Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Paweł Koncewoj urodził się w Berezynie, skończył szkoły baletowe w Mińsku oraz Krasnodarze w Rosji. Od 2007 r. tańczy w balecie Teatru Wielkiego - Opery Narodowej w Warszawie, od 2009 r. jako solista, a od 2014 - jako pierwszy solista.

Anna S. Dębowska: Od 13 lat mieszka pan w Polsce. Śledzi pan to, co się dzieje na Białorusi?

Paweł Koncewoj: Wszystko, co dotyczy mojego kraju, dotyczy też mnie. Nie ma znaczenia, że mam już obywatelstwo polskie, nadal mam także białoruskie. Mam też osobiste powody do niepokoju - moja mama mieszka w Mińsku.

Jest bezpieczna?

- Teraz tak. Najgorzej było bezpośrednio po wyborach 9 sierpnia. Dzień później władza odcięła internet, nie było też telefonicznych połączeń. Nie mieliśmy z żoną żadnego kontaktu z mamą, nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Dopiero we wtorek mogliśmy się do niej dodzwonić. 

Co mówiła?

- Że jest dużo milicji na ulicach, że słyszy w nocy krzyki, boi się. Mama pracuje w dużym sklepie budowlanym, musiała wynajmować dodatkowy przewóz, żeby pracownicy nie ryzykowali i nie wracali sami z pracy do domu, bo to niebezpieczne.  

Milicja urządza łapanki. Zabiera przypadkowych ludzi z ulicy do tzw. izolatora.

- O to właśnie chodzi. Raz sama była obserwowana przez milicję, kiedy wracała samochodem do domu. Zobaczyła, że jedzie za nią milicyjne auto. Nie wiedziała, czy ją śledzą, i w ogóle o co im chodzi, bo na ulicy było spokojnie. Jak dojechała do domu, to odjechali. Martwimy się o nią, jest zestresowana, ale nie mamy szans na to, żeby ją sprowadzić tutaj, do Warszawy - przez koronawirusa jest to utrudnione. 

 

W izolatorze milicja znęca się nad nielegalnie zatrzymanymi, bije ich.

- Tak, wiem to od znajomych z Mińska. Ludzie, którzy szli ulicą, nie byli związani z protestami, zostali zatrzymani i zabrani przez milicję. Słyszałem o pobiciu anestezjologa z mińskiego szpitala, niedługo potem lekarze protestowali przeciwko brutalności milicji.

To są rzeczy trudne do wyobrażenia.

Pana mama uczestniczyła w strajku generalnym 17 sierpnia?

- Prosiliśmy ją, żeby tego nie robiła ze względu na jej bezpieczeństwo.

Łukaszenka rządzi Białorusią od 1994 r. Co się stało, że teraz się przebudziła?

- To prawda, że rządzi bardzo długo. Urodziłem się w 1986 r. i to jest jedyny prezydent mojego kraju, jakiego mam. Nigdy tak nie było, żeby ktokolwiek startował na prezydenta oprócz niego, on zawsze wygrywał, mając 70 czy 80 proc. poparcia, więc już samo pojawienie się Swiatłany Cichanouskiej jako kontrkandydatki świadczy o olbrzymiej zmianie. Nigdy też nie widziałem takich tłumów na ulicach Mińska, jak w miniony poniedziałek. To mogło być nawet 100 tys. osób.

Przyszło młode pokolenie, które chce lepszego życia. Kiedyś Białoruś była krajem zamkniętym na świat. Teraz to się trochę zmieniło. Jest możliwość pojechania do krajów Unii Europejskiej, ludzie mają wreszcie szansę zobaczyć, jak naprawdę wygląda świat. I widzą, że w porównaniu z tymi krajami Białoruś jest straszliwie zacofana, nie ma żadnych zachodnich inwestycji, ma za to przestarzałą technologię. 

 

Żyje się ciężko? 

- Nie jesteś w stanie utrzymać rodziny. Moja mama, jak przyjeżdża do mnie do Warszawy w odwiedziny, woli tutaj kupić proszek do prania czy pastę do zębów, bo w Polsce te rzeczy są trzy razy tańsze. Ja jej kupuję te podstawowe artykuły i wysyłam przez znajomych, jak jadą na Białoruś.

Taka drożyzna?

- Jest drogo, a ludzie zarabiają mało. Moja mama zarabia równowartość ok. 500 dolarów, za mieszkanie płaci ok. 100 dolarów, a może się uważać za dobrze prosperującą osobę z wielkiego miasta. Nawet nie wiem, ile mogą zarabiać ludzie w fabrykach, z czego żyją chłopi na wsi. Dla mnie to jest niepojęte. I te słowa Łukaszenki, że "jak chcesz pracować, to pracuj, a jak nie, to za bramę”. Albo o tych, którzy wychodzą protestować, że nie mają, co robić, to niech zamiast tego pójdą na pole i kopią ziemniaki.

Godność się w ludziach obudziła. 

Paweł KoncewojPaweł Koncewoj Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Gazeta

Ile pan miał lat, gdy wyjechał z kraju?

- Jako 19-latek wyjechałem z kraju, żeby uczyć się w Rosji, a potem dostałem oficjalne zaproszenie do Polski. Zaangażowano mnie do baletu Teatru Muzycznego w Lublinie. Poczułem się tam jak na Zachodzie. Wcześniej ubiegałem się o wizę do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszka moja siostra lekarka. Uciekła już dawno ze swoim mężem do Ameryki, wykorzystując wyjazd naukowy. Uznała, że w kraju nie ma przyszłości. Wizy nie dostałem, mogłem się o nią ubiegać ponownie dopiero po roku. Byliśmy zamknięci jak w klatce.

 

Dlaczego pan wyjechał?

- Poszło o służbę wojskową, która na Białorusi jest obowiązkowa. Nie ma możliwości uchylenia się od tego. Gdybym wszedł w kamasze, zmarnowałbym życie. Dwa lata dla tancerza to bardzo dużo, poza tym bałem się - kto w wojsku wie, co to jest balet. Musiałem uciekać. Pojechałem do Rosji, tam zrobiłem dyplom i wyłoniła się szansa wyjechania do Lublina, a potem do Polskiego Baletu Narodowego w Operze Narodowej w Warszawie. Otworzył się nowy rozdział mojego życia.

Bardzo się cieszę, że teatr na swoim Facebooku dodał post z wyrazami solidarności dla swoich białoruskich tancerzy - Paliny Rusetskiej, Iriny Wasilewskiej, Vadzima Kezika i Maksima Woitiula i dla mnie.

Scena z Chopinowskiego baletu Krzysztofa Pastora 'Koncert f-moll'.Scena z Chopinowskiego baletu Krzysztofa Pastora 'Koncert f-moll'. Ewa Krasucka/Opera Narodowa

Pojedzie pan na Białoruś, aby zaopiekować się mamą?

- Nie mogę. Jestem polskim obywatelem i musiałbym się ubiegać o białoruską wizę, ale jej nie dostanę. Dla władzy jestem tym, który ukrywał się przed wojskiem. W kraju oficjalnie jestem ścigany i grozi mi za to kara więzienia lub grzywny.

Od wielu lat nie byłem w domu. Nie chcę ryzykować, mam żonę i troje dzieci. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.