Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nie da się z tą wiadomością oswoić, bo tak energicznej i żwawej osoby ze świecą szukać. Jeszcze w sobotę pisaliśmy do siebie przez internet, plotkowaliśmy, zdawałem mu sprawę z koncertów na OFF Festivalu, który kilka razy wspólnie relacjonowaliśmy.

Brakowało tam towarzyskiej duszy Roberta. Na takich wydarzeniach dziennikarze z różnych mediów mają rzadką okazję pogadać nie tylko o muzyce. Przyjechało wiele jego koleżanek, kolegów, przyjaciół. Kilkoro z nich namówiło największą gwiazdę imprezy, piosenkarkę PJ Harvey, by skreśliła parę słów pozdrowień dla Roberta na sporej tablicy z nazwiskiem wiszącej na drzwiach jej garderoby. Na nic.

Był gadułą i wiedział o popkulturze wszystko, chętnie dzielił się wiedzą: w „Tygodniku Kulturalnym” w TVP Kultura, w Radiu TOK FM, w „Wyborczej” i pokrewnych tytułach. Jego teksty to były opowieści. Potoczyste, napisane z werwą i nasycone szczegółami magazynowe kawałki. „Wyszła mi kobyłka”, zaznaczał w e-mailu, i już wiedzieliśmy, że wprawdzie będzie kłopot ze zmieszczeniem tekstu w gazecie, ale za to lektura będzie bardzo przyjemna.

Na jednym z festiwali mieliśmy długą rozmowę - a ściślej: jego monolog - na temat książek i antologii tekstów o popkulturze, kontrkulturze i pokrewnych. Starałem się zapamiętać cokolwiek, a on dorzucał kolejne tytuły, autorów i powiązania. Na początku podobnie było z płytami: był znacznie lepiej osłuchany, ale dopytywałem tylko o niektóre z rzucanych przez niego nazw, żeby nie wyjść przed nim na kompletnego głupka.

To były zachęty do polemik, które uwielbiał. Zachwycające były przerysowane dyskusje, słyszane w połowie redakcji, które toczył z Wojtkiem Krzyżaniakiem i Krzyśkiem Vargą, dysponującymi równie tubalnymi głosami. To Robert zachęcił mnie do recenzowania płyt, wtedy jeszcze w „Dużym Formacie”, mimo że nie przyszedłem do działu kultury „Wyborczej”, żeby pisać. Bez niego bym na to nie wpadł.

Znaliśmy się też ze stadionu Polonii Warszawa. Stał w ostatnim rzędzie głównej trybuny, na samej górze, w lepszych i gorszych czasach klubu. To z tamtego rzędu dochodziły najzabawniejsze teksty w rodzaju: „Sędzia jest nieobiektywny!”, ekwiwalent popularnego w Polsce okrzyku: „Sędzia ch...”. Na górze stała sekcja szybkiej riposty przypominająca kibicom, że warto zluzować, to tylko piłka.

W zeszłym roku energia Roberta zderzyła się z chorobą. Walczył tak, jak umiał - pisząc. Zawsze był na zawołanie „Wyborczej”, nawet w trudnych czasach. To nie był typ, który by się skarżył, narzekał. Pisał do nas: „Teraz jestem parę dni w szpitalu, nie mam co robić, chętnie coś napiszę”. Ostatnim tekstem była zapowiedź OFF-u, z którego przyjaciele przywieźli już bezużyteczne słowa wsparcia od PJ Harvey.

Bardzo będzie nam brakowało jego erudycji, pasji i humoru.

Pogrzeb Roberta Sankowskiego odbędzie się w piątek 11 sierpnia. Msza święta rozpocznie się o godz.12.00 w Kościele Środowisk Twórczych na Placu Teatralnym w Warszawie, po mszy przejazd na cmentarz na Bródnie, gdzie Robert zostanie pochowany.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.