Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Impresjonistów fascynowała moda. Nie skupiali się na szczegółach stroju. Wystawa w muzeum D'Orsay ukazuje wyjątkowy moment w historii malarstwa: lata 1865-85, kiedy artyści pragną pokazać ciało w ruchu, formy kształtowane światłem.

Tematem tych obrazów stają się więc nie same ubrania, lecz raczej piękne pozory, uroki życia wyższych sfer: odblask na dekolcie, opadłe ramiączko, róża we włosach. Na monumentalnym płótnie Gustave'a Caillebotte'a , bodajże jedynego zamożnego impresjonisty, promieniście otwierają się paryskie bulwary. Elegancka para pod parasolem pokazuje się na arenie miasta. Charakterystycznym obrazkiem z tej epoki jest także "Loża" Renoira . Młoda dama w sukni w biało-czarne pasy z niepokojem czy też tremą rozgląda się po sali, śledzi towarzyski spektakl. Podziwia imponujące toalety innych pań, a może myśli o utraconej szansie. Również jej towarzysz lustruje widownię: odchylony, przez lornetkę zapewne namierzył jakąś piękność na drugim balkonie.

Pokazywać się i być widzianym: oto prawdziwy temat tej wystawy. Nic dziwnego, że główne sale zostały zaaranżowane w formie wybiegu. W udekorowanej czerwonymi dywanami galerii rzędy złotych krzeseł zostały przygotowane dla osobistości tamtych czasów (ich nazwiska są wypisane piórem na oparciach). Na taki pomysł wpadł scenograf wystawy, kanadyjski reżyser operowy Robert Carsen . Tym razem modelki wychodzą z obrazów impresjonistów. "Kobieta z papugą" Maneta to odpowiedź na wybujały, zmysłowy akt Courbeta pod tym samym tytułem. Pozowała Victorine Meurent - ta sama, która kilka lat wcześniej skandalizowała w "Olimpii" oraz "Śniadaniu na trawie". Tym razem jest uosobieniem skromności: ma na sobie długą, domową suknię w odcieniu perłowego różu, a rekwizyty (fiołki, monokl, cytryna, papuga) oraz gest dłoni sugerują, że chodzi o alegorię pięciu zmysłów.

Prawdziwym tematem płótna jest samo malarstwo: obfite fałdy sukni na prostym szarym tle dają pole do popisu, pozwalają pokazać zróżnicowaną gęstość materii. Także Claude Monet , malując panią Gaudibert , żonę zamożnego hawrskiego przedsiębiorcy, odszedł od konwencji psychologicznego portretu. Modelkę pokazał z odwróconą twarzą, podkreślił za to tren beżowej sukni oraz dekorację orientalnej etoli. Kobieca sylwetka staje się tu tylko pretekstem do szaleństwa ruchliwych kolorów, jest równie znacząca jak wzór wyhaftowany na tkaninie.

Zimowe kapelusze Losu

W Sztuce romantycznej Baudelaire zdefiniował nowoczesność jako upodobanie do rzeczy przemijających. Trudno o coś bardziej ulotnego aniżeli moda. "Za późno mówić o modzie letniej, a za wcześnie opowiadać o trendach zimowych" - wzdychał Stephané Mallarmé, redaktor magazynu "La Derniere mode" ("Najświeższa Moda"), gdzie publikował pod takimi pseudonimami jak "Madame du Pont", "Miss Satin" ("Panna Jedwab") czy "Olympe la Negresse" ("Olimpia Murzynka"). Na obrazie Edgara Degasa modystka trzyma nieskończony różowy kapelusz. Jest na nim całkowicie skupiona, muska dłonią niedokończoną pracę. Pokazane w gablocie obok findesieclowe nakrycia głowy przypominają egzotyczne ptaki. Ozdobione woalką, kwiatami, gipiurą, z szerokim rondem, toczki albo też wiązane na atłasową kokardę pod szyją. Skromniejsze na miejskie spacery, słomkowe na plażę oraz ekstrawaganckie do teatru albo na bal. Tak kruche, jakby miały się rozpaść pod dotknięciem. To doskonały obraz przepływającego świata.

Przypominają się wersy piątej "Elegii duinejskiej" Rilkego:

"Place, o plac w Paryżu, nieskończona widownia,

gdzie modystka, Madame Lamort,

ruchliwe drogi ziemi, niekończące się wstążki

owija i wiąże i z nich wciąż nowe

pętelki wymyśla, pliski, kwiaty, kokardy, sztuczne owoce -, wszystkie

jaskrawo pofarbowane, - na tanie

zimowe kapelusze Losu".

Wytarty atłasowy pantofelek, pożółkły karnecik balowy, spłowiała biel jedwabnej halki - trudno o mocniejsze memento mori. Ale trudno też o coś bardziej żywego aniżeli Nina de Callias na obrazie Édouarda Maneta: wydaje się, że słychać szelest jej obfitej spódnicy z czarnej mory i brzęk złotych bransolet, bo ta światowa dama ułożyła się swobodnie na otomanie, nawet nie zdjęła pantofelków. Pędzel porusza się szybko, zamaszyście, pozostawiając prześwity, maziaje. Wydaje się, że uchwycił nawet cień sukni, zapach perfum promieniującej zalotną energią kobiety.

Na portrecie Henriego Fantina-Latoura Manet występuje w pełnym rynsztunku dżentelmena: jasne spodnie i czarny surdut z kamizelką, spod którego wystają śnieżnobiałe mankiety, do tego cylinder, laseczka, rękawiczki i krawat. Trudno uwierzyć, że ten bezbłędny paryski mieszczanin zrealizował postulaty swojego przyjaciela Baudelaire'a, stając się "malarzem życia nowoczesnego": "Malarzem, prawdziwym malarzem będzie ten, kto potrafi wydrzeć życiu dzisiejszemu jego epickość, pokaże je nam za pomocą koloru i rysunku pozwoli zrozumieć, jak jesteśmy wielcy i poetyczni w naszych krawatach i lakierowanych butach".

Wydaje się, że Manet brał pod uwagę te wskazówki, kiedy malował swoją przyjaciółkę Méry Laurent. Na portrecie najbardziej rzuca się w oczy jej obfite, czarne futro ze słynnego salonu Wortha. Artysta wydobył luksusową fakturę stroju, grubszego na piersi i delikatnie wykończonego wokół szyi. Zaznaczył też brązowe poblaski rozjaśniające głęboką czerń pelisy. Manet podziwiał wszak Velázqueza, bogactwo wyrazu w jego oszczędnych portretach hiszpańskiej arystokracji. Ta fascynacja, a także przyjaźń z Baudelaire'em, który nazywał czerń "barwą dziewiętnastego stulecia", leżała u źródeł predylekcji Maneta dla tego koloru, którego raczej unikali inni impresjoniści. A przecież długo przed małą czarną wielka suknia z czarnego jedwabiu była obowiązkowa w szafie eleganckiej pani.

Taką właśnie kreację ma na sobie "Paryżanka" Maneta: jest wąska w talii, ale obfita na dole, zaś długi tren oznacza, że do teatru i na wizyty dama musiała jeździć powozem. Porównanie tego obrazu z "Październikiem" Jamesa Tissota ukazuje szczególny sposób, w jaki traktowali modę impresjoniści. Ten ostatni, francuski portrecista wiktoriańskich elit, pokazał kokieteryjną panienkę , która przy wietrznej pogodzie unosi połę czarnego wizytowego kostiumu. Kaskady falbanek przypominają pozwijane, kasztanowe liście. Takie płaskie, dokładne malarstwo Zola porównywał z rycinami w kobiecych czasopismach i manekinami w domach mody. Inaczej czarną suknię potraktował Manet: namalowana nerwowymi pociągnięciami pędzla, z białymi odblaskami na kaskadach ciężkiego jedwabiu, jest ruchliwa, niedokładna, żywa. Strój jest tylko pretekstem, obraz nie pozwala zgadywać szczegółów wykończenia ani tajników kroju.

Dlatego aby zrozumieć, jak ubierały się damy w belle époque, trzeba spojrzeć na obrazy bardziej klasycznie usposobionych malarzy. Gwiazdą wystawy jest "W szklarni", portret żony Alberta Bartholomégo, w skomplikowanej biało-granatowej kreacji. Jest nieomal cudem, że ta sukienka doskonale się zachowała i jest eksponowana w gablocie obok. To jedyna dokładna paralela pomiędzy kostiumem a obrazem, ale na wystawie zgromadzono kilkadziesiąt strojów z epoki: przypominają te, które widać na obrazach, i stanowią prawdziwą ucztę dla oczu. Obok "Portretu pani Charpentier z dziećmi" Renoira oglądamy nabijaną dżetami, pyszną suknię z czarnej mory bardzo podobną do tej, która na obrazie rozkłada się na kanapie i ciągnie po dywanie. Z kolei obok "Rolli" Henriego Gervex pokazano halki i gorsety, podwiązki i majteczki. Dzisiaj może wydać się zaskakujące, że dziewiętnastowieczną publiczność zbulwersowała nie tyle śmiała poza modelki, lecz to, że przy łóżku nagiej dziewczyny leżą elementy jej bielizny - dowód, że chodzi o pannę lekkich obyczajów.

Tabernakulum mody

W kolejnych gablotach oglądamy suknie poranne, wieczorne, spacerowe: wszak elegancka dama przebierała się co najmniej osiem razy dziennie. W latach sześćdziesiątych dziewiętnastego stulecia, kiedy rodził się impresjonizm, w modę wchodziły krynoliny i kuperki, kaskady materiału, które wizualnie rekompensowały wąskość ściśniętej gorsetem talii. Oglądając wyszukane suknie z kosztownych materiałów, z niekończącymi się zakładkami, haftkami i falbanami, trudno oprzeć się wrażeniu, że szaleństwa dzisiejszej haute couture to nic w porównaniu z wysiłkami pań u schyłku dziewiętnastego wieku. Wówczas rodziła się moda w kształcie, jaki znamy: ze słynnymi projektantami, magazynami dla pań, katalogami i wysyłkami próbek. Dom mody jako nowoczesną świątynię opisał Zola we "Wszystkim dla pań" - sklepowa wystawa, gdzie piętrzą się delikatne koronki, kosztowne futra i ciężkie aksamity, staje się centrum kobiecego pożądania, przypomina kaplicę, nieomal tabernakulum.

Eleganckie damy mogły poprosić swoją modystkę o skopiowanie prezentowanego modelu albo też zakupić materiał wraz z instrukcjami dotyczącymi kroju - do powszechnego użytku weszły właśnie domowe maszyny do szycia. Najzamożniejsze damy zamawiały jednak stroje w wielkich domach mody w pierwszej dzielnicy Paryża. Niektóre firmy troszczyły się głównie o klientów zza oceanu, którzy kompletowali garderobę przy okazji europejskich wojaży: dla nich praktyczne skórzane walizki wymyślił Louis Vuitton.

Nowoczesny malarz nie mógł ignorować najnowszych trendów. Modniarskie czasopisma pożyczał od siostry nawet młody Cézanne: pokazane na wystawie olejne szkice "Spacer" i "Rozmowa" to nieco kanciaste, szorstkie malarskie ćwiczenia, parodie rycin z "La Mode Illustrée". Być może właśnie ten magazyn, z ustami uchylonymi z wrażenia, przegląda piękna rudowłosa na obrazie Renoira. Wizje impresjonistów pozostają żywe, nawet jeśli dawno utraciły aurę nieprzyzwoitości. "Nana" Maneta, kokietka, która w samej bieliźnie maluje się przed lustrem, to nadal nowoczesny obraz: został odważnie wykadrowany, z uciętą do połowy postacią towarzyszącego jej dżentelmena. W niedokończonym, monumentalnym "Śniadaniu na trawie w Fontainebleau" Moneta kobiety przypominają barwne motyle w słonecznym lesie. Natomiast wyeksponowane obok suknie z kuperkami, balowe woreczki, parasolki to tylko cienie minionego świata, historyczne eksponaty. Nawet drobno zbudowane współczesne kobiety nie zmieszczą się w tych rozmiarach. Można tylko wyobrazić sobie świat, który pachniał jak perfumy Guerlaina w butelce nieotwieranej od półtora stulecia.

"L'impressionnisme et la mode", wystawa w Musée d'Orsay, do 20 stycznia 2013 r., następnie wystawa będzie pokazywana w The Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku oraz w The Art Institute w Chicago.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.