Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

 Długo się zbierałem do podróży do kraju dzieciństwa. 57 lat. Ale wiedziałem, że nie mogę odpuścić, bo przecież obecne władze białoruskie wszystkich tych partyzantów, takich jak Pilip, dziś wielbią - MÓWI Jerzy Szperkowicz – ur. w 1933 r., dziennikarz, reporter, poeta, pisarz i tłumacz.

Jako 19-latek rozpoczął współpracę z „Życiem Białostockim", przez wiele lat był korespondentem „Życia Warszawy" w Moskwie. Pracował w „Kulturze", „Odrze" i „Przeglądzie Technicznym". W latach 1989-94 publikował na łamach „Wyborczej", w pierwszym numerze na pierwszej stronie ukazał się jego artykuł „Ostry start kampanii wyborczej".

Od 62 lat jest mężem reporterki i pisarki Hanny Krall.

Własnie ukazała się jego książka "Wrócę przed nocą. Reportaż o przemilczanym".

Michał Nogaś:  Wreszcie oddaje pan czytelnikom książkę, którą – jak się zdaje – pisał przez całe życie.

Jerzy Szperkowicz: – Jest rok 2021, opisywana podróż miała miejsce w roku 2000, a rodzinna tragedia, której sprawców usiłowałem odszukać, zdarzyła się w 1943 roku.

Dlaczego zajęło to tyle czasu? Bo postanowiłem przyłożyć się do mojej reporterskiej pracy nad wyraz solidnie. Przez lata zapisywałem zdania, robiłem notatki, zebrało się kilka notesów. Wiele wątków i scen wyszarpałem pamięci ze łzą, z bólem, czasem nawet z granicy krwi i ciała. Człowiek ma dość ograniczoną zdolność podejmowania się zadań bolesnych.

Co się zdarzyło w 1943 roku?

– Utraciłem rodziców. Zabili ich dawni sąsiedzi, białoruscy sąsiedzi, którzy zawierzyli idącym ze stepów Eurazji komunistom. Zawierzyli nowemu porządkowi.

>> Syn "króla Polski": Rodzice budzili się przerażeni tym, co robią. Ale chciwość tłumiła ich sumienia

Może ja to opowiem po kolei?

Ta moja książka to jest nie tylko rodzaj autobiografii. To jest w ogóle opowieść o kresowej Polsce, o rodzinach takich jak moja. My pochodzimy spod Smoleńska, ale stopniowo przesuwaliśmy się na Zachód, jak najdalej od czerwonej zarazy, a jeden z moich braci stryjecznych wylądował w Vancouver i już nie miał dokąd iść, bo zaraz zaczynał się Wschód.

To też opowieść o tym, do czego doprowadziło nasze kolonialne podejście, nawet gdybyśmy się chcieli dopatrywać w nim rzeczy dobrych czy użytecznych, choćby związanych z edukacją. Trudno uważać, że ludy podbite miałyby być w jakikolwiek sposób i za cokolwiek wdzięczne tym, którzy je kolonizowali. Ciężko dziwić się zatem polakożerstwu pewnej części Białorusinów. Myśmy się o to postarali, panie Michale.

W połowie września 1939 roku tamten świat się rozpadł. Dla nas to był koniec marzeń, koniec dzieciństwa. Dla wielu z tych, których uciskano, którzy nie czuli się dobrze u siebie, to był czas rewanżu, zemsty.

>> Koniec z Wielkim Reżyserem. Powrót Hanny Krall

Zaczęły się samosądy, zaczął płonąć ten dawny świat. Potem przyszły wywózki.

Pański ojciec, Albin Szperkowicz, poszedł się bić za orła w koronie.

– Mieszkaliśmy w Wilnie. Było nas czworo – ojciec, mama Wiera, moja siostra Danusia i ja. Albin ruszył na wojnę, my do Dubowego, na tereny dzisiejszej Białorusi, do rodzinnego majątku matki. Wtedy wydawało się to Wierze bezpieczne – uciec z miasta na wieś, zaszyć się, skryć przed wojną.

Ojciec szybko trafił do niewoli, najpierw do rosyjskiej, później do niemieckiej. Gdy wrócił, dużo opowiadał – mnie, ośmiolatkowi – o czystych, schludnych miasteczkach, później z opisów wywnioskowałem, że mogli go trzymać w górach Harzu, gdzieś w sercu Rzeszy.

W czasie gdy go nie było, mama robiła wszystko, żeby nas – Polaków z majątkiem – nie wywieziono na Syberię. Znała sposoby na napędzenie gorączki. Gdy Sowieci przychodzili, zastawali ją z rozpaloną twarzą, udającą nieprzytomną. Mówiła im słabym głosem, że zapadła na dur brzuszny i jeśli ją zabiorą, zarazi cały transport.

Siostrę i mnie mama schowała u znajomych, w innych wsiach. Pomocny okazał się Pilip, sąsiad, któremu mama bardzo imponowała i którą miał za wzór kobiecej piękności. Za Sowietów stał się wielkim działaczem, urzędnikiem, naczelnikiem. Przyszedł pewnego dnia i powiedział: „Pani Szperkowiczowa, to się skończy konsylium lekarskim. Wyślą was wszystkich na Sybir".

Może on liczył wtedy, że mama spojrzy na niego łaskawym okiem?

Wtedy Wiera zmieniła taktykę. Siostrę i mnie umieściła daleko od Dubowego u krewnych, a sama zaczęła wojnę manewrową z NKWD. Była ciągle w drodze, od jednego dziecka do drugiego, stale w ruchu. Odwiedzała nas, przynosiła kosztowności, byśmy nie żyli wyłącznie na łasce dalszej rodziny. Przemierzała dziesiątki kilometrów, w lecie boso, z sandałami w ręku. Mnie w końcu umieściła w Górach, na drugiej ojcowiźnie – u Szperkowiczów. A potem przyszedł rok 1941, przetrwaliśmy, Niemcy napadli Związek Radziecki, ojciec wrócił.

I nagle ten budowany przez dwa lata sowiecki świat się rozpadł, kołchozy upadły. Wszystko, co się dało, rozgrabiono.

Niemiecka armia szła na Moskwę, żołnierzy trzeba było karmić, Hitlerowi nie opłacało się wozić jedzenia z Rzeszy. Ojca wybrano jako jednego z tych, którzy mieli zapewniać kontyngent, ale on zapowiedział, że nie ma mowy o dostawach. On może dbać o spustoszone przez Sowietów spichlerze, obory, chlewnie, ale nie ma żadnych rąk do pracy – była nas czwórka, ja nie miałem jeszcze 10 lat. Mama zatem wynajęła do pracy, za uczciwą opłatą, byłych kołchoźników, naszych sąsiadów Białorusinów. Mieli oddawać do naszych stodół i spichlerzy to, co zbiorą.

To był, jak przypuszczam, jeden z powodów zemsty – oni byli przekonani, że myśmy im odebrali to, co im w 1939 roku władza sowiecka dała, przeganiając polskich panów.

Nie zapominajmy o tych motywach – nie tylko o klasowość tu szło, ale także o narodowość.

Dla pana ten czas po operacji „Barbarossa" był okresem dość szczęśliwego dzieciństwa, jak się zdaje.

– Zakochałem się wtedy w Robinsonie Crusoe, ruszyłem nawet na samotną wyprawę nad przepiękne jezioro Narocz.

Czasy były jednak mocno niespokojne. Działała w okolicy partyzantka komunistyczna, były też resztki polskich oddziałów, które czasem walczyły razem, a czasem stawały przeciwko sobie. Już wtedy było czuć, żeśmy zostali wzięci w dwa ognie.

Z tym nadejściem Niemców to była ciekawa sprawa. Dwa lata wcześniej miejscowa ludność nie wyrażała sprzeciwu wobec nowej władzy, radzieckiej. Większość cieszyła się, że skończył się ucisk polskich panów. Ale wystarczyły dwa lata, żeby zmienić zdanie. Niemców się witało często jak wyzwolicieli, bo komuniści z tymi swoimi doktrynami, dziwnymi bóstwami pod postacią Lenina i z dyktaturą proletariatu, odrzuceniem tradycyjnej wiary dokuczyli wszystkim.

Pan też Niemców witał. Kwiaty im pan rzucał!

– Jechali otwartymi ciężarówkami. Bawiło nas, że ich, faszystów, zmuszaliśmy do złapania tych kwiatów, do zręczności.

Ojciec, gdy się dowiedział, syknął krótko: – Noga polskiego dziecka nie powinna była nigdy postać w miejscu ich przejazdu.

On doskonale wiedział i ci żołnierze również, po co jadą. Byli niesamowicie zaskoczeni, że ktoś im kwiaty rzuca. Szybko się zresztą wyjaśniło.

Pewnego dnia ojciec wybrał się ze mną w sprawach służbowych do miasta. Wrócił z urzędu całkowicie odmieniony. Powiedział, że jego kolegów ze szkoły i studiów Niemcy wygnali z domów i kazali nosić żółte gwiazdy. Tak się dowiedzieliśmy o Zagładzie.

Z czasem ofensywa niemiecka się załamała, a pańskiej rodzinie zaczęła zaciskać się pętla na szyi. Kiedy zrobiło się naprawdę niebezpiecznie?

– W 1943 roku. To był nagły wyjazd z Dubowego. Ojciec nie chciał mówić przy mnie i siostrze, co się stało. Rzucił do mamy: – Natychmiast wyjeżdżamy. Zastanów się, co brać.

Ruszył tego dnia z domu w interesach, wrócił po godzinie, okazało się, że dopędził go znajomy gospodarz. Powiedział, że bolszewia, która po Stalingradzie nabrała wigoru, uchwaliła oficjalnie, że trzeba zgładzić dwór w Dubowem.

Dlaczego?

– Bo myśmy byli to najgorsze zło. Pomieszcziki, właściciele ziemscy, Białopolacy, którzy zepsuli im pod Warszawą światową rewolucję. Zepsuli i mieli majątki na ich ziemiach.

Tym człowiekiem, który przedłużył życie rodziców o kilka miesięcy, był niezawodny Piotr Żyżło-Żyźniewski, przyjaciel i pomocnik mamy. Ryzykując własne życie, zawiózł nas do Gór, do majątku rodziny ojca. Nawet się specjalnie nie bałem, miałem dziesięć lat, nie wyczuwałem grozy, napięcia. Wyjechaliśmy niespełna 20 kilometrów.

Pisze pan: „Tamten świat składał się z kręgów o takim promieniu, z odległości do przejechania jednego dnia ciężko wyładowanym wozem konnym albo do przejścia zimą piechotą. W takim kręgu rozgrywały się losy większości ludzi i rozchodziły wiadomości, zamykały się w nich namiętności i nadzieje".

– Gdyśmy uciekali, mama była tuż przed trzecim porodem. Irenka urodziła się w lipcu 1943 roku. Trzy miesiące po narodzinach mojej najmłodszej siostry zaczęła się tragedia.

Mama nie czuła się dobrze z tym, że jesteśmy na utrzymaniu rodziny. Chciała wybrać się do swojej przyjaciółki Aleny Zacharewicz, u której, uciekając z Dubowego, zostawiła wyprawki dla chłopca i dziewczynki oraz dużo kosztowności – między innymi pierścionki, bransolety, naszyjniki, świecznik z Ostrej Bramy, ruble, a także dokumenty. Potrzebowała tych rzeczy – dla Irenki, dla nas. Pięć osób zwaliło się stryjostwu na głowę, krowy się zacieliły i nie było mleka, siostrzyczkę karmiono rozgotowaną kaszą.

Wstała o świcie, nakarmiła Irenkę piersią. To ostatni widok Wiery, jaki przechowuję.

Powiedziała do starszej siostry Danusi, że wróci przed nocą, że idzie do Nur po rzeczy zostawione u Aleny. Wybiegła szybko, zanim cały dom się obudził.

Nie wróciła przed nocą, nie było jej następnego dnia. Myśleliśmy, że może otarła stopę, może zbłądziła. Ale trzeciego dnia przyszła wiadomość, że mamę pojmano i zamordowano. Że zrobili to nasi dawni sąsiedzi.

Miesiąc później przyszli po ojca. Niemcy spalili Dubowe, spalili także wieś Daużani, w której stacjonował Pilip Litwinowicz ze swoimi ludźmi, bandyci mieniący się partyzantami. Bo to oni mieli wykonać wyrok. Właśnie ten Pilip, który podkochiwał się w mojej matce.

Myślę, że ojciec spodziewał się, że go znajdą, ale nie mógł i nie chciał zostawić trójki dzieci bez osłony. Podobno, tak mówią niektórzy, gdy go zabierali, Wiera jeszcze żyła.

Jest jeszcze coś.

Poza konfliktem narodowościowym i klasowym był też zatarg z przeszłości, z czasów po powstaniu styczniowym.

Nazwa Daużani, wsi, w której przebywał Pilip, wzięła się podobno od słowa „dług", podobno jej mieszkańcy mieli wobec dworu w Dubowem zobowiązania przez dekady nieuregulowane. Były też grunty sporne i część ludzi, wśród nich bliscy Litwinowicza, tylko czekali okazji. Czyli poza wszystkim szło też o ziemię, kawałek gruntów.

W 1943 roku, w ciągu dwóch zaledwie miesięcy, zostaliście państwo – dwie siostry i pan – osieroceni. Przeżyliście wojnę, dzięki decyzjom podjętym na międzynarodowych konferencjach i przez nowe polskie władze, wyjechaliście do Polski. Tej w nowych granicach. Zaczęło się nowe życie. Ale pan myślał przez cały czas tylko o jednym.

– Długo się zbierałem do podróży do kraju dzieciństwa. 57 lat. Ale wiedziałem, że nie mogę odpuścić, bo przecież obecne władze białoruskie wszystkich tych partyzantów, takich jak Pilip, dziś wielbią.

Tego właśnie trzyma się Łukaszenka. On całą nową pamięć historyczną swojego narodu zbudował na zakłamaniu. Gdy odwiedziłem Białoruś w 2000 roku, by odnaleźć kogoś, kto mógł znać moich rodziców i szczegóły ich śmierci, odwiedziłem dom starców w Mołodecznie. Spotkałem tam Tanię, jedną z dyżurnych sióstr. Okazało się, że partyzanci zamordowali jej rodzinę. Dziadek nie chciał oddać jedynej krowy i wyjaśniał, że bez niej nie wykarmi sześciorga dzieci. Zastrzelili go, później żonę. Najmłodsze dziecko, chowającego się pod łóżkiem syna, dowódca wyciągnął i przekłuł finką. Matka Tani przeżyła tylko dzięki temu, że schowała się we wnęce chlebowego pieca, ale wszystko widziała, każdą kolejną śmierć. Gdy już chodziła do szkoły, Tania brała udział w obchodach Dnia Zwycięstwa.

Wśród bohaterów, notabli zawsze pojawiał się ten dowódca, ten, który zadźgał jej wujka.

To są bohaterowie Łukaszenki. Do dziś na Białorusi się o tych zbrodniach nie rozmawia. Najlepiej by się stało, gdyby odeszli wszyscy świadkowie, by rodziny katów i ofiar zapomniały.

Zresztą nie tylko władza państwowa milczy. Chciałem zawiesić tablicę w lokalnym kościele. „Przyjmij, Panie, do swojej chwały Albina i Weronikę z Turbaczy Szperkowiczów. Zamęczeni w 1943 roku przez Sowietów". Potem z ostatniego zdania zrezygnowałem i na taką wersję upamiętnienia zgodził się miejscowy ks. Nowak. Ale musiał jeszcze otrzymać zgodę od biskupa w Mińsku. I nie dostał, bo „Kościół nie będzie w te konfliktowe sprawy wchodził".

„Wrócę przed nocą" to zapis błądzenia – w czasie i przestrzeni. Puka pan od drzwi do drzwi, wyrywa słowa z ust tych, którzy jeszcze pamiętają, tych, którym opowiedziano, lub tych, których bliscy mieli ze śmiercią pańskich rodziców wiele wspólnego.

– Wiem, że mama szła przez wieś Badzienie i miejscowi to zauważyli. Zaczęli podawać sobie wiadomość, że Wiera szła w kierunku Dubowego. I to dotarło do Pilipa oraz jego pomocnika. Ale się nie spieszyli. Dokończyli śniadanie i dopiero wsiedli na konie.

Nie szła ścieżką dla wtajemniczonych, bo bała się najpewniej, że mogłaby naprowadzić ścigających ją na jej przyjaciółkę. Poszła więc inną drogą, dopadli ją, gdy wyszła z lasu na łąkę. Coś w rodzaju sądu odbyło się w domu Sołdacichy, matki Aleny, tej, która miała przechować oszczędności. Była tam też niedawna służąca z Dubowego, Fienia. Nikt nie chciał mamie pomóc, bo była pamieszczycą.

>> "Przewóz" Stasiuka: chleb, słonina, bimber, Polska w dużym skrócie. Oraz smród wszelakich rodzajów

Wiadomo, dlaczego Alena zdradziła?

– Figlowała z jednym z partyzantów. Przyłapał ją mąż. By ratować siebie, powiedziała, że została zgwałcona. To był wyrok śmierci na mężczyznę, z którym mieli się ku sobie. Błagał o życie, miał małe dzieci – rozstrzelali. I to ją mocno związało z tą bandą – odpowiedzialność za śmierć niewinnego człowieka. A że była łasa na błyskotki, pieniądze? Cóż by jej przyszło z bronienia Wiery?

W książce cytuję wypowiedź Mikecia Chichicza. On widział początek kaźni mamy na własne oczy.

Pisze pan: „Pilip ściął ją nahajką z nóg. Bił z konia. Potem zsiadł i bił znad głowy. Ten drugi trzymał konie. Odwrócił się. – A Wiera? – Powtarzała: Pilipku, kochanie, co ja ci w życiu złego zrobiłam?".

– Bił ją tak, jak człowiek zwierzęcia uderzyć nie potrafi. To też mi Mikecia powiedział.

Mamę przetrzymywano w sklepie matki Aleny. Nie chciano dać jej wody. W końcu – wbrew nakazom, gdy strażnik poszedł na obiad – zrobiła to jedna z bawiących się nieopodal dziewczynek. Ta dziewczynka była córką Aleny.

Wie pan sporo, ale nie wszystko. Nie zna pan chwili i miejsca śmierci rodziców, nie wie, czy faktycznie mama jeszcze żyła, gdy pojmano ojca. Nie zna pan miejsca pochówku. Spoczęli wspólnie czy osobno? Wiele pytań, panie Jerzy...

– O tym, że jeszcze żyła, powiedział mi niespodziewanie były enkawudzista, Władimir. Ale następnego dnia odwołał te słowa.

A i ja czegoś nie dopatrzyłem, zlekceważyłem jego propozycję pokazania z dokładnością do stu metrów miejsca, gdzie prawdopodobnie zakopano ciała Wiery i Albina.

Jeśli uda mi się tam jeszcze pojechać, to na pewno zapukam do każdej z chat. Już nie odpuszczę.

Bo przecież wciąż żyją tam tacy, którzy pamiętają Wierę i Albina.

– Tak. Ale mnie, panie Michale, przede wszystkim chodzi o to, żeby wszystko zostało nazwane. Po imieniu. Żeby zbrodnia się nie zatarła. Mogę to powtarzać do znudzenia. Wszystko musi być nazwane. Bo dla obecnych władz białoruskich i dla tych, którzy zabijali, to była wyłącznie sprawiedliwość dziejowa.

A mi się zdaje, że zamordowanie matki karmiącej trzymiesięczne dziecko oraz jej męża do tego scenariusza nie do końca pasuje...

Prezydent Białorusi woli mówić, że jego kraj to najbardziej poszkodowany przez Niemców teren w Europie. Że w czasie wojny zginęło w granicach dzisiejszej Białorusi 10 milionów ludzi.

Ja nie będę pouczał Białorusinów, co mają zrobić z własną historią. Chcę tylko, by to, co zakłamane i przemilczane, wybrzmiało.

W czasie pana podróży po Białorusi byli tacy, którzy chcieli powiedzieć, co się stało. Ale dali się zastraszyć.

– Kiedyśmy podróżowali po terenach mojego dzieciństwa, wokół naszego małego busa gromadzili się ludzie. Część brała nas za objazdowy sklep, inni chcieli dowiedzieć się, czego szukamy.

Pytałem, czy pamiętają Wierę i Albina Szperkowiczów. Zapadało kłopotliwe milczenie. Ktoś coś zaczynał mówić, padały krótkie słowa i natychmiast orientowałem się, że inni bardzo uważnie słuchają. Żeby tylko nikt nie powiedział za wiele.

Wciąż istnieje ta aprobata dla zabijania. Sąsiadów przez sąsiadów.

Emerytowana nauczycielka Maryja Paździor z wioski Starzynki II mówi panu wprost: „Nic nie powiem. Ludzie żądają opowieści, a kończy się kłopotami dla świadka historii".

– Ale jej syn próbuje jej wyjaśnić: – Nic ci nie grozi, można mówić. Tamte czasy minęły.

Cóż, wróciłem jednak od niej z niczym.

Pańska książka kończy się opowieścią o Irenie, tej, która miała trzy miesiące, gdy rodzice zostali zamordowani. Jej życie to dowód, że los potrafi płatać najbardziej nieprawdopodobne figle.

– Irena uciekła z komunistycznej Polski. Wyjechała do Austrii. Tam wyszła za mąż. Za – jak się okazało – jednego z fryzjerów Hitlera. Dowiedziała się przypadkiem, gdy z kolegami z dawnych czasów śpiewał wieczorami faszystowskie pieśni.

Myśli pan, że ktoś byłby w stanie wymyślić taki scenariusz?

I jest coś, co łączy Białoruś z Austrią. Ci i ci uważają się za największe ofiary wojny.

Chciałem na koniec zapytać, czy to, co wciąż nienazwane, wciąż przemilczane, można wybaczyć?

– Nie znam odpowiedzi. Wiem jedynie, że nie ma we mnie jakiejkolwiek żądzy zemsty. Jest cisza i wiara, że padną wszystkie potrzebne słowa, by zamknąć sprawę, z którą mocuję się przez całe życie. Bo czy kiedykolwiek jakąkolwiek krzywdę naprawiono krzywdą?

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.