Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Reportaż "Płuczki" Pawła P. Reszki znalazł się w finale Nagrody Literackiej "Nike" 2020. Więcej o nagrodzie na końcu tekstu i na stronie wyborcza.pl/nike

Wszystko o Nagrodzie Literackiej "Nike"

Z Pawłem P. Reszką, reporterem nominowanym do Nagrody Literackiej "Nike", rozmawia Michał Nogaś

Michał Nogaś: Płuczki to...?

Paweł P. Reszka: Mówiąc wprost - były to wykopane po wojnie na bagnach i wypełnione wodą doły w okolicach obozu zagłady w Sobiborze. Miejscowi i przyjezdni wykorzystywali je do przepłukiwania kości ofiar, by łatwiej móc dostrzec złoto. Potem kości rzucano obok i w ten sposób, jak wynika z akt, do których udało mi się dotrzeć, na początku lat 60. powstała tam wielka góra fragmentów ludzkich szkieletów.

O tej sprawie pierwszy raz usłyszałem mniej więcej 15 lat temu od nieżyjącego już Roberta Kuwałka, pierwszego kierownika Miejsca Pamięci na terenie obozu zagłady w Bełżcu. Pisałem wtedy reportaż o ludziach, którzy ratowali Żydów i bali się do tego przyznać, by nie zostać posądzonymi przez sąsiadów, że robili to wyłącznie z pobudek materialnych. Nie chciałem dać wiary, że można było się wstydzić tego, że ocaliło się czyjeś życie...

Kuwałek powiedział mi wtedy: "Nie wiem, czy wiesz, w okolicach Bełżca przez wiele lat po wojnie przekopywano obóz zagłady, w którym zginęło ponad czterysta tysięcy osób. Robili to miejscowi i ludzie specjalnie w tym celu przyjeżdżający".

Wydało mi się to niemożliwe. Mieszkać w okolicach obozów zagłady, słyszeć krzyki ludzi, widzieć pociągi, którymi wieziono ich na śmierć, czuć zapach spalonych zwłok, a potem, gdy już było można, gdy nikt nie pilnował, wykopywać je, płukać, przeczesywać?

W 2008 roku ukazał się reportaż Piotra Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego dotyczący analogicznej sytuacji w Treblince, nieco później - książka Jana Tomasza Grossa. Pomyślałem więc, że nie będę się spieszył, odłożyłem ten temat na bok, nie byłem przekonany, że uda mi się powiedzieć coś więcej.

Ale kilka lat temu w okolicach Bełżca zbierałem materiał do jednego z wielu reportaży i lokalny urzędnik pochodzący z tamtych terenów zagaił: "A może by się pan zajął tematem rozkopywaczy? Bo jakoś to się tak po wojnie rozpłynęło, nikt nie poczuwa się do winy, jakby nie było tematu".

I powiedział jeszcze: "A przecież rafa była w użyciu przez wiele lat".

Rafa?

- Zupełnie nie wiedziałem, o co może chodzić. Dopiero później zrozumiałem, że to określenie sita używanego do przeszukiwania popiołów. To był impuls, zdecydowałem, że jednak zajmę się tymi, którzy szukali złota w zwłokach ofiar Zagłady.

Chciałem się dowiedzieć, co dziś myśli człowiek, który chodził kopać, co myśli o tym rodzina. Czy jest im wstyd? Czy uważają to za coś złego? Jak teraz się do tego odnoszą?

By nikt nie zarzucił ci, że zajmujesz się tematem wyssanym z palca, przeczytałeś setki dokumentów.

- Tak, by nie doszło do sytuacji, w której ktoś powiedziałby mi: "A cóż pan tam może wiedzieć...".

Włożyłem bardzo dużo wysiłku w to, by znaleźć dokumenty na temat sprawy, o której wiele lat temu wspominał Kuwałek. Dotarłem do akt sądowych z przełomu lat 50. i 60., w których można na przykład zobaczyć i przeczytać o tysiąc pięciuset metrach rozkopanego obozu w Bełżcu, gdzie są fotografie płuczek i sit. Znalazłem zapisy wizji lokalnych przeprowadzonych przez prokuraturę, teksty prasowe opisujące proceder. Zrozumiałem, że mnie nie okłamano, płuczki i szukanie złota wśród zwłok ofiar Zagłady naprawdę miały miejsce.

'Płuczki', Paweł Piotr Reszka, Agora, Warszawa'Płuczki', Paweł Piotr Reszka, Agora, Warszawa Fot. Materiały wydawnictwa; Jakub Orzechowski/AG

Okazało się też, że wbrew temu, co mówiono przez lata, skala procederu była bardzo duża. Z relacji jednego z kopaczy zatrzymanego na początku 1960 r. wynika, że kiedy przyjechał do Sobiboru szukać złota, na miejscu pracowało czterdzieści osób, w dużej mierze z leżącej obok wsi Żłobek. Milicja robiła obławy, aresztowała ich. To byli ojcowie rodzin, ludzie, którzy wcześniej nie mieli konfliktu z prawem i którzy uznali, że skoro nikt nie pilnuje, to wolno iść do obozu zagłady i wykopywać zwłoki.

Nie było to zjawisko chwilowe, teren Sobiboru był na przykład rozkopywany jeszcze w połowie lat 80. Wciąż pojawiały się nowe doły. 35 lat po wojnie.

Ktoś przed tobą sięgał po te dokumenty?

- Nie. Akta, które udostępnił Instytut Pamięci Narodowej, wyposażone są w specjalny protokół, należy w nim wpisać swoje imię i nazwisko. Poza archiwistami, którzy przygotowywali dla mnie te dokumenty, nikt do nich nie zaglądał.

Przeczytałeś i ruszyłeś w teren.

- Byłem przekonany, że będzie ciężko, że ci, którzy pamiętają lub brali udział w tym procederze, nie będą w ogóle chcieli rozmawiać. Początkowo w Bełżcu nie szło mi najlepiej, ale w końcu trafiłem do domu, w którym mieszkał starszy pan wraz z córką. Gdy powiedziałem, nad czym pracuję, kogo szukam, powiedziała: - Dobrze, że pan jest, bo tata się nudzi, a ja mam pracę. On chętnie panu opowie o swoich wspomnieniach z młodości.

I zaczął. O tym, jak chodzili do Sobiboru, jak kopali dół, jak go konstruowali, by się nie zawalił, bo ziemia jest tam mocno piaszczysta. Opowiedział o tym, jak poznał tam żonę, która zaimponowała mu tym, że ukradła - i to jest właściwe słowo w tym kontekście - złote zęby, które znalazł inny kopacz, i uciekła z nimi. Ta jej życiowa obrotność zrobiła na nim wrażenie i to był początek związku. Przyznał też, że znalazł wśród zwłok ofiar pierścionek, który jej podarował. Gdy wróciłem do tego domu następnego dnia, do rozmowy włączyła się córka. Myślałem, że będzie zażenowana opowieściami ojca. Ale nie, ona powiedziała mi, że tata cały czas o tym kopaniu opowiada i że pamięta, jak mama wspominała swoją ucieczkę ze złotymi zębami, które wyrwała innemu kopaczowi.

Dałeś radę tego na spokojnie wysłuchać?

- Słuchałem i zadawałem proste pytania: czy to było dobre, co robiliście? Nie wchodziłem w dyskusje, chciałem poznać opowieść, nie oceniać czy przekonywać do czegokolwiek. Ale był moment, w którym pomyślałem, że nie dam rady.

Kiedy?

- Ten mężczyzna powiedział, że pewnego razu ciocia miała dobry dzień. Tak właśnie się wyraził - dobry dzień.

W Bełżcu zdarzało się, że - oprócz prochów - wykopywano całe ciała, których Niemcy nie zdążyli spalić. Znaleziono zwłoki kobiety i wspomniana ciotka zauważyła, że coś wystaje spomiędzy jej nóg. Okazało się, że to prezerwatywa umieszczona w jednym z otworów ciała, a w niej znajdowały się dolary. Wzięła je, była przeszczęśliwa. Inni podśmiewali się, że w takim miejscu je znalazła, a dla mojego rozmówcy to była dobra anegdota.

A potem we wsi obok dowiedziałem się od pewnego człowieka, czym była rąbanka.

...?

- Wykopane z ziemi ciała rąbano łopatami choćby po to, by dostać się do szczęki. Odcinano głowę na przykład. Widział to na własne oczy. W kolejnym domu mi to potwierdzono.

Dopiero później, po wysłuchaniu wielu podobnych opowieści, po zadaniu tego samego pytania, dotarło do mnie, że dla tych ludzi to, co robili i czego byli świadkami, było neutralne moralnie. Oni nie widzieli ludzi w ofiarach Bełżca. Być może dlatego, że ci, którzy mieszkali w okolicach obozów zagłady, widzieli na własne oczy, jak krok po kroku dehumanizowano ich sąsiadów. To, że szewc najpierw stracił sklep, potem wraz z rodziną pędzono go do obozu, potem docierał do nich krzyk innych ludzi pędzonych do komór gazowych, patrzyli na słup dymu. To wszystko trwało. Jeśli więc pomnożymy to przez 400 tysięcy, bo przynajmniej 430 tysięcy osób zginęło w Bełżcu, być może uzyskamy odpowiedź na pytanie, dlaczego dziś ci ludzie mówią o tym w sposób absolutnie beznamiętny. Usłyszałem: "To były ludzie, ale nieżywe".

A co robił w tej sytuacji Kościół? Gdy kopacze szli szukać złota wśród popiołów i ciał ofiar Zagłady?

- Dobre pytanie. Z tego, czego udało mi się dowiedzieć - nic lub prawie nic. W Sobiborze kaplica stoi kilkaset metrów od obozu trzeciego, w okolicach którego kopano najczęściej. Ludzie, którzy co tydzień szli się modlić, mijali płuczki, musieli czuli smród odsłoniętych dołów. Przypuszczam, że ksiądz również. Nie ma żadnych materialnych dowodów na to, że w Sobiborze Kościół w jakikolwiek sposób starał się uczulić wiernych, powiedzieć im, że to, co robią, jest złe. Na pewno ktoś by to zapamiętał.

Reakcje się oczywiście zdarzały. Na przykład w Bełżcu jeden z wiernych powiedział mi, że pamięta księdza, który kilkakrotnie mówił, że nie wolno chodzić na teren obozu, bo tam jest cmentarz. Zwracał się do wiernych prostym, zrozumiałym językiem. Mówił: "Tego nie wolno robić".

Wiem, że w Bełżcu nie kopano w niedziele.

Dzień święty.

- Niedziela jest po to, by odpocząć. Wtedy się nie pracuje.

Dziś panuje tam już spokój? Ziemia w okolicach obozów w Sobiborze czy Bełżcu nikogo nie kusi?

- Nie można już mówić o przypadkach masowego kopania. Ale jeden z urzędników, którego cytuję w książce, mówi, że jeszcze do niedawna w okolicy Bełżca widywał doły. Bo to pożydowskie złoto wciąż rozgrzewa wyobraźnię niejednego.

Nie bałeś się tego, że twoja książka rozjuszy tych, którzy nie chcą usłyszeć prawdy? Ktoś może ci zarzucić szkalowanie...

- Kogo?

Polaków.

- "Płuczki" nie są opowieścią o narodzie. Napisałem o konkretnych osobach w konkretnych sytuacjach i w konkretnych miejscu. A o tym trzeba rozmawiać.

Paweł Piotr Reszka (ur. w 1977 r.) - dziennikarz i reportażysta, z wykształcenia historyk. Laureat 7. edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki za książkę "Diabeł i tabliczka czekolady". Za "Płuczki. Poszukiwaczy żydowskiego złota" nominowany jest nie tylko do Nike. Znalazł się w finale Nagrody Literackiej "Gdynia", Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego oraz Literackiej Nagrody Europy Środkowej "Angelus". Przez lata w lubelskiej redakcji "Wyborczej", dziś w "Dużym Formacie"

Oprócz książki Pawła Piotra Reszki w finale Nike są także: powieści "Baśń o wężowym sercu. Wtóre słowo o Jakóbie Szeli" Radka Raka i "Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek" Filipa Zawady, biografia "Jaremianka" Agnieszki Daukszy oraz eseje "Kiedy wybuchnie wojna. 1938, studium kryzysu" Piotra M. Majewskiego i "Pusty las" Moniki Sznajderman. Zwycięski w ostatnich latach gatunek non-fiction, poza Reszką, reprezentuje Joanna Gierak-Onoszko pozycją "27 śmierci Toby'ego Obeda".

Tego, kto zostanie 24. laureatem Nike, dowiemy się 4 października.

Swoją nagrodę przyznają także czytelnicy. O tym, który finalista bądź finalistka dostanie w tym roku Nike Czytelników, można zdecydować, głosując na stronie Wyborcza.pl/nike lub na końcu tego tekstu. Po oddaniu głosu można wziąć udział w konkursie na najlepszą recenzję jednej z nominowanych książek. Nagrodą jest turystyczny voucher o wartości 5 tys. zł.

<<Reklama>> Książki autora dostępne są w formie e-booków w Publio.pl >>

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.