Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pensje wypłacane w towarze, imprezy rave na tle pomników Lenina, bieda i przemoc seksualna. Tak wygląda Białoruś roku 1996, z której do Chicago próbuje się wyrwać Ewelina, bohaterka czarnej komedii "Kryształowy łabędź". Film można obejrzeć (z angielskimi napisami) w bibliotece serwisu mubi.com.

Ewelina jest DJ-ką, skończyła studia prawnicze, ale czy ktoś widział tu jakieś prawo, pyta. Podrobiony załącznik do wniosku wizowego składanego w konsulacie USA uruchamia łańcuch niespodziewanych zdarzeń. Rozmawiamy z reżyserką filmu, białoruską artystką zamieszkałą w Nowym Jorku.

Witold Mrozek: „Kryształowy łabędź” to też trochę twoja historia? Pewnie wiele razy słyszałaś to pytanie - jesteś białoruską artystką, która wyemigrowała do Stanów.

Darya Zhuk*: To bardzo osobisty film. Starałam się uczynić tę historię tak bardzo moją, jak to tylko możliwe. Lubiłam muzykę house, była dla mnie ważna, miałam chłopaka DJ-a. Oczywiście nie byłam tak odważna jak moja bohaterka. Nie mam takiej skłonności do ryzyka…

Nie sfałszowałaś swojego wniosku o wizę?

– Mam przyjaciółki, które były bardzo zdeterminowane i zrobiłyby cokolwiek, by podążać za swoim marzeniami. Usłyszałam od jednej z nich historię, jak chciała kiedyś ocalić swoją sfałszowaną aplikację wizową. Pomyślałam, że to świetny pomysł na film. Szukałam wtedy jakiegoś pomysłu na białoruskie podejście do mitu american dream. Koleżanka była co prawda Ukrainką, ale zaczęłam pracować nad tym konceptem. Z kolei mój przyjaciel z Mińska, który jest DJ-em, powiedział: - Tak, to też moja historia. To niesamowite, jak pojawiają się te podobieństwa. Z kolei moja scenarzystka wyjechała z Moskwy w 1996… - to właśnie w tym roku Ewelina próbuje opuścić Białoruś.

PRZECZYTAJ TEŻ: Na Białorusi ludzie są zmęczeni strachem

Czy Amerykanie wiedzą cokolwiek o Białorusi?

– Niewiele. Ale starałam się zrobić z tego historię, którą każdy może zrozumieć - o potrzebie wydostania się z miejsca, w którym się znajdujesz. O systemie, który się załamał - i zastąpiła go wymiana barterowa, o przełomie w latach 90. Chodziłam do szkoły filmowej w Nowym Jorku, byli tam bardzo różni ludzie, z całego świata. Poznałam tam kolegę, bardzo zdolnego filmowca z Afryki, z Kenii. Zobaczył mój film i powiedział: - To tak jak w Afryce!

 

Dla ludzi w Polsce i nie tylko ten film może brzmieć bardzo współcześnie - choćby ze względu na uliczne demonstracje, ludzi wznoszących wolnościowe hasła.

– To był dla mnie ważny kontekst. Było więcej scen, również takich, w których bohaterka dołącza do demonstracji. Ale to nie pasowało mi do filmu - wolałam takie jej nieme zderzenie, z kimś, kto o coś walczy na ulicy. Dlaczego wybrałam 1996 rok?

Długo się zastanawiałam nad wyborem daty. Według mnie rok 1996 to punkt zwrotny, moment, w którym Białoruś poszła drogą dyktatury, stała się reżimem autorytarnym. To wtedy Łukaszenka rozwiązał sąd najwyższy i zmienił konstytucję.

A właśnie teraz, w 2020 roku, jeden z opozycyjnych kandydatów na prezydenta Białorusi wzywa, by przywrócić tamtą poprzednią białoruską demokratyczną konstytucję (wybory mają się odbyć 9 sierpnia).

Masz na myśli Wiktora Babarikę?

– Tak, właśnie go zamknęli - w ubiegły czwartek. Gdy w 2018 mój film był pokazywany na Białorusi, pojawiały się pytania: czy cokolwiek zmieniło się na lepsze? Czy ciągle jesteśmy w tym samym miejscu, w którym znaleźliśmy się wtedy, w drugiej połowie lat 90.? Było to przygnębiające. A teraz, pierwszy raz od dwudziestu czterech lat, czuję, że Białoruś jest w miejscu, w którym ludzie mają nadzieję.

Dlaczego właśnie teraz? Dlaczego akurat w tym roku taka mobilizacja, takie demonstracje?

– Cały świat przechodzi jakąś wielką zmianę tektoniczną, sytuacja społeczna się zaostrza, tutaj też.

Ludzie potrzebują głosu, chcą go mieć. Upominają się też o swoją godność, o prawo do bycia szanowanym.

Moi przyjaciele oczywiście zawsze mieli określone poglądy polityczne. Ale to, co jest bardziej fascynujące, to fakt, że ruszyli się też 50-, 60-latkowie.

W 2010 czy 2015 roku nie było też odpowiedniego kandydata. Nasi kandydaci opozycyjni zawsze bardzo skupiali się na kwestiach nacjonalizmu, sprawach związanych z tożsamością narodową, z językiem białoruskim. Ale ludzie nie mówią po białorusku. A teraz Babarika, którego nazwałabym umiarkowanym centrystą, zmobilizował ludzi. Ludzie go lubią i znają. Myślę, że sam nie spodziewał się tak dużej frekwencji na swoich wiecach - przychodzi ponad 10 tys. osób. Nigdy nie widziałam, żeby moja matka zbierała podpisy w jakiejkolwiek sprawie, a teraz chodzi po ulicy i zbiera na opozycję! Zawsze była za Łukaszenką, i tyle! Nie było dyskusji.

Myślisz, że Łukaszenka może naprawdę kiedyś przegrać wybory?

– Z pewnością może stracić władzę - nie wiem, czy przegrywając wybory. Według mnie już przegrał.  To pierwszy rok, kiedy nie popiera go większość Białorusinów.

PRZECZYTAJ TEŻ: Łukaszenka sekuje rywali do prezydenckiego fotela, Białorusini protestują. Co przyniesie "kapciowa rewolucja"?

Jako emigrantka możesz głosować w białoruskich wyborach?

– Tak, bardzo się na to cieszę. Będę głosować z paszportem w konsulacie w Nowym Jorku. Kto wie, co z tego wyniknie.

Staramy się w Białorusi mieć normalne wybory, wybory, które nie będą sfałszowane. Nawet gdy znasz całą tę wyborczą procedurę, wiesz, jak jest - jest mnóstwo rzeczy, w które możesz się zaangażować. Możesz zostać obserwatorem, możesz wejść do komisji liczącej głosy - ludzie starają się w to włączać. Oczywiście, system się przed tym broni.

Do komisji zgłosiła się niespotykana dotąd liczba ludzi, około 70 tys. Ale mnóstwo z nich zostało odrzuconych z powodu np. „opinii z zakładu pracy”. To brzmi jak echo z czasów radzieckich.

Twój film był międzynarodową koprodukcją, także z udziałem Białorusi - obok Niemiec, USA i Rosji.

– Podróżowałam po świecie i błagałam w różnych miejscach, żeby dali mi zrobić ten film (śmiech). Nie było prosto włączyć w to Białoruś. W końcu bohaterka chce opuścić swoją najdroższą ojczyznę… Czy dawać na to pieniądze podatnika?

Ale ostatecznie dostałaś białoruskie pieniądze.

– Tak, ale nie z ministerstwa kultury. Chociaż z finansowanej przez państwo instytucji - wytwórni Belarusfilm.

PRZECZYTAJ TEŻ: Łukaszenka zmienia rząd, szykanuje opozycję i zamierza wygrać szóstą kadencję prezydencką

Dlaczego zdecydowałaś się obsadzić w głównej roli rosyjską aktorkę Alinę Nasibullinę? To oczywiście świetna aktorka, ale…

– Nie mogłam na Białorusi nikogo znaleźć.

Białoruś jest poddana wielkiemu drenażowi mózgów. Część ludzi wyjeżdża na Ukrainę, do Rosji, do Warszawy też.

W Moskwie ze względu na język jest mnóstwo świetnych białoruskich aktorek, z którymi mam nadzieję jeszcze pracować. Zresztą to był międzynarodowy projekt, a ja uważam się za kosmopolitkę. Chodziło mi przede wszystkim o charakter, o energię. Szukałam autentyczności, a nie paszportu. I Alina była taka - pokochałam jej wewnętrzne dziecko, jej charyzmę.

Ta białoruska zmiana ma płeć? Kobiety buntują się bardziej?

– Nigdy wcześniej nie startowała u nas na prezydenta kobieta, teraz jest kandydatka - więc może coś zmienia. Mamy na Białorusi dużo sporów o feminizm, także w branży filmowej, o język - czy mówić o mnie reżisior czy reżisiorka…

W twoim filmie widać duże napięcie między prowincją, mieszkańcami małego miasteczka a stolicą - Mińskiem. To dalej ma duży wpływ na białoruską politykę?

– Trudno powiedzieć. Z pewnością na wsi czy w małych miastach jest trudniej z dostępem do informacji. Ale trzeba pamiętać, że to wyjątkowy rok. To już nie jest tak, że mińska inteligencja jest za opozycją, a reszta kraju za Łukaszenką. Ludzie są wściekli nie tylko w Mińsku, ale też w mniejszych miejscowościach - jak Orsza czy Mołodeczno. Ale zmierzyć się tego nie da - Łukaszenka dosłownie zabronił przeprowadzania sondaży.

Czytałem, że twój kolejny film będzie o feministycznym kolektywie FEMEN… Dokument?

– Nie, fabuła. Duży biopic, skupiony na historii czwórki założycielek. Staramy się o dofinansowanie z ministerstwa kultury Ukrainy, na razie jest to koprodukcja francusko-ukraińska. Mamy już scenariusz, który jeszcze dopracowujemy, będzie również scena ich protestu w obronie więźniów politycznym w Mińsku. Mam nadzieję, że Białoruś też kiedyś będzie produkować takie filmy.

*Darya Zhuk (ur. w 1980 r.) - reżyserka i scenarzystka, pochodzi z Mińska, ukończyła Uniwersytet Harvarda i reżyserię na Uniwersytecie Columbia. Mieszka w Nowym Jorku. Jej "Kryształowy łabędź" był nagradzany m.in. na festiwalach w Atlancie, Odessie i Tbilisi, przyniósł również artystce nagrodę Rosyjskiej Gildii Krytyków Filmowych za debiut reżyserski.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.