Kiedy życie wypełnia myślenie o nieważnych drobiazgach, nie ma czasu na rozpacz. I jest mniej czasu na strach - rozmowa z Woodym Allenem, którego film ?Zakochani w Rzymie? wchodzi właśnie do kin
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Paweł T. Felis: Śpiewa pan - jak bohater "Zakochanych w Rzymie" - w łazience?

Woody Allen: Tak. Co więcej, to jedyny moment, kiedy naprawdę potrafię śpiewać. Ale łazienka nie wystarczy: musi być jeszcze prysznic. Bo każdy brzmi lepiej pod prysznicem. Dlaczego? Najpierw myślałem, że to kwestia dźwięku odbijanego przez kafelki. Potem - że chodzi o magiczne właściwości jonów w wodzie. Ale prawdopodobnie rzeczywistość jest brutalna: pod prysznicem nikt nie brzmi lepiej. Tylko gorzej się słyszy. Wystarczy zakręcić wodę i twój głos będzie tak samo paskudny jak na suchym lądzie.

Dużo tych złudzeń w pana filmie. Kolejny to oczywiście miłość: błyskawiczna, romantyczna, ale również będąca iluzją.

- Poza kinem miłość to najpiękniejsze złudzenie świata. Wiele osób zakochuje się błyskawicznie. Często słyszałem od kobiet: "Poznałam na przyjęciu mężczyznę i od razu wiedziałam, że zostanie moim mężem". To świetny punkt wyjścia do dramatu albo komedii, ale takie sytuacje zdarzają się w prawdziwym życiu cały czas. Sam przeżywałem to wielokrotnie: spojrzałem na kobietę i byłem całkowicie zadurzony. Potem nie możesz doczekać się telefonu, spotkania, rozmowy. Kiedy do nich dojdzie, bywa, że się odkochujesz. A czasem nie.

Ale mówię tylko o tym, co znam. Tak naprawdę żadnej mądrości poza ponoszeniem porażki za porażką ze swojego życia nie wyniosłem. Bo największym złudzeniem jest przekonanie, że jesteśmy w stanie coś zrozumieć: miłość, świat, rzeczywistość. Znaleźć jakiś klucz. A on nie istnieje.

Przeczytaj recenzję "Zakochanych w Rzymie" Jacka Szczerby.

Znalazł pan swój klucz do Rzymu?

- Od dawna wiedziałem, że będę tam robił film. Ale długo nie miałem pojęcia, jak udźwignąć niewyobrażalną energię Rzymu. Jak uchwycić ten hałas, zamęt, ludzi wpadających na ulicę wprost pod samochody, samochody wpadające w restauracje, uwielbienie dla jedzenia, muzyki i ubrań czy nonszalancki zwyczaj siadania na ulicach i schodach? Uznałem, że jedynym wyjściem jest duża liczba wątków i postaci, nieco chaotyczny kolaż. Zasugerowanie wielu możliwości, ale skupienie na kilku z nich. Przecież kamera, która obserwuje Piazza Venezia, mogłaby podążyć za kimś zupełnie innym.

Dlatego oryginalnie film miał nosić tytuł "Bop Decameron"?

- Tak, ale kto dzisiaj wie, czym był "Dekameron"? Zmieniłem więc tytuł na "Nero Fiddles". Wtedy mój producent dostał listy od dystrybutorów z całego świata, że nie wiedzą, co to znaczy. Skończyło się na "To Rome with Love": mniej oryginalnie, za to zrozumiale dla wszystkich.

Były już Londyn, Barcelona, Paryż. Nie boi się pan, że te filmowo-turystyczne wycieczki mogą stać się coraz bardziej mechaniczne?

- Nie. Mechaniczne byłoby trzymanie się kurczowo Nowego Jorku, a tam wszystkie najpiękniejsze miejsca już sfilmowałem. Poza tym kręcenie zdjęć w Nowym Jorku jest niewyobrażalnie drogie. Nie stać mnie na to. Chociaż teraz znów planuję film w Stanach.

Pamięta pan jeszcze zrealizowany z dala od miasta "Seks nocy letniej"?

- Ale to było 30 lat temu! Zdarza mi się oczywiście wyjeżdżać poza miasto. Przyglądam się drzewom, ptakom, jeziorom, toleruję nawet insekty. Ale góra przez godzinę. Potem jak najszybciej muszę wrócić, fizycznie poczuć ulicę. Nie muzea, nie kościoły, tylko sklepy, restauracje, teatry, księgarnie. Zwykłych ludzi. Gdyby nie moje filmy, nie spędziłbym w ostatnich latach tylu tygodni w europejskich miastach, które znałem tylko jako miejsca z pocztówki.

Ale nie wyobrażam sobie, by mógł pan niezauważalnie wmieszać się w tłum.

- To prawda. Ale to problem, z którym zmagam się całe życie: bardzo chciałbym urodzić się w życiu kimś innym, ale, niestety, żyję i umrę jako Woody Allen.

Przeczytaj także:

 

Recenzja filmu "Poznasz przystojnego bruneta" (2011) oraz rozmowa z Allenem: "Rzeczywistość jest nie do zniesienia"

 

Ranking Allena europejskiego

 

"Najlepszy Allen od lat" - Paweł T. Felis o "O północy w Paryżu", poprzednim filmie Allena

 

"Doskonały" - pisał o tym samym filmie Tadeusz Sobolewski po premierze w Cannes

 

"O północy w Warszawie" . Co by było, gdyby Allen nakręcił film w stolicy Polski - zastanawia się Krzysztof Varga

Czy miał pan kiedykolwiek moment, kiedy - jak grany w pana filmie przez Roberto Benigniego przeciętniak - poczuł się uzależniony od sławy?

- Uzależniony jestem cały czas. Pamiętam moment, kiedy po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że jestem sławny: było to wiele lat temu, gdy zacząłem pracować w telewizji. Dla anonimowego wcześniej człowieka dziwne, niezręczne uczucie. Nagle wszyscy cię znają, zaczepiają na ulicy. Ale też zaczynają traktować jak kogoś wyjątkowego i uprzywilejowanego. Nie wynalazłeś penicyliny, nie odkryłeś lekarstwa na raka. Jesteś tylko dostarczycielem rozrywki, a dostajesz najlepsze miejsca na meczach baseballowych, w operze i restauracji. I przy okazji stajesz się bezbronny, bezradny, a przede wszystkim słaby.

Bo pojawia się pycha? Przerośnięte ego?

- Bo innego życia nie znasz. Proszę pamiętać, że jestem sławny przez prawie całe swoje dorosłe życie, czyli jakieś pół wieku. Nie wyobrażam sobie sytuacji, kiedy dzwonię do restauracji i słyszę: "Przykro nam, nie mamy jutro wolnych miejsc". Bo nikt mnie do tego nie przyzwyczaił - stałem się uzależniony od bycia rozpieszczanym.

Moja postać mówi w filmie: "Życie jest bardzo trudne i bolesne bez względu na to, czy jesteś sławny, czy nie. Ale z tych dwóch - lepiej być sławnym". Tak naprawdę złe strony sławy to wyłącznie niuanse. Paparazzi to niuans. Fakt, że twoje życie nie jest prywatne, to niuans. Nie wiąże się z tym zagrożenie życia, nie jest to śmiertelna choroba. Wadę widzę tylko jedną: z powodu sławy stajesz się społecznie niepełnosprawny, bo oduczasz się o cokolwiek walczyć.

A rozpieszczanie przez krytyków i widzów na całym świecie twórczo nie usypia?

- Różnie z tym rozpieszczaniem bywa. Za niektóre filmy dostawałem cięgi, za inne byłem przesadnie wychwalany. Ale te opinie rzadko zgadzają się z tym, co o swoich filmach myślę ja sam. Zresztą jako reżyser jestem egoistą i zawsze robię filmy tak, jak chcę. A raczej próbuję robić tak, jak chcę, a robię tak, jak umiem.

Nie występował pan w swoich filmach od sześciu lat.

- I byłem pewny, że już nigdy nie wystąpię. Ale kiedy skończyłem pisać scenariusz "Zakochanych...", zobaczyłem postać, którą mógłbym zagrać. Oczywiście wolałbym ukraść rolę Jesse'emu Eisenbergowi. Ale mam 76 lat i czas głównych ról już dla mnie minął. Teraz mogę grać dziadka. Co najwyżej starego ojca - ta druga wersja podoba mi się dużo bardziej. Zresztą zagrałbym kogokolwiek, gdybym tylko miał okazję. Ale w moim kolejnym filmie dla mnie jej nie będzie.

Rola w "Zakochanych w Rzymie" jest szczególna: gra pan starszego artystę, którego największym nieszczęściem wydaje się to, że świat chce go wysłać na emeryturę.

- Nie mam w sobie narcystycznej potrzeby, by ciągle coś światu obwieszczać. Ale kręcę filmy, bo organicznie muszę trzymać się codziennych rytuałów. To jak z ćwiczeniami fizycznymi i regularnymi wizytami u lekarzy - pozwala zachować formę. Muszę pisać, zjawiać się na planie i montować, tak jak muszę grać na klarnecie i codziennie jeść. Bo to trzyma moją starość w ryzach. A kiedy twoje życie wypełnia myślenie o tak nieważnych drobiazgach, nie ma czasu na rozpacz. I jest mniej czasu na strach.

W filmie "Woody Allen: A Documentary" Roberta B. Weide'a widzimy pana przy pracy: maszynopisy z ręcznie pozszywanymi fragmentami, szuflada pełna przypadkowych kartek, z których każda to nowy pomysł na film - krótka myśl, czasem jedno zdanie. Zdąży pan je zrealizować?

- Dzięki Bogu większość z nich w ogóle niewarta jest tego, żeby zmieniać je w scenariusz. Ale coraz częściej zdaję sobie sprawę, że swoich pomysłów nie dogonię. Bo ciągle ich przybywa, a nie mogę robić filmów częściej niż raz na rok. Pozostaje nadzieja, że żaden z najlepszych pomysłów się nie zmarnował. Nie ma mowy o przerwach i wakacjach. Muszę się spieszyć.

Bo gdzieś wśród tych kartek może być pomysł na arcydzieło?

- Ale kartka to za mało. Może gdybym dał taką kartkę Felliniemu, od razu zrobiłby z tego dzieło wybitne. A ja? Jeśli miałbym nakręcić arcydzieło, już by się to stało. Bądźmy szczerzy: 76 lat, jakieś czterdzieści cztery filmy. Czyli wystarczająco dużo możliwości, szans, artystycznej wolności, żeby już się to zdarzyło. Więc gdzie to jest? Najwyraźniej nie we mnie.

Ale w dokumencie Weide'a przyznaje pan mimochodem, że nie lubi swoich filmów długo dopieszczać.

- Bo nie lubię. I nie mam do tego cierpliwości. Nie poprawiam scenariuszy miesiącami. Nie lubię dubli. Nie lubię niekończącego się przestawiania scen w montażu. Nigdy też nie robię prób z aktorami - wystarczy, że wybieram najlepszych, a oni dają z siebie wszystko: ja mam wtedy mniej pracy. Zwłaszcza kiedy odzywają się sami, jak Penelope Cruz, która zadzwoniła do mnie: "Wiem, że robisz film w Rzymie, a ja świetnie mówię po włosku". Nic więcej nie musiała tłumaczyć. Po prostu napisałem dla niej rolę - taki mały prezent dla dziewczyny, dzięki której ten włoski film jest trochę bardziej hiszpański.

Jeśli naprawdę coś lubię w pracy, to podkładać do filmu muzykę. Siedzisz w montażowni, widzisz na ekranie nagi, surowy obraz. Ale wystarczy pójść do pokoju obok, wybrać najlepsze z najlepszych muzyczne tematy - coś z Mozarta, coś z Armstronga, coś z Cole'a Portera. Wkładasz jedno tu, drugie tam - i w jednej chwili film nabiera życia. Prawie magia. Co nie znaczy, że dobieram muzykę tygodniami: we wszystkim muszę pracować w określonym rytmie. Przychodzi wiek, kiedy nie bez znaczenia jest fakt, o której godzinie kładziesz się spać.

Wie pan, dlaczego poprzedni pana film "O północy w Paryżu" okazał się najchętniej oglądanym i najbardziej kasowym filmem Woody'ego Allena w całej pana karierze?

- To kompletnie niewytłumaczalne. Wszystkie filmy robię dokładnie w ten sam sposób. I zawsze tak samo się staram. Ale dlaczego sukces "O północy..." był tak niewyobrażalny? Nie mam pojęcia. Kto dziś wie, kim był Bunuel albo Zelda Fitzgerald? Kto dziś marzy o tym, żeby przenosić się w czasie? Jeśli było w tej historii coś wyjątkowego, to nie pochodziło ode mnie. Ja zrobiłem tylko to co zawsze.

"O północy..." w żaden sposób mojego życia nie zmieniło i nie zmieni. Nie zgłosiła się żadna amerykańska wytwórnia, która chciałaby wyłożyć pieniądze na następny projekt. Z jakiegoś powodu mnóstwo ludzi chciało zobaczyć ten film i miało z tego radość. Jeśli wciąż mogę ją komuś dać, to być może umieranie trzeba jeszcze trochę odłożyć.

Pięć przykazań Allenowskich - Krzysztof Varga

 

Czy można nie lubić Allena? - pisze Jacek Szczerba

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem