Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Józef Ignacy Kraszewski w wydanych w Paryżu w 1860 r. "Wspomnieniach Wołynia, Polesia i Litwy": "Cóż? Kraj lasu, piasku, błota, równin; lud ubogi, Żydzi brudni, obdarci i odzierający; mosty drżące i pogruchotane, groble, po których jadąc trzeba zębami dzwonić ze strachu, żeby się wszystkie kości nie rozsypały; lasy smutne sosnowe, sosny nawet rachityczne, garbate, kulawe, na drodze pełno korzeni, brody niezmierzone, piaski nieprzejechane, czasem krzyż na rozstaju, stara cerkiewka podparta na kulach, mogiłki z domkami na grobowcach przypominającymi pogańskie czasy, itd., itd. A wioski? Chaty do połowy w ziemi, lud chudy i na pół nagi, żółty - tak się w dymie uwędził, dzieci z włosami rozczochranymi, psy nawet chude i najeżone - doprawdy nic ciekawego".

Cytując te pełne goryczy słowa, Małgorzata Szejnert nie precyzuje, czy dotyczyły one tylko Polesia, czy wszystkich trzech krain, które Kraszewski wspomina - i jest to bodaj jedyne znaczące niedopatrzenie, które wybitna reporterka popełnia w nowej książce. Całą resztę przenika dbałość o precyzję, wysłuchanie różnych, czasem sprzecznych racji, usunięcie się autorki w cień, by oddać głos ludziom, którzy o Polesiu na różne sposoby albo opowiadają, albo z których dawnych relacji korzysta.

Słowa Kraszewskiego pojawiają się w "Usypać góry" w związku z zaprzyjaźnionym z autorem "Starej baśni" Napoleonem Ordą. To dzięki rysunkom Ordy, który dokumentował, jak wyglądają dwory, pałace, kościoły Polesia, Litwy i Wołynia, możemy mieć dziś o nich jakie takie pojęcie. A że dokumentował coś, co związane było podówczas z żywiołem polskim na Wschodzie, tym większa melancholia, którą Szejnert dyskretnie pobudza, że to na Białorusi Łukaszenki więcej i huczniej się o dziele Ordy pamięta niż w Polsce.

Szkoduję, że...

Szejnert nie pojechała wszakże na Polesie za sprawą Kraszewskiego ani Ordy. Wybrała się tam, można przypuszczać, za sprawą Ryszarda Kapuścińskiego, który niedługo przed śmiercią odwiedził rodzinny Pińsk, lecz zamierzonej książki o nim nie zdążył już napisać. Wytrawna reporterka nie napisała jednak książki "zastępczej" - Kapuściński pojawia się tylko w finale jako niezwykły gość, ale ani on, ani jego rodzina nie są tu istotnymi bohaterami. Jest nim - można sądzić - reporterskie pisarstwo Kapuścińskiego z jego najlepszych czasów. Uważne, nieuprzedzone, oferujące błyskotliwe syntezy niekoniecznie zgodne z samonarzucającą się oczywistością. I otwarte na dalsze interpretacje.

Małgorzata Szejnert: Pojęcie "Polesia czar" budzi we mnie bunt [ROZMOWA]

 

U Szejnert nie ma syntez, jest raczej zdawanie sprawy z obcowania z ludźmi i terenem oraz bogactwo źródeł pisanych (często dostępnych trudniej niż pozbawione bitych dróg Polesie w latach 30., kiedy swoim packardem jeździła tam słynna amerykańska podróżniczka Louise Boyd). Zbiera najróżniejsze historie, czasem je konfrontuje ze sobą i daje wyrywkową, lecz instruktywną opowieść o pewnej obrosłej w mitologię krainie. Można nawet sądzić, że rodzajowe obrazki z życia białoruskiego Polesia doby dzisiejszej, niektóre przynajmniej, świadczyć będą o nim w przyszłości jak rysunki Napoleona Ordy.

Jest tak za sprawą dociekliwości w badaniu szczegółu - to rzecz oczywista - ale i za sprawą języka. Szejnert oddaje głos swoim rozmówcom i źródłom (dzięki czemu cudowne "szkoduję, że" - czyli "żałuję, że" - pobrzmiewa przez całą książkę i ciekaw jestem, czy sama autorka zdaje sobie sprawę, jak to ustanawia jej melancholijną wymowę?), więc np. szlachetne słowo "sąsiek" pojawia się tu bez żadnych ceregieli; chodzi jednak o to, że Szejnert jest po prostu wybitną pisarką, pamiętającą o sile wspaniałego zdania. Kiedy czyta się: "Łopotowi flag towarzyszył raz po raz zdrowy gang silników", wiadomo, że obcujemy z literaturą piękną tout court , a tzw. wiodącym pisarzom/pisarkom obecnej doby warto zalecić tę lekturę także w celach terapeutycznych.

W gruncie rzeczy ta książka bardziej niż o kraju jest o ludziach, którzy teraz historie tego kraju przywołują i kultywują. Na przykład o "Kolegium" (miano odwołujące się i do koleżeństwa, i tamtejszej jezuickiej placówki, dziś "zabytku historii") z Pińska, w którym spotkali się "informatyczka, etnografka, lekarz, inżynier, malarka, nauczycielka, były oficer na okrętach podwodnych, który zaczął pisać opowiadania, pedagog, który sprzedaje krany, ale jest tłumaczem, instruktor sportowy, który interesuje się archeologią epoki kamiennej", spontanicznie zawiązane we wczesnych latach postsowieckich, by poznawać lokalną historię bez jakichkolwiek ideologicznych uprzedzeń. Kilkoro z nich staje się przewodnikami Szejnert.

Małgorzata Szejnert o książce 'Usypać góry":

 

Małgorzata Szejnert o książce "Usypać góry. Historie z Polesia"

*

Po drugiej zaś stronie sytuują się dynamiczny rabin przybyły z Nowego Jorku, który jest zbyt zajęty, by odczytać napis na cudem ocalałej steli z kirkutu, i młody pop, który objąwszy posadę, każe spalić historyczne szpargały i tylko trafem ktoś ratuje parafialną księgę z zapisami od połowy XIX wieku.

Przy czym nie o zabytki tu chodzi. Bo Szejnert pisze przecież także historię (jedną z historii) - na przykład białoruskich zielonoświątkowców - i zaraz potem docieka splątanych losów pińskiej flotylli polskiej marynarki wojennej, której niektóre okręciki walczyły potem pod sowiecką banderą. Oraz historie z pozoru rachitycznego, w istocie jak na tamtejsze warunki potężnego przemysłu, polskiego i żydowskiego. O narodzinach i mordach, budowaniu i niszczeniu.

Historia, czyli puzzle

Opowiada historie tylko z części Polesia, tej dziś białoruskiej, z centrum w Pińsku, ale jej żywiołem jest wielość. Wielość narracji i punktów widzenia. Nie tyle jednak składa z owych puzzli jedną historię, ile przypomina, że żadna regularna historia nie powinna pominąć owych cząstkowych - nieważne, z jakiej pisanych perspektywy.

Są u Szejnert fragmenty ponure (jak łatwo się domyślić, dotyczące owej "historii spuszczonej z łańcucha", o której pisał Herling) i - jakkolwiek by to naiwnie zabrzmiało - tchnące nadzieją. Jak ta o niemieckim majorze Brunsie, który podczas I wojny ochrania przed przetopieniem przechowywane w majątku Wysłouchów historyczne działo z XVII wieku, prosząc, by zapamiętano jego nazwisko jako jego "wybawcy" - i okazuje się, że ta armata stoi dziś w Muzeum Wojska Polskiego - z tą właśnie adnotacją. Albo ta o bohaterskim żydowskim chłopaku, który pomagał polskim powstańcom, albo o polskim ziemianinie, który został premierem rządu efemerycznej białoruskiej republiki po rozpadzie carskiego imperium zdławionej wkrótce przez bolszewików.

W ten sposób książka staje się wielką pochwałą historii - w liczbie mnogiej - odtwarzających przeszłe sprawy i ludzi, nieunoszących się narodowymi sentymentami, dokumentujących przeszłość własnego kawałka świata. Ten kawałek Polesia miał historie nad podziw bogate - ale dotyczy to w jakimś stopniu, o tym ta książka także przekonuje, każdego kawałka świata. Tylko od jego mieszkańców zależy, czy podejmą to wyzwanie. Historie są wszędzie - także to pisze Szejnert, pisząc, zdawałoby się, o czymś zupełnie innym.

PS Pedagogika budzi czasem opór, czasem zawstydza. Czytając u Szejnert o biskupie pińskim Kazimierzu Bukrabie, zdałem sobie sprawę, że właściwie nie wiem, jakie dokładnie pokrewieństwo łączyło go z moją babcią Marią z Bukrabów Komszczyńską. Teraz, po tej lekturze, postaram się poprawić. Czego i państwu życzę.

 

Małgorzata Szejnert

 

Usypać góry. Historie z Polesia

 

Znak

 

Kraków

 

.. . Filmy, seriale, płyty, koncerty, książki, spektakle, wystawy, komiksy. Przez cały dzień i cały tydzień.

 

Dołącz do nas na Facebooku.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.