Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Literacka noblistka z 2015 r. do Wrocławia, by wraz z Olgą Tokarczuk wziąć udział w spotkaniu „Protest/Pratest", dotarła w czwartek nad ranem, samochodem. Wcześniej na berlińskim lotnisku nie zdołała wsiąść do samolotu, zbyt długo i zbyt uważnie przyglądano się zawartości jej bagażu.

W weekend weźmie jeszcze udział we współtworzonym przez polską noblistkę festiwalu Góry Literatury.

Aleksijewicz od wyjazdu z Białorusi mieszka w stolicy Niemiec, gdzie pracuje nad nową książką.

Choć bardzo zmęczona, po zaledwie godzinie snu, znalazła czas na rozmowę w swoim hotelowym apartamencie. Jak zawsze uśmiechnięta, wyrozumiała, uważnie słuchająca, skupiona.

Michał Nogaś: Wygląda na to, że w środę w Berlinie próbowano zrobić z pani terrorystkę.

Swietłana Aleksijewicz: Nawet nie chcę brać tego poważnie i proponuję, byśmy rozmawiali i myśleli o tym, co wydarzyło się na lotnisku, z dużą dozą ironii. Nie podejrzewam, by była to akcja zaplanowana wcześniej przez kogokolwiek.

Mężczyzna sprawdzający moją torebkę zobaczył w niej, włożone na szybko i niezwinięte, kable, ładowarkę do telefonu i tabletu. Odruchowo odrzucił ją od siebie, najpewniej skojarzyło mu się to z ładunkiem wybuchowym. Kazał mi poczekać i wezwał policję. Trwało to pół godziny, próbowałam tłumaczyć, że może na spokojnie pokażę moje rzeczy, że za chwilę odlatuje mój samolot, że jestem pisarką i dziennikarką. Nie zgadzał się, padło nawet stwierdzenie, że mam przy sobie bombę.

Było to w sumie dość zabawne, bo w tym czasie dzwonili do mnie znajomi z Mińska, gdzie dokonywano właśnie przeszukań i aresztowań osób zajmujących się obroną praw człowieka.

W końcu przyszedł człowiek z urządzeniem, którym dokładnie prześwietlił zawartość mojej torebki. To samo zrobił z drugą, mniejszą, w której miałam tablet. Oczywiście okazało się, że nic podejrzanego nie ma. Ale to nie był koniec – kazano mi wysypać zawartość torebek do pojemnika, wpadły więc do nich także legitymacje – dziennikarska i PEN Clubu. Próbowałam wyjaśnić mężczyźnie, który prześwietlał moje rzeczy, kim jestem, co robię, dokąd się udaję, on jednak tylko patrzył na mnie i milczał.

Cóż, jestem z Mińska, żyję w takim świecie od dawna. Przyznam, znów ironicznie, że wyglądało to na działanie „w stylu Łukaszenki".

W końcu podeszła do mnie pracownica lotniska, Rosjanka, która mnie rozpoznała, i zapewniła, że doszło do zwykłego nieporozumienia, a ona zda raport swojemu kierownictwu. Tylko ona mnie przeprosiła i odprowadziła do wyjścia. Do Wrocławia, nad ranem, dotarłam samochodem.

Nie podejrzewa więc pani prowokacji ze strony reżimu Łukaszenki? W ostatnich miesiącach wszystko jest możliwe.

– Nie wiem, jak mógłby zorganizować coś takiego? Musiałby się bardzo natrudzić, by zaangażować w przeszukiwanie mnie kilka osób – mężczyznę prześwietlającego moje bagaże, sprawdzające mnie kobiety, policjanta. Przecież to byli Niemcy.

Być może Łukaszenka czułby się pewnie w Polsce, gdzie mieszka wielu Białorusinów, również ci mu przychylni, ale w Berlinie? Może to wszystko wynikało z ich kultury, przyzwyczajeń? Chcę o tym myśleć jak o mało szczęśliwym zbiegu okoliczności.

Co oglądać i czytać, czego słuchać? Podpowiadamy i inspirujemy. Zapisz się na nasz kulturalny newsletter.

Od czasu gdy rozmawialiśmy w 2017 roku w Krakowie, świat – bliższy i dalszy – bardzo się zmienił. Mówiła mi pani wtedy, że smuci ją milczenie narodu białoruskiego. Zdaje się, że tamtej Białorusi już nie ma, ubiegłoroczna rewolucja wszystko zmieniła.

– Często jestem o to pytana: dlaczego naród przez 26 lat spał, a dziś wszystko wygląda już inaczej? Myślę, że złożyło się na to wiele spraw. Gromadziły się, odkładały w nas, musieliśmy dojrzeć. Gdy w 2010 roku doszło do protestów przeciwko Łukaszence, a byli to głównie młodzi ludzie, szybko ich rozpędzono. Ale po kolejnych 10 latach przyszło następne pokolenie, która zna współczesny świat, podróżuje, używa mediów społecznościowych. Widzą i wiedzą więcej od nas. Ta dzisiejsza młodzież jest bardzo dobrze wykształcona, ma pojęcie, jak żyje się w państwie, które nie jest autorytarne.

Ogromną rolę w procesie zmian odegrały też instytucje społeczeństwa obywatelskiego wciąż jeszcze działające na Białorusi. Ja sama stworzyłam klub „Swietłana Aleksijewicz zaprasza", w czasie spotkań którego rozmawialiśmy nie tylko o polityce, ale i o tym, co możemy robić dla siebie nawzajem. Podczas ostatnich demonstracji podchodzili do mnie ludzie, pozdrawiali i dziękowali.

Oddolna praca, świadomość zła, z którym musimy na co dzień obcować, to wszystko sprawiło, że miarka się przebrała. Białorusini nie byli już w stanie dłużej znosić tych upokorzeń. Momentem przełomowym były oczywiście wybory prezydenckie, to właśnie wtedy skończyła się cierpliwość. Ludzie zrozumieli, że nie mogą już milczeć. Jak gdyby nagle odzyskali godność, zdecydowali się na opór. Wyszli na ulice świadomie, była w nich radość i piękno. Pamiętam, że powiedziałam wtedy do swojej koleżanki: „W takim kraju chciałabym mieszkać".

A potem przyszła reakcja władz, brutalność, którą trudno nawet opisać. Wyglądałam przez okno i widziałam ciągle tłumy, a naprzeciwko nich wojskowe kolumny. Zaczęły do mnie docierać zdjęcia tych, którzy trafiali do szpitali. Byłam bezsilna wobec tej przemocy, bo choć przez całe życie właśnie takimi opowieściami, takimi historiami się zajmuję, nie mogłam pojąć, że robią to moi rodacy.

Z początku, gdy władza zaczęła reagować tak brutalnie, powiedziałam nawet w wywiadzie, że nie wierzę, by Białorusini wystąpili przeciwko Białorusinom. Wydawało mi się, że może to ludzie z Rosji czy Czeczeni, ale myliłam się. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca, bo zrozumiałam, że maszyna stalinowska wciąż działa i ma się dobrze. Na wsi, w centrach różnych regionów kraju działają przedstawiciele KGB, donosicielstwo ma się znakomicie, nauczyciele denuncjują własnych uczniów! Od krewnych mieszkających na wsi usłyszałam historię młodego mężczyzny, wojskowego, którego podczas egzaminu pytano, czy jeśli przyjdzie taka potrzeba, odda życie za prezydenta Łukaszenkę. Bez wahania odparł, że tak. I że jeśli trzeba, poświęci też swoich najbliższych krewnych, bo ojczyzna – czytaj: reżim – jest najważniejsza. Ktokolwiek zawahałby się i nie udzielił oczekiwanej odpowiedzi, mógłby natychmiast stać się podejrzany, trafić na listę wrogów systemu.

Stało się dla nas jasne, że od dawna reżim pracował nad tym, jak podzielić ludzi, jak skłócić nas ze sobą, postawić jednych przeciwko drugim. Dało się wyczuć, że ludzie nasłani przez rząd działają w bezpośredniej bliskości wielu z nas. Przygotowywali się, by brutalnie stłumić wystąpienia w obronie wartości demokratycznych.

Rozmawiałam jakiś czas temu z młodą dziewczyną, która brała udział w demonstracjach. Stała naprzeciwko funkcjonariuszy OMON-u, którzy w zasadzie już odchodzili, formowali szyk. I nagle któryś z nich spojrzał jej – jak wspominała – prosto w oczy i rzucił granat. Zawieziono ją na leczenie do Kijowa. W większości przypadków jednak ludzie trafiali do szpitali kontrolowanych przez władze, a tam zacierano ślady, chodziło im o to, by świat nie dowiedział się, czego dopuszcza się reżim.

Do rozmowy włącza się towarzysząca nam Taciana Niadbaj, prezeska białoruskiego PEN Clubu, która do Wrocławia przyjechała z Mińska

– To wszystko prawda. To, że doszło do rewolucji w Białorusi, bez wątpienia jest efektem działań organizacji zajmujących się rozwojem społeczeństwa obywatelskiego. W końcu dały one efekty, na jakie czekaliśmy, pojawiła się alternatywa, którą nie tak łatwo będzie już zniszczyć. W Białorusi mieszka mnóstwo kreatywnych osób, rozpoznawalnych i obdarzonych zaufaniem, to one były siłą napędową zmian.

Gdy reżim aresztował potencjalnych przeciwników Łukaszenki w wyborach, natychmiast pojawiły się trzy dzielne kobiety, które zajęły ich miejsce. Nagle wszyscy zdali sobie sprawę, że świat wcale nie obraca się jedynie wokół Łukaszenki, choć on od lat kreował taką właśnie wizję. Wbrew temu, w co wierzy, musiał przyjąć, że państwo to nie tylko on. To dlatego zareagował przemocą na niespotykaną skalę.

Pani Swietłano, kiedy słucham tego, co pani mówi o tym, jak w Białorusi „kształci się" wiernych synów i wierne córki reżimu, to mam przed oczami opowieści z pani „Czasów secondhand" o tym, że ciężko oduczyć człowieka sowieckiego czy też postsowieckiego posłuszeństwa.

– To chyba Warłam Szałamow powiedział, że nie może być wolnym człowiek, który nagle opuścił łagier, który jeszcze przed chwilą był całkowicie zależny od władzy. Nic nie wie o wolności, nie wie, jak bardzo jest krucha.

Myśmy w latach 90. myśleli, że jesteśmy wolni, ale to były mrzonki, złudzenia. Nie umieliśmy się z wolnością obchodzić i bardzo łatwo ją oddaliśmy – w ręce komunistów, ludzi, którzy uniknęli lustracji. Zawierzyliśmy Łukaszence, bo – jak my – pochodził z mas, daliśmy się zwieść. To nasza wina.

Wolność to bardzo długa droga, zbyt szybko zapomnieliśmy o piekle komunizmu, a on objawił się nagle po latach na ulicach miast mojego kraju w swojej najbardziej agresywnej formie.

Rewolucja potrzebuje autorytetów. Gdy Białorusini wyszli na ulice, gdy pojawiła się przemoc, by zapewnić – jak wówczas wierzono – pokojowy transfer władzy, stworzono Radę Koordynacyjną. Stała się pani jej członkinią, choć wcześniej nie angażowała się pani aż tak otwarcie w sprawy polityczne. Oczywiście krytykowała pani Łukaszenkę, miała pani jasne stanowisko, ale ten gest był znaczący.

– Przystąpiłam do Rady, bo obawiałam się, że rozlewu krwi. Pamiętam, jak podczas jednej z demonstracji Maryja Kalesnikawa apelowała do ludzi idących na rezydencję Łukaszenki w amoku, by nie rzucali kamieniami. Prosiła, krzyczała: „Nie trzeba. Nie róbcie tego!". I to zadziałało.

To bardzo znaczące, że rewolucją w Białorusi kierowały kobiety. Myślę, że dzięki temu udało się nie doprowadzić do jeszcze większej tragedii. Gdyby na miejscu kobiet pojawili się mężczyźni, być może i by zwyciężyli – ale za jaką cenę? Wydawało nam się wtedy, że Łukaszenka coś zrozumie, że dialog będzie możliwy. Niestety, on postanowił nie cofnąć się przed niczym, wykorzystał do zdławienia protestów najnowocześniejszą technikę. Nagle dotarło do mnie, że w Mińsku możliwa jest powtórka z placu Tiananmen, że on jest gotów rozgnieść, rozjechać tych młodych ludzi, byle tylko nie oddać władzy.

My przyjęliśmy zupełnie inną metodę walki, to był opór bez przemocy. Białoruskie kobiety ubierały się na biało, niosły kwiaty. W całej tragedii wydarzeń z sierpnia ubiegłego roku było to naprawdę piękne.

Wiele osób zarzuca przeciwnikom zwarcia siłowego, także mnie, że nie chcemy, by przelała się krew, bo być może w ten sposób Łukaszenka na zawsze będzie skończony. Tak, ja nie chcę, by lała się krew, dla mnie sprawą najcenniejszą jest życie człowieka, każdego. Dlatego wydaje mi się, że musimy pracować nad nowymi strategiami oporu, te tradycyjne nie przynoszą rezultatów. Z przerażeniem czytam w internecie nawoływania do walki zbrojnej z reżimem, niektórzy są przekonani, że krwi nie należy się bać. Obawiam się, że gdyby teraz doszło do nowej fali protestów, mogłoby to zakończyć się ogromną tragedią.

Nie wiem, kiedy zwyciężymy. Które pokolenie da nam wolność? Ale wiem, że ludzie znów znajdą sposób, by zareagować. Jak bardzo Łukaszenka nas wszystkich w ostatnich miesiącach upokorzył, jak na nowo rozpętał tę stalinowską maszynę nienawiści, którą znamy z przeszłości! Długo będziemy wychodzić z tej traumy.

Doskonale pamiętam, że kiedyś to pani proponowano, by została pani prezydentką Białorusi...

– Tak, i ostatnio znów pojawiły się takie pomysły. Ale nie, to nie ja. Mamy takiego człowieka, który zapewne by podołał – to właśnie skazany na 14 lat więzienia Wiktar Babaryka, ten, który odważył się stanąć przeciwko Łukaszence.

Ja nie nadaję się do polityki, to naprawdę bardzo ciężka praca – jeśli traktowana jest uczciwie. Ja chcę słuchać ludzi, rozmawiać z nimi, dokumentować. To moje powołanie, w tym, jak sądzę, się sprawdzam.

W czasie rewolucji zdarzało się pani płakać z niemocy?

– Tak. Zdarza mi się i teraz. W Berlinie pracuję nad książką o białoruskiej rewolucji i chyba żadna wcześniejsza tak wiele mnie nie kosztowała. Nie mogę opanować łez, gdy słucham wystąpień młodych ludzi, ich ostatnich przemówień podczas procesów, w których oskarżani są o najgorsze rzeczy. Są tacy młodzi, a już tak wspaniale odważni. Choć doskonale wiedzą, że pójdą na kilka lat do więzienia, z niczego się nie wycofują, tkwią w prawdzie, trzymają się własnych przekonań.

A ostatnio opisywałam historię dwóch kobiet, starszych ode mnie zresztą, które pieszo przez tydzień szły lasami z przewodnikiem w stronę Litwy. Musiały uciekać z Białorusi, bo były aktywistkami z małej miejscowości pod Mińskiem i ich życie było zagrożone. Przekonywały mnie, że niczego nie żałują, że pogodziły się z ceną, jaką przyszło im zapłacić za swoją działalność.

A dziewczyna, młoda, zdolna, która napisała na asfalcie hasło „Żywie Biełaruś" i dostała za to dwa lata więzienia? Jak nad tym nie płakać?

Swietłana Aleksijewicz we Wrocławiu, lipiec 2021Swietłana Aleksijewicz we Wrocławiu, lipiec 2021 Fot. Jakub Włodek / Agencja Gazeta

Gdy weszła pani do Rady Koordynacyjnej, wspólnie z innymi przedstawicielami opozycji napisała pani list do Łukaszenki. Prosili w nim państwo, by odszedł. Wkrótce potem zaczęły się najścia, dzwoniono do pani drzwi, próbowano panią zastraszyć przez telefon. W końcu, gdy napisała pani list o tym, czego doświadcza, przed pani blokiem zaczęli gromadzić się ludzie, także dziennikarze, a w drzwiach pani mieszkania stanęli ambasadorowie krajów demokratycznych oraz ich żony. Dostała pani wezwanie na przesłuchanie w siedzibie KGB. Bała się pani?

– Pamiętam dzień, w którym okazało się, że jestem w zasadzie jedyną członkinią Rady Koordynacyjnej, która pozostała na wolności. Zrozumiałam, że i po mnie będą chcieli przyjść. Nietrudno sobie wyobrazić, co może oznaczać dostanie się w łapy takiego zwierzęcia, które łamie nie tylko kości, ale i całe życie.

Zadzwoniłam więc do dziennikarzy, opowiedziałam, co się dzieje, natychmiast zjawili się u mnie w mieszkaniu. Wkrótce potem pojawili się ambasadorzy, ich żony, dbali o mnie i pilnowali. Wiem, że byłam w uprzywilejowanej pozycji, nie każdy mógł liczyć na taki rodzaj ochrony.

To właśnie wtedy zrozumiałam, że jeśli chcę napisać książkę o białoruskiej rewolucji, muszę wyjechać. Bo jeśli ktoś przyjdzie do mnie na rozmowę, zostanie aresztowany, jeśli ja pójdę do niego, trafię za kraty.

Z początku bałam się, że jeśli wyjadę, zabraknie mi ludzi, głosów. Myliłam się, opowieści z Białorusi wciąż do mnie trafiają, wciąż mam nowych rozmówców do książki, poznaję kolejne losy, płaczę.

A gdy pyta mnie pan o strach, to nie zamierzam ukrywać, że nie jestem żadną superbohaterką. Bałam się, oczywiście, i było to bardzo niekomfortowe uczucie.

Na Białorusi pozostało wiele osób, które odważnie walczyły z reżimem Łukaszenki lub opisywały rewolucję – choćby mój redakcyjny kolega Andrzej Poczobut, który siedzi w więzieniu i jest w bardzo złym stanie. Co poza apelami można zrobić, by Łukaszenka uwolnił ludzi takich jak on?

– Po uprowadzeniu przez władze w Mińsku w przestrzeni powietrznej Białorusi samolotu linii Ryanair, na pokładzie którego znajdował się młody opozycjonista Raman Pratasiewicz oraz jego partnerka, świat wreszcie stał się nieco bardziej zdecydowany. Pojawiły się sankcje, które być może nie dadzą natychmiastowych korzyści, ale na pewno wpłyną na reżim. Oczywiście, ucierpią też na tym zwykli obywatele, to jest w całej tej sytuacji najbardziej tragiczne.

Raz jeszcze, na prośbę noblistki, włącza się Taciana Niadbaj

– Sytuacja z samolotem pokazała, że sprawa, o której rozmawiamy, nie dotyczy jedynie samej Białorusi. To temat, który dotyczy całej Europy, całego świata. Wreszcie zaczęto mówić wprost: na Białorusi dochodzi do zbrodni przeciwko ludzkości. Europa zajęła jednoznaczne stanowisko, ważną rolę odegrały Polska i Litwa, które zaoferowały pomoc i wsparcie, co bardzo nie spodobało się reżimowi.

To, co powinien dziś zrobić świat, to nie przestawać mówić o tym i pomagać Białorusi, przyczynić się do ochrony jak największej liczby osób, które nie chcą wyjeżdżać z kraju, chcą tam żyć, pracować i uczyć swoje dzieci. To nasz najważniejszy obowiązek.

Pani Swietłano, podkreśla pani zawsze, że jest nie tylko pisarką, ale i dziennikarką. Żyjemy w czasach, w których coraz trudniej być niezależnym, a prasa staje się co chwila obiektem ataku ze strony tych, którym bliżej do autokracji niż demokracji. Niewygodni dziennikarze są w różnych częściach świata, także w naszej, ciągani po sądach, zastraszani, próbuje się przejmować i zamykać ich redakcje.

– Im wszystkim chciałabym powiedzieć jedno: niech wam starczy odwagi i wiary w ideały. Pozostańcie niezależni. Świat się zmienia, nadeszło nowe, jeszcze nie do końca nazwane. Warto wierzyć w to, że ideały mają znaczenie.

Mówi pani: świat się zmienia. Przed czterema laty w Krakowie, zaniepokojona zmianami w Polsce, pytała mnie pani, w którą stronę moim zdaniem to wszystko zmierza. Dzisiaj już wiemy. Pani także obawiała się, że Polska zacznie skręcać w stronę autorytaryzmu.

– Nie myliliśmy się, a wszystko to jeszcze dodatkowo skomplikowała pandemia. Demokracja w naszych krajach cierpi, zrozumiałam to dobitnie po przeprowadzce do Niemiec. Spotkałam się z Angelą Merkel, jej doradcami i zobaczyłam, jak poważnie podchodzą oni do zagrożeń współczesnego świata, jak umiejętnie odczytują to, co nadchodzi. Brakuje takiego myślenia i na Białorusi, i w Polsce.

Tuż przed przyjazdem do Polski oglądałam w rosyjskiej telewizji materiał, w którym chwalono się jakąś nową łodzią podwodną. Miałam wrażenie, że oglądam obrazy ze świata, który już nie istnieje. Naszą codzienność wywrócił do góry nogami jeden mikrob. Żadna łódź podwodna, żadna bomba nie uratuje już świata. Stary model uprawiania polityki też wkrótce przestanie się sprawdzać.

Wróci pani do ojczyzny czy zdecydowała się pani na życie emigrantki?

– Gdybym wróciła, czekałby mnie los Aleksieja Nawalnego. Nie mogę w tej chwili wrócić do ojczyzny, nie gdy rządzi Łukaszenka i jego ludzie. Oczekiwanie na ponowne spotkanie z Mińskiem spędzę więc na pisaniu książki o tym, jak to się stało, że ludzie powiedzieli: dość, i że sąsiad wystąpił przeciwko sąsiadowi. O tym, że w naszych więzieniach torturują dziś ludzi jak niegdyś w łagrach.

A miała pani pisać książkę o miłości.

– Chciałam napisać o miłości i o starości. No ale przyjdzie na to poczekać, teraz najważniejsze, by nasza rewolucja jak najszybciej zakończyła się zwycięstwem.

Rozmowę tłumaczyła Jana Karpienko

<<Reklama>> Ebooki autorki dostępne są w Publio.pl >>

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.