Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przez długie lata społeczeństwo białoruskie znajdowało się w stanie politycznej śpiączki, starając się przyczaić, nie poruszać, nie oddychać, aby tylko w żadnym wypadku nie niepokoić smoka władzy. Prezydent Łukaszenka żył własnym życiem, od czasu do czasu pożerając rzadkich politycznych oponentów, a w tym czasie jego naród żył własnym życiem. Trzeba zdawać sobie sprawę, że wszystko, co osiągnęła Białoruś w ciągu ostatnich lat, na przykład osiągnięcia w sferze IT, to osiągnięcia ludzi, zwykłych ludzi, pomimo działań władzy, która kładła jedynie kłody pod nogi własnym obywatelom.

Przez wszystkie te lata Łukaszenka był całkowicie zainteresowany i zatroskany jedynie stanem hokeja na Białorusi, a jak wiadomo, dzięki jego uwadze z roku na rok hokejowa reprezentacja Białorusi grała coraz gorzej i gorzej. Wszystko, czego dotyka Łukaszenka, od razu zmienia się w nieudaną replikę najgorszych wzorców Związku Radzieckiego, czy to gospodarka, czy to kultura, czy system ochrony zdrowia. Łukaszenka traktował naród z pogardą (nazywając go przy tym własnym), a obywatele starali się nie zwracać uwagi na chamowatego polityka i omawiając po kuchniach przyszłość kraju, mieli nadzieję na jakąś poważną chorobę głowy państwa.

Białoruski pisarz Sasha FilipenkoBiałoruski pisarz Sasha Filipenko Fot. Archiwum prywatne

Czasami wszystkie linie równoległe (naród i dyktator) przecinały się podczas symulacji wyborów, jednak po kilku dniach ponownie się rozchodziły, żeby zapomnieć o sobie nawzajem na kolejnych pięć lat. Zgodnie z planem Łukaszenki tak miało być również teraz. Całkowicie nieprzystający do roku 2020 prezydent, który pozostał w przeszłości (obecnie już nawet nie prezydent, ale zwykły przestępca, który nielegalnie utrzymuje się przy władzy) był przekonany, że i tym razem społeczeństwo białoruskie przełknie fałszerstwo.

Uśpiony przez wojsko, milicję i inne szwadrony przedostatni dyktator Europy naiwnie sądził, że również tym razem wszystko odbędzie się zgodnie z wypracowanym scenariuszem, w którym to Białorusini milczą, a on triumfuje. Co więcej, jeszcze kilka tygodni temu Łukaszenka był przekonany, że za dwa dziesięciolecia zdoła przekazać władzę swojemu synowi, ale do tego, na szczęście, nigdy nie dojdzie.

– Białorusini powstali!

Białorusini się obudzili, Białorusini przeciwstawili się i się nie wycofali, wyszli na ulice i się nie przestraszyli. Dziś wiele osób zadaje sobie pytanie: dlaczego? Co się zmieniło? Kto zdołał przekonać obywateli kraju przyzwyczajonego do dyktatury, że nastał czas zmian? W stopniu największym sam Łukaszenka. Właśnie dzięki tej postaci, która utraciła kontakt z rzeczywistością, mieszkańcy Mińska i Brześcia, Grodna, Mohylewa, Homla oraz dziesiątek innych miast wyszli na ulice. Łukaszenka był tak przekonujący w swojej głupocie i chamstwie, że prawie nikt na Białorusi nie miał już wątpliwości – nie wiemy, kto zostanie nowym prezydentem naszego kraju, ale dokładnie wiemy, że on nie będzie nim już nigdy – żegnaj, Łukaszenka!

Jak mu się to udało? Jak udało mu się nastawić przeciwko sobie cały naród? Po pierwsze, starał się od dawna, a po drugie, w tym roku przeszedł sam siebie. Łukaszenka przekonał nas wszystkich, że jego dni są policzone. Przekonał zlekceważeniem swoich obywateli podczas epidemii koronawirusa, przekonał, wyśmiewając swoich oponentów podczas kampanii wyborczej, przekonał choćby tym, że w ciągu 26 lat swoich rządów ani razu nie uczestniczył w debacie telewizyjnej ze swoimi konkurentami.

Powtórzę – ani razu w ciągu 26 lat. Całkowicie oszalały dyktator, przestępca wydający rozkaz, by strzelać do pokojowych demonstrantów, który uważa cały kraj za swoją kobietę, człowiek, podczas którego rządów zostało zabitych kilku dziennikarzy, a opozycyjni politycy byli zakładnikami targów z UE, przekonał nas wszystkich, że może tylko jedno - rządzić krajem, bez przerwy strasząc własnych obywateli, zatrzymując ich i bijąc nie tylko podczas zorganizowanych akcji protestacyjnych czy w więzieniach, ale teraz już nawet w ich własnych domach.

Właśnie teraz, w 2020 roku, 180 kilometrów od Wilna, zaledwie 550 kilometrów od Warszawy, OMON-owcy strzelają do okien budynków mieszkalnych, rzucają chaotycznie granatami hukowymi w przejeżdżające samochody, kradną lekarzom karetki pogotowia, by jeździć nimi po mieście i rzucać się na cywilów, którzy często nie biorą nawet udziału w akcjach protestacyjnych. W taki sposób jedną z zatrzymanych osób został Anton Soroka  – napastnik reprezentacji Białorusi w piłce nożnej, który szedł na trening. Właśnie dziś w centrum Europy zostało aresztowanych ponad 6 tys. obywateli, którzy wyszli na pokojowe akcje protestacyjne i którzy przetrzymywani są w celach w nieludzkich warunkach, gdzie na 120 osób przypada osiem prycz i spać można tylko... na stojąco!

Właśnie dziś, w chwili gdy czytają Państwo ten artykuł, w samym centrum Europy nieludzie w mundurach dalej straszą, torturują, biją, stosują przemoc wobec swoich obywateli i pierwszą rzeczą, jaką powinniśmy zrobić, jest bezzwłoczne żądanie uwolnienia wszystkich nielegalnie zatrzymanych i pociągnięcie do odpowiedzialności pozbawionych strachu i ludzkiej twarzy przestępców i oprawców!

Zgodnie z jedną wersją przyczyną rewolucji w Tunezji był policzek, który kobieta  inspektor pozwoliła sobie wymierzyć ulicznemu sprzedawcy, po czym ten dokonał aktu samospalenia przed budynkiem gminy. W sierpniu 2020 roku, kolejny raz fałszując wybory, zapełniając ulice miast milicją i żołnierzami, Łukaszenka wymierzył policzek każdemu Białorusinowi. Po raz kolejny plując w twarz własnym obywatelom, dyktator najwyraźniej sądził, że nic się nie stanie, może dojdzie do jakiś mało znaczących protestów. Bardzo się jednak zdziwił, gdy naród się nie wycofał, złapał go za rękę, zamiast tak jak zazwyczaj spuścić oczy i nadstawić drugi policzek.

W te dni obserwujemy pokojowy, odważny, dumny protest Białorusinów, którzy nie zamierzają dłużej znosić dyktatora. Widzimy, jak kobiety, których mężów, braci i synów biją siłowicy, ustawiają się w łańcuchy solidarności. Zachwycamy się naszymi kobietami, które kandydują na urząd prezydenta i nie boją się iść po ulicach naszych miast z kwiatami! Jesteśmy wdzięczni, jesteśmy zainspirowani!

W mojej książce „Były syn”, książce, którą napisałem w 2012 roku i w której opisuję śpiączkę, w jakiej Białoruś tkwiła prawie 20 lat, w książce opisującej wydarzenia, które zmuszają wielu z nas do zostania byłymi dziećmi własnego kraju (z 9 mln obywateli Białorusi prawie 3 mln mieszkają poza granicami kraju), znajduje się scena, w której moja babcia przychodzi do banku i odbywa krótką rozmowę:

„Podając jej dowód wpłaty, senna pracownica banku,powiedziała monotonnym głosem:

– Bilet na loterię.

– Jaki bilet na loterię?

– Kupi pani?

– Ale po co?

– Mieszkanie sobie pani kupi...

– Mam mieszkanie...

– No to... daczę...

– Mam daczę...

– No to może samochód – sama nie wiem...

– Mam samochód...

– To czego pani nie ma?

– Wolności”.

Wolności nie wygra się na loterii.

Na szczęście dla autora i niestety dla obywatela wiele stron i fragmentów mojej powieści „Były syn” wciąż pozostają aktualne i wciąż rezonują z białoruską rzeczywistością. Niestety dla autora i na wielkie szczęście dla obywatela – ten fragment nie jest już aktualny! Białorusini w końcu odzyskali wolność! Białorusini się obudzili! I to koniec. Koniec dyktatury i początek nowego życia!

  • Tłumaczenie: Agnieszka Sowińska
  • Tekst powstał na zamówienie Die Welt

*Sasza Filipienko – białoruski prozaik, dziennikarz. Autor książek m.in. „Były syn”, „Czerwony krzyż” i „Powrót do Ostroga”. Jego książki tłumaczone były m.in. na angielski, niemiecki, francuski, hiszpański, japoński, włoski, niderlandzki, chorwacki, czeski, węgierski

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.