Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

ADAM LESZCZYŃSKI: Kiedy w 1920 r. Armia Czerwona szła na Warszawę, premier Wielkiej Brytanii chciał się dogadać z Leninem – i oddać mu Polskę. Napisał pan książkę o tym pomyśle. Nazwał go pan „pierwszą zdradą Zachodu”. Dlaczego zdradą? Wielka Brytania nie była wtedy naszym sojusznikiem, jak w 1939 r.

PROF. ANDRZEJ NOWAK: Zachodnie demokracje określiły się jako pewna wspólnota wartości na kongresie, który miał miejsce w Paryżu w 1919 r., popularnie zwanym kongresem wersalskim. Ten kongres miał zakończyć wszystkie wojny. Jego fundamenty ideowe stworzył prezydent USA Woodrow Wilson razem ze wspierającymi oficjalnie, mniej lub bardziej chętnie, prawo narodów do samostanowienia premierami Wielkiej Brytanii Lloydem George’em i Francji Georges’em Clemenceau.

Podstawą tego moralnego i politycznego ładu miała być zasada wolności, która jeśli nie przeważa w realnym świecie, to przynajmniej powinna równoważyć zasadę siły w stosunkach między narodami. Z zasady wolności wynikało prawo narodów do samookreślenia i do niepodległości. To zostało jasno powiedziane w Wersalu. Mówię o koalicji zachodniej, ponieważ, jak wiadomo, Rosja z niej wypadła po rewolucji bolszewickiej 1917 r. i była w tym momencie ogarnięta wojną domową. W 1920 r. Wielka Brytania zdradziła te zasady wobec bolszewickiej inwazji na Europę Środkowo-Wschodnią.

Wtedy się okazało, że liczy się tylko siła. Można to melancholijnie skwitować wzruszeniem ramion albo przypominać o zasadach Zachodu – żeby budzić coś w rodzaju wyrzutów sumienia. Nic więcej nie możemy. Możemy to nazwać zdradą wartości, które sam Zachód – jego zwycięskie mocarstwa – ogłosił po Wielkiej Wojnie.

Wielkie mocarstwa przez stulecia decydowały o losach małych krajów. Co w tym niezwykłego?

– Zaczyna się wtedy kształtować alternatywa wobec Zachodu – swoisty antyświat określony przez zasady rewolucji Lenina. Deklarowana wrogość i autentyczna przepaść wizji człowieka i społeczeństwa pomiędzy Zachodem i anty-Zachodem, czyli Rosją bolszewicką, była głębsza niż wcześniejsze podziały między mocarstwami, które oczywiście były codziennością europejskiej polityki od setek lat. Właśnie wobec rewolucji Lenina nabrał szczególnego znaczenia Zachód jako wspólnota wartości.

ROZMOWA Z PROF. ANDRZEJEM NOWAKIEM: CZY LENIN ZAWDZIĘCZA COŚ PIŁSUDSKIEGO?

Pisze pan o „pierwszej zdradzie”. Jakie były następne?

– Totalitaryzm, który ukształtował się w Rosji sowieckiej, nie był własnością jednego narodu, ale typem ustroju, który potem zatriumfował w Niemczech. To ofiarę niemieckiego totalitaryzmu, czyli Czechosłowację, Zachód zdradził w czasie konferencji w Monachium jesienią 1938 r.

Później konferencja w Jałcie w 1945 r. jest kolejnym symbolem zdrady Zachodu w stosunku do mniejszych krajów. Zostały one wtedy potraktowane jako wynagrodzenie dla Stalina za wysiłek wojenny.

Jakie były motywacje polityków Zachodu? Czy byli po prostu amoralnymi hipokrytami? Może mieli jakieś racje?

– Starałem się pokazać, że skłonność do zdrady własnych, deklarowanych ideałów nie jest cechą wybranej grupy – np. tylko polityków brytyjskich. Dlatego dodałem dwa końcowe rozdziały rozważające kwestię odpowiedzialności Polski, a zwłaszcza Józefa Piłsudskiego, wobec zarzutu zdrady sojuszników wschodnich w 1921 r. Chodzi o Ukraińców, ale i o białych Rosjan, którzy walczyli po polskiej stronie. Myśmy ich wtedy, w jakimś sensie, zdradzili, tak jak zdradzono nas później w Jałcie.

>>WIĘCEJ O NAGRODZIE MOCZARSKIEGO NA STRONIE WYBORCZA.PL/MOCZARSKI

Skłonność do zdrady to część natury ludzkiej. Bierze się ona z podatności na argument siły i strachu przed jej skutkami.

Brytyjscy politycy tego okresu wykształcili się w epoce, w której imperium brytyjskie było panią globu: „Rule, Britannia!”. Sądzili, że jako jedyni wiedzą, na czym polega mechanizm kontroli nad światem, i że w związku z tym mają prawo decydować o losie innych – inni do tego wyzwania nie dorośli. Wydawało im się, że patrząc z centrum globu, z elitarnych londyńskich klubów, w których zasiadali ludzie najbardziej doświadczeni, można powiedzieć, co będzie dobre dla Polaków, dla Rosjan czy Rumunów. Dla całego świata.

Może globalna władza daje taką perspektywę?

– To raczej arogancja: my to wiemy lepiej, bo rządzimy światem od półtora wieku i dźwigamy na sobie ciężar odpowiedzialności. Jeśli dopuścimy do głosu tych małych, słabszych, to mogą nam tylko popsuć odpowiedzialną pracę, bo nie wiedzą, co jest dla nich dobre. Był w tym pewien dość fałszywy patos.

Identyczna jest dzisiaj postawa części elit amerykańskich i zachodnioeuropejskich. Też mają protekcjonalny stosunek do tych niedojrzałych, głupszych, mniej odpowiedzialnych. W 1919 r. reprezentowały ją najbardziej wyraziście elity brytyjskie.

>>BEZ NICH CARAT NIE UPADŁBY - O KSIĄŻCE PROF. ANDRZEJA NOWAKA "OFIARY, IMPERIA I HISTORYCY"

Cytuje pan polityków brytyjskich, którzy właściwie uważali mieszkańców naszej części Europy za niższą rasę. Byli uprzedzeni?

– Trzeba pamiętać, że rasizm nie był wtedy niczym politycznie niepoprawnym. Można było sto lat temu używać języka rasistowskiego. Jan Smuts z Południowej Afryki mówił o Polakach jako „urodzonych niewolnikach”. W kulturze imperialnych elit nie było miejsca na zainteresowanie światem poza imperium, oprócz może rywalami tegoż imperium. Rosją można się więc było zainteresować – jako trochę dziką, ale jednak rywalką, ale o peryferiach Rosji nad Wisłą nie trzeba było nic wiedzieć.

Wiedzę na temat tych regionów czerpano w Londynie najczęściej przez pryzmat niemiecki. Niemców szanowano, choć byli to ci sami Niemcy, z którymi walczono tak zaciekle w czasie I wojny światowej. Niemcy coś wiedzieli o Europie Środkowo-Wschodniej, najczęściej to, że to jest gorsza Europa – w sam raz do podporządkowania niemieckim kulturalnym i ekonomicznym zarządcom. W Londynie przejmowano punkt widzenia niemieckich elit na nasz region, dodając do tego własną ignorancję oraz arogancję.

Niemcy byli wiarygodni? Uważano ich przecież za Hunów.

– Hun był dziki, ale wyprodukował Mozarta, Bacha, nowoczesny przemysł. Z perspektywy Londynu na wschód od Niemiec była prawdziwa dzicz – ludy, które nie wyprodukowały niczego ciekawego i nie stworzyły istotnej kultury.

Wtedy pojawia się w elitach zachodnich – najpierw we Francji – zalążek kultu kultury rosyjskiej. Celowo używam tego sformułowania. W końcu XX i w XXI wieku ten kult odgrywa tę samą rolę co przed stu laty poglądy na temat Niemiec. Wtedy myślano w Londynie, że źle się stało, iż Zachód spełnił oczekiwania barbarzyńców z Europy Wschodniej – z „tych krajów, o których nic nie wiemy”, jak później (w Monachium) powie premier brytyjski Neville Chamberlain. Może lepiej takiemu kulturalnemu, poważnemu narodowi jak Niemcy oddać te małe kraiki? W końcu XX wieku pod wpływem – podziwianej także przeze mnie – kultury rosyjskiej w części zachodnich elit odradza się przekonanie, że można ten teren oddać Rosji.

Prof. Perry Anderson, historyk z Uniwersytetu Kalifornijskiego, brat sławnego badacza nacjonalizmu Benedicta Andersona, napisał obszerny esej po przyjęciu krajów Europy Środkowo-Wschodniej do Unii Europejskiej w 2004 r., że to katastrofalny błąd, bo to odsuwa Rosję od Zachodu, a przecież te kraje razem wzięte – Polska, Czechy, Słowacja, Litwa, Węgry – niczego nie wniosły do kultury światowej w porównaniu z Rosją. Na jednej szali Dostojewski, Tołstoj, Czajkowski, a na drugiej nie wiadomo co. Nic.

Ten stereotyp łatwo ośmieszyć, ale on działa nadal na wyobraźnię części elit kulturalnych i społecznych Zachodu. Łatwiej oczywiście nauczyć się jednego języka, np. rosyjskiego, i poznać rosyjską kulturę, niż pięciu czy dziesięciu języków różnych narodów naszego trochę bardziej skomplikowanego regionu. Dlatego tak łatwo dziś powiedzieć o Ukraińcach: kraj bez tradycji państwowych, kultury, kraj faszystów i banderowców. Oddajmy ich Rosji, żeby przeszli dopiero twardą szkołę cywilizowania.

Czy Zachód traktuje Rosję w sposób uprzywilejowany?

– Sami Rosjanie tego tak nie widzą. Są ukształtowani w innej kulturze i tradycji, zgodnie z którą Rosja chce być albo polityczno-historycznym następcą Zachodu, albo jego drugim, równoważnym biegunem. Nie wystarczy dopuszczenie do koncertu mocarstw zachodnich, bo Rosja jest odpowiednikiem reszty świata, może być liderką całego anty-Zachodu, jeśli Zachód nie przyzna jej uprzywilejowanego miejsca. Wiem, że to brzmi absurdalnie w świetle dzisiejszego bilansu sił ekonomicznych, demograficznych, ale to postrzeganie kulturowe świata przez Rosjan jest bardzo głęboko zakorzenione.

>>PROF. ANDRZEJ NOWAK: WYBUDUJMY KOPIEC JANA PAWŁA II. SPOTKAŁBYM SIĘ PRZY ŁOPACIE Z KOD-OWCAMI

Używa pan słowa „zdrada” w książce naukowej. Pana książka jest moralitetem? Ostrzeżeniem przed kolejną zdradą?

– Każdy może ją odczytać, jak zechce. Wstęp do niej rzeczywiście jest tak napisany. Kolejne rozdziały były komponowane nie na zasadzie moralitetu, ale odczytania źródeł, w dużej części po raz pierwszy wprowadzonych do obiegu naukowego.

Wstęp umieszcza treść książki w kontekście współczesnych wydarzeń. Pisałem go w momencie najgłębszego kryzysu sprawy ukraińskiej: agresji na Krym i negocjacji, które groziły kolejnym ustępstwem wobec Rosji. Były one zresztą zdradą jak najdosłowniej rozumianą w świetle memorandum budapeszteńskiego z 1994 r., w którym Wielka Brytania i Stany Zjednoczone zagwarantowały Ukrainie integralność terytorialną w zamian za wyrzeczenie się broni nuklearnej. Jak wiadomo, dotąd nic nie zrobiły, żeby integralność terytorialną Ukrainy przywrócić. To oddziaływało na moją wyobraźnię, kiedy pisałem ten wstęp.

Wciąż wraca do nas to pytanie: co będzie dalej? Czy polityka neoimperialna – nas interesuje rosyjska, chociaż inne kraje mogą w tym miejscu mówić np. o amerykańskiej – może przekształcić nas w kolejną ofiarę? Bardzo bym tego nie chciał. Dlatego wstęp przenosi ten problem we współczesność albo inaczej: w wiecznotrwały problem natury ludzkiej i jej zmagania z pokusą moralnej kapitulacji przed siłą. Jeśli się komuś to nie podoba, może nie czytać wstępu, a w następnych rozdziałach znajdzie po prostu książkę historyczną.

*Prof. Andrzej Nowak – ur. w 1960 r., historyk, profesor zwyczajny UJ, kierownik pracowni Dziejów Rosji i ZSRR w Instytucie Historii PAN. Autor m.in. „Dziejów Polski”. Założyciel konserwatywnego czasopisma „Arcana”. W 2014 r. był wymieniany jako kandydat PiS-u na prezydenta. W 2015 r. wydał książkę „Pierwsza zdrada Zachodu. 1920 – zapomniany appeasement” (Wydawnictwo Literackie), która wczoraj otrzymała Nagrodę im. Moczarskiego

Partner Pro Bono

 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.