Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Anna S. Dębowska: Podobno nakrzyczałaś na premiera Mateusza Morawieckiego.

Jana Shostak: Raczej krzyczałam w jego kierunku, kiedy szedł Krakowskim Przedmieściem po spotkaniu ze Swietłaną Cichanouską. Chciałam przedstawić mu oburzającą sytuację na granicy polsko-białoruskiej - osoby z wizą turystyczną są zawracane z powrotem do Białorusi. Próbowałam uświadomić to panu premierowi.

Widać uznano mój głos za ważny, bo później podszedł do mnie pan Michał Dworczyk, szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Zapewnił, że wyszło już odpowiednie rozporządzenie, aby białoruscy obywatele z wizą turystyczną do Polski mogli legalnie przekroczyć granicę. Odpowiedziałam, że znam kilka takich przypadków z ostatnich dni, kiedy stało się wprost przeciwnie, więc widać treść rozporządzenia nie dotarła do wszystkich jednostek. 

Bałagan?

- Dwa dni potem późnym wieczorem otrzymałam telefon z podziękowaniami od pana Dworczyka i ze słowami: "Tak, miała pani rację. Rozporządzenie zostanie wprowadzone w połowie przyszłego tygodnia. Dziękuję za pomoc i dosłowne dokrzyczenie się do nas". 

Dopiero teraz.

- To skandal, że od miesiąca nikt nie interesował się tą sprawą mimo moich zgłoszeń i maili. Zwróciłam się m.in. do prezesa lewicowej Wiosny Roberta Biedronia. Rozczarowujące, ale - jak widać - nie poddałam się w walce o ważną sprawę.

Jeżeli przyjrzeć się bliżej tej sytuacji, to można było dostrzec jedno „ale” w pomocy dla Białorusi. Rząd polski deklarował pomoc finansową dla tych, którzy przyjadą, ale okazało się, że dotyczy to tylko Białorusinów polskiego pochodzenia. Na podstawie Karty Polaka otrzymujesz wizę krajową albo masz czasowy lub stały pobyt. Jeżeli natomiast masz wizę turystyczną, nie wpuszczą cię do Polski. Chyba że deklarujesz się politycznym uciekinierem albo ubiegasz się o wizę humanitarną. Większość ludzi tego nie chce, bo jest to zwykle bilet w jedną stronę. 

Byłaś świadkiem protestów w Białorusi? 

- Pojechałam do rodzinnego Grodna w sierpniu, żeby pierwszy raz oddać głos w moim kraju. Wciąż mam białoruskie obywatelstwo. Towarzyszył mi Jakub Jasiukiewicz, z którym robimy film dokumentalny. Pojechaliśmy z optymizmem i nadzieją, ale też poczuciem realności, wiedząc, że ten człowiek, Łukaszenka, nie odda władzy tak po prostu.   

Jeszcze przed wyjazdem słyszałam pogłoski, że mogą odciąć internet. Nie bardzo w to wierzyłam. Już za długo mieszkam w Polsce, często zapominam, jak naprawdę wygląda sytuacja w moim rodzinnym kraju - że jest KGB i OMON. Władza może odciąć obywateli i obywatelki od kontaktu ze światem zewnętrznym. Łamane są prawa człowieka. 

Jana ShostakJana Shostak Jakub Jasiukiewicz

Nie spodziewaliśmy się takiej skali przemocy. Byliśmy w permanentnym stanie apokalipsy. Już 9 sierpnia zaczęły się manifestacje, ludzie wyszli na protest, milicja zaczęła łapać, również przypadkowe osoby. To był dla nas wstrząs. Jeden chłopak zginął od razu, gdy szedł przez park do swojej dziewczyny. Matka dostała wiadomość od niego, że jest w milicyjnym samochodzie. Potem już nie było z nim kontaktu. Po trzech dniach milicja zadzwoniła do niej, że syn nie żyje, ciała nie pokażą.

Kiedy odłączono internet, poszliśmy do kawiarni, w której się dowiedzieliśmy, że istnieje aplikacja Psiphon odblokowująca do niego dostęp. Pobraliśmy ją przez wi-fi kawiarni, ale trudno było załadować informacyjne media, w tym Wyborcza.pl.

Skąd mieliście informacje o tym, co się dzieje dookoła? 

- Głównie przez komunikator Telegram. Dla tych, co nie słyszeli, Telegram to komunikator internetowy połączony z czytnikiem kanałów informacyjnych. Ludzie informują się np., od której strony nadchodzi OMON i dokąd uciekać.

Głównie Nexta prowadzona przez youtubera Sciapana Puciłę była takim kanałem, taśmą relacji z całej Białorusi. Do niego i jego współpracowników przychodzi tysiąc wiadomości na godzinę - z małych wsi, dużych miast. To ludzie tworzą wiadomości, robią zdjęcia, nagrywają zdarzenia i wysyłają na ten portal. 

Wzorowa solidarność łączy Białorusinki i Białorusinów.

- Nam potrzeba takiej inicjatywy społecznej, Białoruś jest strasznie scentralizowana. Większość jest państwowa. Dopiero niedawno w Grodnie powstało kilka niezależnych prywatnych kawiarni, władze pozwoliły, bo uznały, że to się opłaca, skoro do nadgranicznego Grodna przyjeżdżało wiele osób z Polski.

Na Białorusi na pytanie, czego chcemy, odpowiadamy – wolności. Tak mało i tak dużo zarazem.

Chcesz, aby 1 października, w dniu otwarcia roku akademickiego, polskie uczelnie wyraziły solidarność z białoruskimi szkołami. Jak miałoby to wyglądać?

- 1 września rozpoczął się w Białorusi rok akademicki. Studenci i studentki wyszli na ulice Mińska i domagali się uczciwych wyborów. Były aresztowania. Dzień później rektor Państwowego Uniwersytetu Lingwistycznego wydał zgodę, aby OMON wszedł na teren uczelni, gdzie studenci zaczęli śpiewać „Mury”. Jedną osobę OMON chciał zabrać z tłumu, ale reszta ją odbiła. Kilkadziesiąt osób zatrzymano. To straszne. 

Bardzo chcę namówić władze polskich uniwersytetów, aby 1 października wyraziły swoją solidarność dla Białorusi. Tą akcją zainteresowała się m.in. rektorka łódzkiej Filmówki Milenia Fiedler oraz uniwersytety z Wrocławia i Katowic. Mam nadzieję, że to się uda poszerzyć na inne uczelnie również.

Pomyślałam, że skoro Unia Europejska nie może nic dla Białorusi zrobić politycznie, zamrozić stosunków ekonomicznych z Rosją, to może zwykli ludzie mogliby okazać to, że są z nami.

W jaki sposób? 

- Choćby nosząc na co dzień maski lub koszulki w biało-czerwono-białych barwach lub z napisami wspierającymi mój kraj.

Nosisz taką maskę i koszulkę. W Białorusi byś w niej nie wyszła?

- Aż taka odważna nie jestem. Tam można za byle co zostać wyrwanym z tłumu, zatrzymanym i wsadzonym do samochodu milicyjnego. Nawet za białą wstążkę na ręku. Tego lata biały kolor stał się polityczny i samo chodzenie w białej koszuli jest wyrazem politycznego opowiedzenia się. Nie można swobodnie spacerować po mieście. Zawsze znajdzie się jakiś krępy, muskularny facet, o którym myślisz, że jest z OMON-u i zaraz cię zatrzyma.

Przepraszam, jeśli mówię chaotycznie, ale jest we mnie taki chaos jak w Białorusi i jak w każdym Białorusinie i Białorusince. Wcześniej był w nas strach, ale teraz ludzie z nim walczą. I wpadają w chaos.

Jak przekraczasz granicę strachu, jesteś szczęśliwa i masz w sercu wielkie pokłady euforii, wiary i nadziei, a dookoła siebie solidarność z innymi ludźmi. A zaraz potem widzisz, jak przed twoimi oczami zabierają kogoś - po prostu podjeżdża samochód, wysiadają mężczyźni i wyrywają osoby z tłumu. Po czym znów wpadasz w tę panikę i strach, że możesz być tą następną zatrzymaną

Masz łzy w oczach. 

- Przejmuję się tym wszystkim. Ale nigdy nie byłam tak dumna z posiadania białoruskiego paszportu jak teraz.

Jak długo mieszkasz w Polsce?

- Od 10 lat, a przyjechałam tutaj jako 17-latka. Całe moje świadome życie spędziłam w Polsce. Mam kartę stałego pobytu, staram się o polskie obywatelstwo. W Grodnie zostali moi rodzice i 15-letni brat. Dwa lata temu ubiegaliśmy się całą rodziną o polskie obywatelstwo na podstawie Karty Polaka, ale pan prezydent Andrzej Duda odmówił bez podania powodu.

Masz polskich przodków?

- Grodno i zachodnia część Białorusi należały przed wojną do Polski. Przez to, że tutaj nadal jest lepiej niż na Białorusi, dużo osób kultywuje swe polskie korzenie. 

Moja babcia mówiła po polsku i białorusku. Od niej nauczyłam się polszczyzny, ale jeszcze bardziej pomógł mi w tym Kościół katolicki. 

Feministka to mówi?

- Tak, Kościół odegrał pozytywną rolę w moim życiu. Był przestrzenią wolności i - dla mnie - swoistym domem kultury. Kościelne świetlice były jedynym miejscem spotkań z różnymi ludźmi. Przez Kościół można było szybciej załatwić wizę do Polski, zobaczyć inną rzeczywistość. 

Kojarzył mi się z oporem wobec komunistów, z polską „Solidarnością”. 

Znałam też księży, którzy nie bali się wypowiadać krytycznie o panującym reżimie. 

A teraz czujesz się katoliczką? Praktykujesz?

- Już nie. Polski katolicyzm mnie bardzo mocno rozczarował. Jak to jest, że Kościół katolicki ma udziały w sieci sklepów Żabka? Dla mnie to jest totalnie niezrozumiałe. Zaczęłam myśleć, że to akurat jest plus dyktatury - że religia, przynajmniej katolicka, jest oddzielona od państwa i niewspierana finansowo przez rząd. To sprawia, że nasz Kościół katolicki jest skromny. 

Na początku protestów kler był ostrożny i nie występował otwarcie przeciwko Łukaszence. Moi znajomi, którzy organizowali pokojową akcję pt. „Katolik nie falsyfikuje” przed wyborami, otrzymali tylko kilka głosów wsparcia.

Wszystko się zmieniło, gdy w połowie sierpnia wsadzono do więzienia dwóch księży za udział w protestach. 31 sierpnia nie wpuszczono do Białorusi arcybiskupa Tadeusza Kondrusiewicza, głowy białoruskiego Kościoła katolickiego.

W piątek 4 września odbyła się msza protest w Mińsku, na którą zaproszono ludzi innych wyznań, ale też ateistów. Taki Kościół szanuję.

Posługujesz się nowoczesną polszczyzną, stosujesz feminatywy, żeńskie końcówki. To prawda, że dwa razy upomniałaś wiceministrę kultury Wandę Zwinogrodzką, że ich nie używa?

- Próbowałam zapytać panią Zwinogrodzką, jak jej idzie z feminatywami, na Biennale Sztuki w Wenecji, ale się uchyliła. Poprosiłam ją o ich używanie, odbierając na Zamku Królewskim z jej rąk stypendium naukowe Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Skąpo się uśmiechnęła. Widać, jak polscy politycy i polityczki boją się cokolwiek mówić od siebie. 

Wanda Zwinogrodzka jest konserwatystką. 

- Ale mnie uderza to, że kobiety tak mówią. Na rozdaniu stypendiów większość osób na sali to były kobiety, wręczała je kobieta, ale i tak cały czas była mowa o stypendystach, a nie stypendystkach. Poprosiłam więc panią wiceministrę o autopoprawkę. Jeśli ktoś szanuje kobiety, to podstawą jest używanie w mowie potocznej feminatywów. One zresztą były obecne w polszczyźnie, zarówno w dwudziestoleciu międzywojennym, jak i po wojnie. Ale potem z niejasnych powodów zniknęły.

Marzę o feministycznej krucjacie, chcę napisać apel do rektorek polskich uczelni o używanie feminatywów. Czuję siostrzaną duszę w nowo wybranej rektorce Akademii Sztuki w Szczecinie, pani Mirosławie Jarmołowicz, która wpisała do statutu uczelni żeńskie końcówki funkcji naukowych jako równoprawne z męskimi. 

Co cię sprowadziło do Polski?

- Edukacja. Miałam 11 lat, kiedy pierwszy raz byłam na wycieczce z kolonią w Krakowie. Gdy zobaczyłam budynek Akademii Sztuk Pięknych, powiedziałam: „Tutaj będę studiować”. 

I faktycznie?

- Tak, w 2013 roku zrobiłam licencjat na Wydziale Intermediów krakowskiej ASP. Miałam zajęcia z rysunku i malarstwa, fotografii i wideo, z działań performatywnych. Moją początkową motywacją było marzenie o robieniu reklam społecznie zaangażowanych - uważam, że w ten sposób można coś poruszyć w ludziach.

Pamiętam, jak kiedyś obejrzałam w państwowej telewizji białoruskiej relację z festiwalu Cannes Lions, gdzie takie reklamy pokazuje się w konkursie. Nasza telewizja, która rzadko pokazuje materiały z zagranicy, wyemitowała kilka nagrodzonych prac, które mną poruszyły. Zmotywowały do bycia lepszą osobą. Dlatego marzyłam o tworzeniu podobnych prac i tak wylądowałam w świecie sztuki współczesnej.

Udało ci się zrobić taki materiał?

- Mam wielką satysfakcję z mojej pracy dyplomowej, którą obroniłam pod kierunkiem Mirosława Bałki w jego Pracowni Działań Przestrzennych na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Praca nosiła tytuł „nowak/nowaczka/nowacy”. Zebrałam grupę osób i wspólnie wymyśliliśmy zastępcze słowo na negatywnie nacechowane „uchodźca”. Sama też poniekąd jestem „nowaczką”.

Obroniłam ten dyplom w centrum handlowym Złote Tarasy w Warszawie. Dogadałam się ze sklepem Saturn, który udostępnił mi na kilka godzin wszystkie swoje monitory i w ten sposób zamieniłam sklep w wystawę. 

Nowaków?

- Pokazałam udział w programie „Słownik polsko-polski”, gdzie konsultowałam pomysł z prof. Janem Miodkiem oraz zarejestrowaną na wideo rozmowę z 13 osobami: filologami, esperantystkami, poetami, artystami, wolontariuszkami oraz "nowakami" z Ukrainy, Konga i Nigerii. Pokazałam też, jak do nich dotarłam i jak próbowałam znaleźć dla nich pomoc. Bardzo trudno im uzyskać w Polsce pobyt stały, niektórzy przebywają w kraju nielegalnie.

Czasem mogą liczyć na pomoc?

- Jeśli nie ze strony państwa polskiego, to ze strony polskich obywateli, którzy robią to zupełnie prywatnie. Znam parę Syryjczyków, która dzięki takiej pomocy, polegającej na przedzieraniu się przez gąszcz biurokracji, może już oficjalnie mieszkać w Polsce. Takie działania bezpośredniej pomocy na mikroskalę wydają mi się obecnie bardzo istotne. 

Do czego dążysz?

- Chciałabym symbolicznie stać się wnuczką Andy’ego Warhola i spowodować, aby sztuka była w świadomości nie tylko jednego procentu osób chodzących do galerii sztuki. Powinna zmieniać ludzi na lepsze, choćby niewielu. 

Jak pewnie wiesz, sztuka pośrednio przyczyniła się do wybuchu pokojowych protestów. Chodzi mi o aresztowanie opozycjonisty Wiktara Babaryki i jego kolekcji dzieł sztuki. Babaryka był dyrektorem Biełgazprombanku i w tym czasie sprowadzał do Mińska obrazy związane z artystami z terenów Białorusi. Kupił m.in. Marca Chagalla i Chaima Soutine’a, w tym jego portret zatytułowany „Ewa”.

Wsadzono go do więzienia pod pretekstem, że sfałszował wartość obrazu, za który zapłacił blisko dwa miliony dolarów. Ale tak naprawdę Łukaszenka chciał się pozbyć rywala - Babaryka w wyborach prezydenckich mógł liczyć na szerokie poparcie. Ludzie jeszcze przed wyborami protestowali masowo w jego obronie. A „Ewa” Soutine’a stała się przez to symbolem naszej rewolucji, a może raczej ewolucji - od Ewy. Zaczęto ją popkulturowo przerabiać na plakatach i koszulkach: Ewa otoczona OMON-em, Ewa pokazująca trzeci palec.

Ale jest też archiwum plakatów na stronie cultprotest.me, w którym dodaje się propozycje plakatów do swobodnego użycia na zasadzie licencji creative commons. Powstają w czasie protestów. To dodaje otuchy i motywacji do działania.

Dlaczego mówisz o ewolucji? To, co się teraz u was dzieje, nie jest rewolucją?

- Potrzeba dużo czasu, aby nastąpiły u nas zmiany w kierunku demokracji. Sytuacja międzynarodowa nam nie sprzyja. Ale jeśli rzeczywiście coś się zmieni, trzeba będzie zbudować Białoruś dosłownie na nowo, uwzględniając od razu prawa kobiet i mniejszości. Żeby osoby LGBT nie musiały się ukrywać, tak jak to dzieje się obecnie, lub ze strachu wyjeżdżać za granicę. I żeby nie skończyło się tak jak w Polsce - że po 30 latach widzimy odwracanie się od wolności. 

Jak postrzegasz sytuację w Polsce?

- Trzy lata temu, podczas protestów związanych z 3xVETO, przez megafon zwracałam się do Polek i Polaków z ostrzeżeniem i prośbą, żeby nie bagatelizowali łamania, choćby w mikroskali, zasad demokracji. Ja wiem, jak to może się skończyć, jestem z Białorusi. Teraz mam nadzieję, że pomoc dla Białorusi w Polsce jest szansą do działań ponad podziałami wewnątrz Polski, a co za tym idzie - szansą na znalezienie wspólnego kompromisu w polskich sprawach.

A jaka sytuacja panuje teraz na Białorusi?

- Ludzie dalej wychodzą na ulicę, natomiast jest zrozumiałe, że odczuwają już pewnego rodzaju zmęczenie. Jestem w kontakcie ze znajomymi artystami i artystkami w Mińsku. I jest potrzebna jakaś zmiana, jakaś doza kreatywności, która może zmotywować do dalszych działań.

Każdy, kto jest teraz w Białorusi, ryzykuje swoje zdrowie i życie. Artystki próbują mobilizować ludzi za pomocą plakatów, teatralnych wystąpień w dzielnicach miast, happeningów czy flash mobów. Hitem ostatnich dni jest chór pojawiający się znikąd w przestrzeniach publicznych, rozpływający się po odśpiewaniu dwóch historycznych, zakazanych przez rząd pieśni.

W sumie niezależnie od tego, jak się to skończy, ludzie i tak są szczęśliwi i dumni, że pokazali światu swój opór i solidarność. Jest okazja poznać własnego sąsiada, który przychodzi na biało-czerwono-biały tort organizowany pod blokiem. W końcu mamy okazję działać i zrozumieć samych siebie.

Jana Shostak (ur. w 1993 r.) – artystka, doktorantka, wicemiss Zachodniopomorskiego, współreżyserka – razem z Jakubem Jasiukiewiczem – filmu „Miss Polonia”, którego fragmenty można obejrzeć na wystawie "Żarty żartami" w Centrum Sztuki Współczesnej - Zamek Ujazdowski. Premiera filmu ma się odbyć na 100-lecie powstania konkursów piękności, czyli w 2021 r.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.