Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Fundacja im. Kazimierza i Zofii Moczarskich i Narodowe Centrum Kultury po raz ósmy przyznają Nagrodę im. Kazimierza Moczarskiego dla najlepszej książki historycznej ubiegłego roku. Laureata poznamy 9 grudnia. Na łamach „Wyborczej” prezentujemy kolejno książki dziesięciu finalistów.

Dziś "Pierwsza zdrada Zachodu. 1920 - zapomniany appeasement" Andrzej Nowak (Wydawnictwo Literackie).

„Zachód zdradził nas w Jałcie i teraz też zostawił nas samych” - słyszałem w dzieciństwie, które przypadło na czas stan wojennego.

Zachód zdradzał Polaków wielokrotnie. Napoleon Polski nie tylko nie odbudował po zaborach, ale wysłał polskich legionistów, żeby zabijali walczących o wolność afrykańskich niewolników na Haiti. W czasach powstania listopadowego i powstania styczniowego liczyliśmy na pomoc, a słyszeliśmy głównie ciepłe słowa. Fundamentalną zdradą Zachodu była jednak Jałta: pakt mocarstw zachodnich ze Stalinem, w którym oddali mu we władanie całą wschodnią i środkową Europę, z Polską włącznie. Podział wpływów - w procentach - zapisano ołówkiem na małej karteczce. Zachód dostał Grecję i Turcję, bo Anglikom zależało na utrzymaniu w swojej strefie Morza Śródziemnego. Stalin resztę.

Zachód zażyczył sobie, co prawda, wolnych wyborów w Polsce, ale nie było to realistyczne żądanie - z czego dyplomaci i szpiedzy Imperium Brytyjskiego oraz USA musieli zdawać sobie sprawę. Kiedy komuniści w lutym 1947 r. bezczelnie sfałszowali wybory, wcześniej mordując i zastraszając bez skrupułów działaczy legalnej opozycji z PSL, ograniczono się tylko do bezzębnych protestów.

Znakomity historyk Andrzej Nowak - wybitny specjalista od dziejów Rosji i Europy Wschodniej - napisał monumentalną książkę o jednym z najmniej znanych i najrzadziej pamiętanych epizodów w długiej historii kolejnych zdrad Zachodu. Latem 1920 r., u szczytu wojny odrodzonej Polski z bolszewicką Rosją o przetrwanie, rząd Imperium Brytyjskiego postanowił dogadać się z Leninem i Trockim w sprawie losów Europy Wschodniej. Zrobił to ponad głową Polski, która wydawała się wtedy przegrywać wojnę - Armia Czerwona stała właśnie u bram Warszawy - mówiąc przy tym, że robi to dla jej dobra.

>> Czytaj więcej o Nagrodzie Moczarskiego

Warunki, na które zgodzili się Brytyjczycy, były dla ówczesnych Polaków nie do przyjęcia. Zgodzili się oddać Rosjanom wszystkie terytoria na wschód od linii Curzona - w przybliżeniu odpowiadającej dzisiejszej wschodniej granicy Polski - oraz Galicję Wschodnią, która nigdy do Rosji wcześniej nie należała, ponieważ w czasie pierwszego zaboru w 1772 r. przywłaszczyli ją sobie Austriacy. Nowak pedantycznie rekonstruuje okoliczności wytyczenia linii Curzona - z którą, nawiasem mówiąc, arystokrata o tym nazwisku nie miał nic wspólnego. Polacy mieli też faktycznie zgodzić się na rozbrojenie tej części kraju, która by im potem została, oraz zgodzić się na jego sowietyzację.

Autor tego pomysłu, premier brytyjski Lloyd George, nigdy Polaków nie lubił, a nacjonalisty Romana Dmowskiego - który reprezentował Polskę na konferencji w Wersalu w 1919 r. - wprost nie znosił. Po upadku Warszawy planował zorganizowanie konferencji pokojowej w Londynie, na której sam pełniłby funkcję gospodarza, i razem z bolszewikami na nowo narysowanie mapy wschodniej Europy, zaspokajając rosyjskie ambicje.

„Chciałem tutaj przeanalizować rzeczywistą drogę polityczną, a także sposób rozumowania elity zachodniego mocarstwa prowadzące do owej pierwszej odsłony w historii appeasmentu” - pisze Nowak. Słowo „appeasment” użyte w tym kontekście jest oczywiście anachronizmem: zyskało ono sławę później, w 1938 r., kiedy Wielka Brytania i Francja oddały Hitlerowi Czechosłowację podczas konferencji w Monachium. Drobne i na pół zapomniane wydarzenie historyczne z przeszłości - propozycja Lloyda George’a z 1920 r. - staje się pretekstem do pokazania mechanizmów uniwersalnych, jak pisze Nowak,  „stosunków między wyobrażoną wspólnotą Zachodu a przeżywaną w rzeczywistości wspólnotą ofiar Monachium, Jałty oraz ich wcześniejszych i późniejszych wcieleń”.

Co zatem myślał Zachód? Ani Lloyd George, ani Neville Chamberlain, premier brytyjski, który w 1938 r. oddał Niemcom Czechosłowację, nie byli amoralnymi potworami. Byli przywódcami światowego imperium, które miało żywotne interesy na wszystkich kontynentach. Jak wielu ludzi w tamtej epoce, byli rasistami - nie cenili przesadnie ludów Europy Środkowej i wschodniej. Afrykaner Jan Christian Smuts, premier Związku Południowej Afryki i uczestnik konferencji w Wersalu, użył wobec Polaków słowa „kaffir”, które oznacza „czarnucha” i niesie ze sobą tak ponure konotacje, że w dzisiejszej Południowej Afryce jego używanie jest w sferze publicznej w praktyce zabronione. Polacy, Rumuni czy Węgrzy byli dla elit Paryża i Londynu równie odległymi ludami, jak Somalijczycy, Meksykanie czy Birmańczycy. Byli jednymi z wielu zacofanych, peryferyjnych nacji, na których terytoriach Wielka Brytania mogła prowadzić interesy.

O polskiej prowincjonalności i peryferyjności napisano w ostatnich latach wiele interesujących książek: jedną z najciekawszych była praca warszawskiego historyka Błażeja Brzostka o przedwojennych „Paryżach Wschodu” - Warszawie i Bukareszcie. Relacje podróżników z Zachodu, cytowanych przez Brzostka obficie, nie pozostawiały wątpliwości: z ich punktu widzenia była to niemal Azja, prymitywna dzicz, którą trzeba było przemierzyć w drodze do imperialnych stolic - Petersburga i Stambułu. Lokalne elity, polskie i rumuńskie, myślały o sobie jako o części Zachodu. Zachód w ogóle ich nie dostrzegał, a kiedy dostrzegał, były dla niego czymś wyraźnie obcym.

Tych dzikusów łatwo było sprzedać konkurencyjnemu imperium, żeby zapewnić stabilność systemowi światowemu. To jego stabilność zaprzątała przede wszystkim głowy polityków w Londynie. Uważali się za strażników światowego pokoju - i tym samym swoich imperialnych interesów. Uprawiali - w swoim mniemaniu - realpolitik. Rosja, nawet osłabiona i bolszewicka, była i zawsze będzie wielkim mocarstwem. Interesy Rosji i Zachodu przecinały się w niezliczonych miejscach - w Iranie, w Afganistanie, na Dalekim Wschodzie. Jeśli można było zaspokoić jej imperialne apetyty, oddając jej we władanie część małych narodów Środkowej Europy - które przecież i tak są prymitywne i z perspektywy Londynu trudne do odróżnienia od Rosjan - to można to było zrobić bez skrupułów. Więcej: tego wymagała logika działania męża stanu.

Pisze Nowak: „Z Zachodu widać lepiej, jak urządzić Wschód, bo Zachód to Cywilizacja i zarazem zdolność cywilizowania innych, a przynajmniej hamowania skłonności reszty (dzikiego) świata do popadania w stan chaosu”. Jest w tym, oczywiście, moralne oburzenie mieszkańca peryferiów na polityków ze światowego centrum, którzy nie czują wobec niego moralnych zobowiązań. Jest w tym także ostrzeżenie, jakże aktualne dzisiaj: skoro Zachód oddał Europę Wschodnią już tyle razy, dlaczego nie miałby zrobić tego ponownie? To przesłanie w obliczu odradzających się imperialnych ambicji putinowskiej Rosji brzmi szczególnie złowróżbnie.

Partner Pro Bono

 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.