Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Fundacja im. Kazimierza i Zofii Moczarskich oraz Dom Spotkań z Historią przyznają Nagrodę im. Kazimierza Moczarskiego dla najlepszej książki historycznej ubiegłego roku.
Na łamach „Wyborczej” prezentujemy książki dziesięciu tegorocznych finalistów dziewiątej edycji Nagrody. Laureata poznamy 8 grudnia. Szczegóły na Wyborcza.pl/moczarski.

„Stadion na peryferiach”
Maria Kurkowska-Budzan, Marcin Stasiak
wyd. Universitas

Miasteczko na Pomorzu Zachodnim, ukryte w lasach Pojezierza Drawskiego. Kilkanaście tysięcy mieszkańców, kilka zabytków, których nie zniszczyła wojna. Nazywa się Złocieniec, kiedyś Falkenburg.

W Złocieńcu jest klub o dumnej nazwie Olimp. Miał drużynę piłkarską, lekkoatletów i sekcję żagli. Pamiętam – bo ścigałem się wówczas na łódeczce klasy kadet – że chłopaki ze Złocieńca przyjeżdżały na regaty ogólnopolskie: nastoletnie gnojki rozumiejące wodę i wiatr. Wszyscy nosiliśmy dresy wypchane na kolanach i tyłkach, nieprzemakalny sztormiak był dobrem limitowanym, więc niby wszyscy byliśmy tacy sami. Lecz jednak nie, bo ci chłopcy ze Złocieńca, startujący w zawodach na Zalewie Zegrzyńskim pod Warszawą, w Zatoce Gdańskiej, we Władysławowie, jechali do tzw. wielkiego świata. Umieli znakomicie żeglować, ale nie widzieli ruchomych schodów. Tak się rozkładało równouprawnienie w PRL-u.

Żeby jakoś było

No bo co można było robić w Złocieńcu? Nic, jeśli nie postawiło się na sport. Do miast daleko. Do wykształcenia jeszcze dalej. Po co się trudzić, skoro dookoła widać i czuć, że bierna akceptacja zastanego wystarczy, żeby jakoś było. A że to jakoś marne i kiepskie? Takie życie.

Ale już nie dla tych chłopców, którzy przyjechali na regaty. Chcieli wygrywać i często wygrywali. Stawali się rywalami i kolegami rówieśników z Warszawy, Gdańska, Szczecina. Musieli, bo takie jest żeglarstwo, nauczyć się kilkudziesięciu angielskich słów. Zobaczyli rzeczywistość wykraczającą daleko poza Złocieniec.

A potem jechali w świat jako reprezentanci Polski. Okazywało się, że na wodzie mogą złoić skórę każdemu – niech będzie Holendrem, Niemcem, Anglikiem. Podobnie jak chłopcy ze Szkunera z miejscowości Myślibórz, z Eltermy ze Świebodzina, z Bazy w Mrągowie.

Sport uznany za elitarny trafiał pod strzechy. Gdyby nie kluby zaksięgowane pod wspólną nazwą Ludowe Zespoły Sportowe, ci chłopcy nigdy nie zobaczyliby Europy i Ameryki, nie mieliby szansy, by tak po ludzku poczuć się tak, jak na to zasługiwali. Doskonale wiem, komu przeszkadzał PRL i jak paskudne było to państwo. Nie rozumiem, dlaczego nie ma już takich klubów jak kiedyś.

Każdy chce się napić z miejscowym bohaterem

I tak czytałem „Stadion na peryferiach”, historyczną opowieść o wiejskich boiskach, salach gimnastycznych. O sporcie gdzieś na prowincji, który młodym ludziom dawał nadzieję, że można zrobić coś, co zawojuje Polskę.

„Oczywiście większość uprawiających sport młodych ludzi nie mogła liczyć na sukcesy. Zatrzymywali się zazwyczaj na jakimś etapie sportowej kariery. Niezależnie jednak, jaki poziom ostatecznie osiągali, jednym z elementów, które skłaniały ich do uprawiania wyczynowego sportu, była zawarta w nim szansa na osiągnięcie wyższego statusu. I niejeden z nich, dzięki własnej determinacji i wsparciu otoczenia, takiego awansu doświadczał”.

Co z tego, że najczęściej był to awans lokalny i nie zawsze kończył się happy endem, bo – by posłużyć się kalką – każdy chce się napić z miejscowym bohaterem, a bohater niekoniecznie umie uniknąć skutków picia. W zabagnionej realnym socjalizmem Polsce naprawdę tak było, że małomiasteczkowe i wiejskie kluby sportowe dawały nadzieję na awans. Młodzi ludzie, „wybierając sport – czy jako wyczyn, czy rekreację – stawali się w swoim środowisku przykładami bardziej »miejskiego«, bardziej »nowoczesnego” stylu życia”.

Sukces jednego pchał do góry całą społeczność. Do wsi mistrza przyjechała kronika filmowa. Jakiś dygnitarz postanowił zbudować boisko. W ten sposób o jakiejś wioszczynie czy zapyziałym miasteczku dowiedzieli się wszyscy święci oraz połowa sportowej Polski.

Zresztą tak kombinowano nie tylko w minionej epoce. Skąd się wziął pomysł PO na „orliki”, boiska dla młodzieży w każdej gminie, jeśli nie z poczucia, że kopanie futbolówki robi więcej dobrego niż złego? To również polityka, taka o jaśniejszej twarzy.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Nagroda Historyczna Moczarskiego 2017. Dziesięć nominowanych książek

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.