniach w obozach koncentracyjnych i zagłady" Karoliny Sulej (Wydawnictwo Czerwone i Czarne, 2020) to jedna z pięciu książek, które znalazły się w finale 12. edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego.

Wśród nominowanych są również "Nomadland. W drodze za pracą" Jessiki Bruder i "Klub. Seksskandal w komitecie noblowskim" Matildy Voss Gustavsson.

"Rzeczy osobiste" to opowieść o ubraniach i przedmiotach osobistych więźniów obozów koncentracyjnych. Karolina Sulej pokazuje, jak wielką rolę odgrywało ubranie w obozowym piekle - nie tylko jako okrycie chroniące ciało przed zimnem albo słońcem, lecz także jako narzędzie do psychicznego tłamszenia lub dodawania sobie siły w walce o przeżycie. Jako akt oporu, a nawet sabotażu, jako symboliczne odzyskiwanie człowieczeństwa albo jego utrata.

Karolina Sulej, "Rzeczy osobiste" - fragment rozdziału XI "Stan rzeczy"

Helga Hošková z matką Ireną tuż przed wyzwoleniem Mauthausen mieszkały w byłych barakach SS. Obok znajdował się magazyn z bielizną pościelową. Irena, przed wojną krawcowa, zabrała stamtąd kilka poszewek w delikatną niebiesko-granatową kratkę. Przed powrotem do Pragi uszyła z nich stroje dla siebie i córki. Helga dostała spódniczkę do kolan, rozkloszowaną, marszczoną, w talii zapinaną na guziki, do tego koszulę z krótkim rękawem. Do dziś trzyma je w szafie, ale po wojnie w nich nie chodziła. Wyjmuje teraz specjalnie dla mnie, pachnące proszkiem i złożone starannie jak dokumenty.

Na wyjście z obozu mama dorzuciła jeszcze Heldze „zorganizowaną" marynarkę, z której odpruła guziki z trupią główką, a potem odwróciła na drugą stronę, żeby nie było widać czerwonej farby. Marynarka długo nie wychodziła z użycia. Bratankowie Helgi zapałali do niej wielką miłością, bo w latach sześćdziesiątych takie okrycia wierzchnie były bardzo modne, szczególnie do dżinsów.

Alicja Gawlikowska-Świerszczyńska wróciła z Ravensbrück z wełnianym płaszczem. Beżowym, na podszewce, z futrzanym kołnierzem. Pochodził z magazynu odzieży pożydowskiej. Jeszcze pachniał cudzymi perfumami, kiedy go wiozła – był ciężki i grzał. Zaczął się maj i pierwsze upały, ale należało myśleć perspektywicznie. Po wojnie przecież niczego nie było. Nosiła płaszcz przez kolejne lata, dopóki się nie zniszczył. Nie, nie myślała o nim, ze obozowy. Najważniejsze, że był ciepły i ładny. Jak na tamte czasy wręcz luksusowy.

ZAJRZYJ DO CZYTELNI WYBORCZEJ

Edward Anders wracał ze Stutthofu w ciepłym, damskim płaszczu z flauszu, do samej ziemi, i z lakierowaną walizeczką. Jedno i drugie było znalezione w opuszczonym domu po drodze. Nie chciał wracać w obozowym uniformie. Z ulgą przebrał się w nowe, ciepłe i miękkie ubranie – co z tego, ze kobiece.

Marii Kowalskiej po Stutthofie pozostał czarno-czerwony sweterek w torbie uszytej z koca. W tym sweterku z Effektenkammer Maria poszła do liceum, a potem, kiedy z niego wyrosła, starannie złożony schowała do szafy. Wyciąga go dla mnie, po latach. Pachnie naftaliną. Wydaje się taki mały, jak dla dziewczynki. Nawet się nie popruł. Na nim przylepiona żółta karteczka post-it z informacją: „Pamiątka ze Stutthofu".

U Aliny Dąbrowskiej oglądam kaszkiecik. To pamiątka z Birkenau. Uszyła go w latach sześćdziesiątych z resztek zeszmaconego okrycia, w którym wyszła z obozu. Przez dwie powojenne dekady resztki leżały w szafie zawinięte w papier. Ale pewnego dnia przy wiosennych porządkach Alina zadecydowała – co mają tak leżeć. Poprosiła krawcową, żeby coś jej z tego zrobiła. Tak powstał kaszkiet. Na więcej nie wystarczyło materiału. Chodziła w nim jeszcze do niedawna.

Ocaleńcom udaje się niekiedy też wynieść z obozu rzeczy, z którymi do niego trafili.

Edward Anders miał oksydowany ryngraf – prezent od kuzyna z okazji chrztu. Z przodu orzeł, napis „Honor i Ojczyzna", a z tyłu wygrawerowane starannie: „Edwardowi Mieczysławowi Andersowi, w dniu chrztu świętego, Ryszard Obrembski". Miesiącami nosił ryngraf ukryty pod pasiakiem, na wstążce, którą zrobił z kawałka szmaty. Wyszedł z nim z obozu.

Elżbieta Sobczyńska z mamą i bratem wychodzą na wolność z dwoma pierścionkami i obrączką, których mamie udało się nie oddać przy rejestracji. Brat ukrył jeszcze zegarek ojca – „cebulę" Longines’a. Nie, Ela nie wie, jak ją przechował. O tym się w rodzinie potem nie rozmawiało. W ogóle się o Oświęcimiu nie rozmawiało. Mama uznała, ze dzięki temu dzieci szybciej zapomną. Srebrną cebulę Elżbieta wciąż przechowuje. Tarcza już pożółkła, zegarek nabiera muzealnego kolorytu.

– Obrączka zaginęła. Przepadła w szpitalu – opowiada podczas naszego spotkania. – Mama chorowała poważnie na raka piersi. Ja tego w ogóle do siebie nie dopuszczałam. Uprzedzono mnie, że jej kosztowności trzeba zabrać z powrotem albo oddać do szpitalnego depozytu. Znów to samo, wie pani? Wydawało mi się, że jak zabiorę mamie tę obrączkę, to nie tylko symbolicznie, ale całkiem realnie ją uśmiercę. Tak czułam.

Ewa Żelechowska pokazuje mi z kolei szkolny worek na kapcie siostry Hani, z wyszytym jej imieniem i nazwiskiem. Mama w Ravensbrück zrobiła z niego bojtel i wyhaftowała na materiale swój obozowy numer 77150. Rozpłaszczony na serwecie stołu rzeczywiście jest rozmiarów worka na kapcie i przypomina nieco polską flagę – górna cześć jest bielsza, dolna czerwieńsza. Musiał być kiedyś wyraziście dwubarwny. Nitka haftu imienia i nazwiska ma wciąż intensywny niebieski kolor, ale błękitny niegdyś numer dziś jest szary. To musiała być nitka gorszej jakości. Dostrzegam na materiale ślady cerowania i miedziane drobne plamy, o których pochodzenie głupio mi pytać. Bojtel nie był prany od wojny. Są na nim jeszcze cząsteczki obozu. To jego mikroarcheologia.

Nie wiem, jak go dotknąć. Przejechać dłonią? Pomacać? Wziąć delikatnie w dwa palce? W ogóle nie dotykać? Nie chcę traktować go jak relikwii, to nie jest moja pamiątka, ale nie umiem zobaczyć w nim zwykłej rzeczy. Kładę go w końcu na otwartą dłoń, jak manuskrypt zapisany tajemniczym językiem. Przesuwam palcem po materiale.

– Worek jest dowodem, że to wszystko wydarzyło się naprawdę – podkreśla Ewa.

Takie tkaniny, jak boje Ewy, sweterek Marii i koszula Helgi – pozostałe po ludobójstwach, noszące ślady przemocy, konserwatorzy nazywają martyrologicznymi. Jeszcze do niedawna nie były w muzealnym świecie ani rozumiane, ani odpowiednio eksponowane. Zaraz po wyzwoleniu większa cześć ubrań z terenów poobozowych została zagarnięta albo rozdzielona między potrzebujących. To, co zostało, najczęściej uznawano za szmaty. Nieliczne obiekty od razu trafiły do nowo tworzonych instytucji. Zbiory tekstylne były uzupełniane stopniowo, wraz ze wzrostem zainteresowania życiem codziennym więźnia, apelami muzeów o darowizny. Przez kolejne dekady wszystko leżało na półkach, wisiało na wieszakach w magazynach, niszczało na ekspozycjach w niekorzystnych warunkach atmosferycznych. Czasem zajmowano się tymi rzeczami równie gorliwie, co niewprawnie: były prane, przerabiane, zszywane przez nieświadomych ich wartości muzealników.

Kompleksowe prace nad tym typem zabytków zaczęły się na dobre dopiero w ostatnich latach. W Muzeum Auschwitz-Birkenau konserwatora tkanin wciąż na etacie nie ma, podobnie jak brakuje go w innych polskich muzeach dotyczących II wojny światowej. Projekty związane z zachowywaniem tekstyliów są wiec z reguły zlecane zewnętrznym konserwatorom, ale przy niewielkich funduszach i niewielu specjalistach.

Pracownia Konserwacji i Restauracji Tkanin Zabytkowych w warszawskiej ASP wypuszcza rocznie do trzech absolwentów, podobnie jest w Pracowni Konserwacji ASP w Krakowie. A kto zdecyduje się na pracę na Majdanku czy w Oświęcimiu? Nie można popisać się umiejętnościami jak przy restauracji barokowej sukni. Tu konserwacja musi pozostać niewidzialna. To nie jest materia wdzięczna, artystyczna, dekoracyjna. Nie sprawia rękom i głowie przyjemności. Tkaniny obozowe to krew, brud, ślady po umęczonym ciele. To godziny spędzane nad ubraniem, w którym ktoś cierpiał i często – stracił zżycie. Słucham Marioli Ratajczyk, teraz współwłaścicielki firmy ReKonArt, a wcześniej przez wiele lat kierowniczki w nieistniejącej już Pracowni Konserwacji Dzieł Sztuki i Konserwacji Tkanin w Warszawie. Zajmowała się tekstylnymi zbiorami muzeum na Majdanku i w Auschwitz-Birkenau.

– Najważniejsze, żeby ubrań obozowych nie zagłuszyć – tłumaczy. – Konserwator dzieł sztuki z reguły robi wszystko, żeby przywrócić zabytkom dawną świetność. W przypadku tkanin martyrologicznych jest inaczej. Konserwator musi zrobić wszystko, żeby zatrzymać w nich świadectwo.

Mariola zaczynała dziesięć lat temu, od marynarek posiarkowych i cywilnych na Majdanku. Potem zajęła się tamtejszym zbiorem dziecięcych czapeczek, a w Oświęcimiu wraz z zespołem konserwacją tałesów. Porównuje tę pracę do pracy detektywa. Zęby zapisać w dokumentacji stan zachowania i przyczyny zniszczeń obiektu, musi zrozumieć scenę zbrodni. Co ten materiał może opowiedzieć o właścicielu? Przez co przeszedł? Mariola do dziś pamięta rozdarcia i ślady krwi, które widziała na pasiakach. Często były to oznaki walki, szarpania. Zrobił to pies czy człowiek? A może to od bicia? Skąd ta krew na rękawie, plecach? Detektyw nie może pominąć ani centymetra badanej materii. Potem wszystko trzeba opisać w dokumentacji, a ślady odpowiednio zachować. Plamy, ściegi, przeszycia, łaty, dziury, sploty – ubrania są aż gęste od informacji, jeśli tylko zna się ich jeżyk. Są niczym wspomnienia po ludzkim ciele. Tak poetycko Mariola Ratajczyk w dokumentacji obiektów nie pisze, ale tak czuje. Każda obozowa rzecz była dla niej emocjonalnym i zawodowym wyzwaniem.

– Nie ma określonego programu, instrukcji konserwacji dla rzeczy pozostałych po ludobójstwach. Za każdym razem trzeba się pochylić nad obiektem i zastanowić, jakich metod i smrodków użyć, żeby tkaninie nie zaszkodzić, jak ją oczyścić i zachować tak, żeby jej stan się nie pogarszał – tłumaczy.

Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego
CZYTAJ WIĘCEJ

Muzealnicy przyznają, że po wojnie popełniono wiele błędów w sztuce przechowywania tkanin i akcesoriów obozowych. Dopiero w latach siedemdziesiątych zadecydowano, jak ewidencjonować zbiory: wydzielono działy tekstyliów, obuwia cywilnego i więźniarskiego, przedmiotów użytku osobistego. Muzea najmowały krawcowe, które maszynowo naprawiały ubrania, prasowały, prały tkaniny w wodzie i detergentach. Tkaniny farbowały, barwnik spadał do wody, farbował otoczenie, pasiaki zamiast kremowo-beżowo-błękitne stawały się całe błękitne. Ubrania wieszano na metalowych wieszakach, składano w kostkę, wkładano do zwykłych szaf, nie zabezpieczano ich przed wilgocią, molami czy grzybniami, dezynfekowano lizolem.

Kiedy wiec powstały pracownie konserwatorskie, zaczęły przede wszystkim od naprawiania popełnionych wcześniej błędów i powstałych szkód – wykonania poprawnej dezynfekcji, odwracania procesów powojennego ratowania, czyli badań i zachowania tylko materiałów sprzed 1945 roku, usunięcia nieprawidłowych ingerencji. Następnie z szafek i szaf przełożono ubrania do bezkwasowych kartonowych pudeł przekładanych papierem. Opracowano też zalecenia do dalszej pielęgnacji: stała temperatura 18-20 stopni Celsjusza, wilgotność 55-65 procent, wietrzenie, ochrona przed działaniem promieni słonecznych, ciepłem emitowanym przez różnego typu grzejniki i przed nawiewami wentylacyjnymi.

Mariola pamięta stan tałesów z Muzeum Auschwitz-Birkenau sprzed konserwacji. Zacieki i plamy na ich powierzchniach świadczyły o tym, że znajdowały się w bardzo niestabilnych warunkach, narażone na zawilgocenie, zalanie. Brunatne plamy wskazywały na obecność mikroorganizmów, dla których pożywką był brud i kurz. Odnotowała też trwałe ślady załamań na tkaninie, czyli dowód, że obiekty składano w czasie przechowywania, zamiast nawijać na rolki, by nie powodować trwałych zagnieceń.

Dziecięce czapeczki z Majdanka – kapturki, pilotki, kapelusiki, berety, kaszkiety – jako obiekty niewielkich rozmiarów przechowywać było już łatwiej, ale i tutaj lata niepoprawnego magazynowania zrobiły swoje. Do konserwacji zostały one przyjęte w większości jako zakurzone i zapylone, z dziurami po larwach moli, rozdarciami, wystrzępieniami i przetarciami, także sfilcowane.

– Sądząc po wymiarach i krojach, uznałam, że nosiły je dzieci między piątym a dziesiątym rokiem życia. Nakrycia głowy były też naprawiane i cerowane w czasie wojny – świadczą o tym przypadkowe materiały użyte jako łatki, ściegi cerowania czy zszycia. Były brudne brudem, który nie pochodzi z powojennych kontekstów. Myślę też, że należały do zamożnych ludzi, świadczą o tym użyte materiały (jedwabie, aksamity, wełny), kroje oraz staranne wykonanie.

Gatunków tkanin jest jednak więcej. Studiuję dokumentację i poznaję je, jakbym uczyła się nowego alfabetu. Krepa, gabardyna, flausz, bouclé, sukno, żorżeta, tweed, płótno, flanela, baja, drelich, ryps, żakard, aksamity, sztruks, futra naturalne, futra sztuczne, tasiemki, taśmy, sznurki, gumki, guziki, sprzączki, haftki, watoliny, filce, włóczka wełniana, dzianina bawełniana, nici bawełniane.

Mariola tłumaczy, że rodzaj tkanin określa się najczęściej za pomocą badania mikroskopowego. Potem tkaninę się dezynfekuje, niszcząc drobnoustroje, czyli tak zwaną mikrobiologię, a potem pora na czyszczenie mechaniczne. W tym celu najchętniej używa miniaspiratora. Przez wiele lat funkcję tę pełnił odkurzacz samochodowy z końcówką owiniętą siateczką. Ewa Soszko-Dziwińska, koleżanka po fachu, wymyśliła jednak do najdelikatniejszych tkanin szczególne udogodnienie – teraz do odkurzacza podłączają tak zwany apteczny „katarek" do odsysania dzieciom wydzieliny z nosa. Końcówka nadaje się idealnie do pracy z tkaniną.

Po czyszczeniu wstępnym, mechanicyzm, pora na oczyszczenie typu „pranie". Najczęściej „pranie na sucho" bez wody, bo ta rozpuszcza plamy i barwniki, które konserwator chce zachować. Trzeba wiec opracować mieszankę rozpuszczalników, a plamy niechciane potraktować szczególnie i usunąć dodatkowo. Na czas prania ubrania zabezpiecza się siatką poliestrową. Kiedy wysychają, zdejmuje się zabezpieczenia i koryguje jeszcze kształt na konserwatorskim blacie lub na formie o odpowiednim kształcie. Uzupełnienia ubytków muszą być stosowane z dużym rozsądkiem i wyczuciem – zaznacza Mariola. Dziury, rozsnucia i osłabienia tkanin dublowane są odpowiednią tkaniną i dodatkowo zabezpieczane przędzą jedwabną typu greża. To nitka cienka jak włos, farbowana na odpowiedni kolor, tak że jest niewidoczna.

Mariola przyznaje, że najtrudniej przyszło jej konserwować cywilne marynarki z Majdanka. Były najbardziej zniszczone, niektóre w stanie, który konserwatorzy nazywają ze smutkiem „destruktem", jakby mówili o śmiertelnie chorym pacjencie. Konstrukcji tam mało, zniszczeń wiele. Marta Jabłońska, kustosz w tamtejszym Dziale Muzealiów, mówi o takich ubraniach z czułością: „biedne". „Biedny" jest prawie cały zbiór cywilnych ubrań. Mariola Ratajczyk już nad zbiorami martyrologicznymi Majdanka nie pracuje, a nowych chętnych do pracy brak, choć fundusze wyjątkowo – są. Marta Jabłońska wzdycha, że wszyscy, do których dzwoni, mają kalendarze zajęte na następne lata. Na razie sama robi, co może.

Marynarki cywilne Mariola kilka lat temu oceniła jako obiekty w stanie średnim i złym. Teraz na pewno nie jest lepiej. Dowiaduję się, że wykonane zostały z delikatnych tkanin wełnianych, o słabszej niż pasiakowi sukno wytrzymałości. Wiele jest wiec rozdarć, wystrzępień, przetarć. Do tego były wielokrotnie uzupełniane innymi materiałami i cerowane ręcznie lub maszynowo.

– Oznakowania obozowe wykonane farbą są kruche bądź całkowicie się wykruszały, pozostały po nich tylko ślady, szczególnie na wełnianych tkaninach – tłumaczy Mariola. – Podczas konserwacji podklejamy wiec każdą łuseczkę farby olejnej. Współpracujemy z konserwatorem malarstwa, by zachować i uplastycznić każdą z tych łusek, żeby nie były sztywne i dalej nie pękały.

Poza marynarkami w magazynie Muzeum na Majdanku są też cywilne spodnie – wacikowe, z oznaczeniem SU, wojskowe, wiązane na dole, wełniane garniturowe z podszewką w kratkę, flanelowe, bryczesy podobne do esesmańskich, łatane fioletową łatą, granatowy jutowy kombinezon. O te tekstylia Marta Jabłońska „drży". Obawiam się podnieść materiał w rękach. Nie chcę być przyczyną kolejnej skazy.

Cywilna odzież najczęściej niszczała w magazynach, pasiaki z kolei ucierpiały podczas wieloletniej ekspozycji. Zajmowały ściany baraku, przywodząc na myśl tłum więźniów. Wystawa była efektowna, ale wisiały w nieogrzewanym, przewiewnym budynku tylko na metalowych wieszakach. Zdjęto je dopiero w latach dziewięćdziesiątych, przy zmianie wystawy, odkrywając, że większość z nich ma dziury lub rozpada się w rękach. Nie były nigdy konserwowane, wycięto z nich porządkujące oznaczenia, a je same traktowano jako sugestywny, ale jednak – dodatek do historii warty mniejszego zachodu.

– Taka była wtedy rzeczywistość, że troski o ubrania nie rozumiano – przyznaje dziś Marta.

Na szczęście pasiaki udało się już zakonserwować. Uratowano, co tylko się dało.

– Proszę zobaczyć, jak niektóre są świetnie uszyte. To musieli być doskonali krawcy przed wojną, żaden szew nie jest przypadkowy. Na innych widać zupełny bałagan w szyciu, jakby ktoś po raz pierwszy igłę z nitką trzymał. – Marta otwiera przede mną kolejne kartony.

Teraz oglądam pasiakowi czapki. Na początku wydają mi się podobne do siebie, ale po chwili wiedzę, że pierwsze wrażenie mnie zmyliło. Są czapki wyszywane, łatane, czapki maźnięte czerwoną farbą, z inicjałami, z literką imienia, numerem, oznaczane od smrodka, na rondzie, ciemniejsze, jaśniejsze, z doszytym karczkiem, z krótszym, dłuższym daszkiem, z kawałkiem koca. Czapek więźniarskich typu pasiakowego jest w muzeum około dwóch i pół tysiąca, czapek cywilnych i wojskowych ponad tysiąc pięćset.

Następne pudła to zbiór kapeluszy cywilnych. – Tutaj są prawdziwe perełki. – Marta się uśmiecha. Jest elegancki zielony kapelusz z aksamitną wstążką. Są berety, uszanki, rogatywki, kolejowe, kaszkiety. Welurowy cylinder. Metki: Paryż, Amsterdam, Warszawa.

Mariola Ratajczyk uważa, że jej pokolenie jest bardziej na historie ubrań martyrologicznych wyczulone i potrafi z nimi pracować. To historie dziadków tego pokolenia, często rodziców. Młodsze koleżanki często powtarzają, że praca nad obozowymi tkaninami to dla nich emocjonalnie za dużo.

Jedną z niewielu młodych, które jednak decydują się na taką pracę, jest Joanna Sielska. Kończyła warszawską ASP dziesięć lat temu, kiedy w programie nauczania nic jeszcze o konserwacji martyrologicznej nie było. Uczono wówczas, jak sprawiać, by każdy obiekt wyglądał nowo, świeżo i pięknie. O tym, że istnieje inny obszar konserwacji, dowiedziała się na praktykach zawodowych w Pizie, a pierwszy raz samodzielnie stanęła przed takim wyzwaniem w Muzeum Powstania Warszawskiego, kiedy została tam polecona jako konserwator tkanin.

Co kolejny obiekt, to zagadka i nowa historia zapisana na powierzchni tkaniny. Każda powstańcza opaska była z innego materiału, inaczej zaplamiona, podarta, tu haftowana, tam stemplowana, tu numer, tam orzełek. Przełomowym momentem było spotkanie z pewnym darem, który trafił do muzeum. Pudełeczko – z napisem „Po mojej śmierci spalić albo włożyć mi do trumny". W pudełeczku woreczek, w połowie zakrwawiony, i kula. Oraz informacja: „To jest krew Mojej Mamy i kula wystrzelona do Mojego Ojca". Joanna zrozumiała wówczas, jak wielka odpowiedzialność na niej ciąży. Ktoś przecież wolał oddać pamiątkę rodzinną do muzeum, niż spełnić wolę zmarłej osoby. Potem dostała zadanie rozpisania programu prac konserwatorskich dla kilkudziesięciu pasiaków w Muzeum Auschwitz-Birkenau.

POLECAMY KSIĄŻKI NA WEEKEND

– Na uczelni mówiono nam, że każdy fragment tkaniny trzeba rozpruć, oddzielnie zabezpieczyć i zszyć na nowo, bo szwy nie stanowią żadnej wartości – tłumaczy Joanna. – A tutaj jest to esencja historii tkaniny! Po nich widać, jak wiele razy ubranie było przerabiane, ile razy w obozie ktoś nosił ten sam strój. Często zapomina się, że tkaniny są najbliżej człowieka. To przekaz zżycia danej osoby. Zniszczenia ubrań to nic innego jak opowieść o przebiegu jego biografii. Konserwując ubranie, chronimy ludzkie doświadczenie przed zapomnieniem.

<<Reklama>> E-book "Rzeczy osobiste" jest dostępny w Publio.pl >>

Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego została ustanowiona i jest ufundowana przez Miasto Stołeczne Warszawę. Współorganizatorem jest redakcja „Gazety Wyborczej". Patronat honorowy sprawuje Alicja Kapuścińska, żona pisarza. Partnerem Nagrody jest Fundacja im. Ryszarda Kapuścińskiego Herodot. Patronat honorowy nad finałem 12. edycji objęła Ambasada Szwecji a medialny portal Wyborcza.pl, „Książki. Magazyn do czytania" oraz „Duży Format".

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.