Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W przeciwieństwie do tradycyjnego drutu kolczastego drut ostrzowy - czy też nożowy - zaopatrzony jest w niewielkie żyletkowate nożyki z blachy, które nie tylko wbijają się w ciało, ale też tną skórę, mięśnie i naczynia krwionośne.

W zależności od rodzaju drutu ostrza mogą być różnej wielkości i kształtu. Zwoje takiego drutu - tzw. koncertina - mogą być śmiertelną pułapką dla ludzi i zwierząt, a jej stosowanie, choć nie jest regulowane europejskim prawem, budzi coraz większe wątpliwości i kontrowersje.

Koncertina na europejskich granicach

W Europie pierwszy raz na granicy zamontowano tego typu zabezpieczenia w 2005 r. na szczycie ogrodzenia wokół miast Ceuta i Melilla, hiszpańskich enklaw w Afryce Północnej, ale już w 2007 r. podjęto decyzję o jego częściowym usunięciu, uznając, że jest zbyt niebezpieczny.

Dyskusja o jego stosowaniu na granicach rozpoczęła się na dobre w 2009 r., gdy młody Senegalczyk wykrwawił się na śmierć pokaleczony przez drut nożowy na granicznym płocie w Ceucie. Wtedy koncertinę nazwano "krwawym sposobem ochrony granic" i od tego czasu kolejne hiszpańskie rządy zapowiadają, że drut zdejmą albo zastąpią zaporą bardziej humanitarną, ale wywiązują się z tych zobowiązań częściowo i z opóźnieniem. Poza tym Maroko, nie przejmując się względami humanitarnymi, zaczęło stawiać tego typu zabezpieczenia po swojej stronie granicy.

Koncertina na granicach, szczególnie gdy jest kładziona przy gruncie, wzbudza na tyle duże wątpliwości, że nawet niektóre firmy ją produkujące odżegnują się od takiego celu jej przeznaczenia. Jak podaje brytyjski „The Guardian", w 2015 r. niemiecka firma Mutanox odmówiła sprzedaży koncertiny rządowi Orbána.

Szef firmy Efekan Dikici tłumaczył wtedy „Guardianowi": " Chcemy oczywiście sprzedawać drut nożowy, ale tylko do właściwych celów: do zabezpieczania mienia, fabryk, więzień lub stosowania na burtach statków, aby zapobiec piractwu. W tych celach jest to uzasadnione, ale kiedy używa się go przeciwko ludziom, którzy potrzebują pomocy, to jest to niestosowne".

Ostatecznie koncertinę Węgrom sprzedała hiszpańska firma European Security Fencing, a gdy spadała na nią fala krytyki, jej rzecznik tłumaczył, że firma nie ma wpływu na to, gdzie i jak koncertina jest instalowana. Obecnie największym dostawcą drutu nożowego w Europie jest polska firma GC Metal, która chwali się tym na swoich stronach.

W koncertinie giną zwierzęta

Gdy płot, który jest podobny do stawianego obecnie na naszej wschodniej granicy, powstał na granicy chorwacko-słoweńskiej w czasie kryzysu migracyjnego w latach 2015-16, nie trzeba było długo czekać, aby świat obiegły zdjęcia martwego jelenia, zaplątanego i wykrwawionego na takim ogrodzeniu.

Oficjalnie władze Słowenii twierdziły, że w drutach zginęło kilkanaście zwierząt, głównie jeleni, ale zdaniem lokalnych przyrodników i myśliwych to bardzo zaniżone dane. Twierdzą, że w bardzo krótkim czasie zginęło kilkadziesiąt, nawet setka zwierząt. Ogrodzenie podzieliło też wilcze oraz rysie terytoria i przegrodziło trasy wędrówek niedźwiedzi, co zdaniem naukowców będzie miało wpływ na różnorodność genetyczną tych zwierząt.

To samo już dzieje się na granicy Białorusi z Litwą i Polską.

Białoruska straż graniczna publikuje filmy, na których widać martwe łosie zaplatane w koncertinę. To zwierzęta, które próbowały wędrować z Litwy i Polski na Białoruś. Na białoruskich filmach widać rozciągnięty drut i bardzo poranione zwierzęta, które musiały desperacko walczyć o życie.

Nie ma wątpliwości, że spotkała je straszna śmierć. Drut kaleczył, wyrywał całe kawałki mięsa, co białoruskie służby graniczne pokazują z wyraźną satysfakcją jako przykład barbarzyńskiego traktowania żywych istot. A to tylko część takich wypadków. Nie wiadomo, ile zwierząt zginęło, idąc w przeciwnym kierunku. Nie ma żadnych rzetelnych informacji na ten temat. W związku ze stanem wyjątkowym zakazano w strefie nim objętym przebywania dziennikarzom.

W Puszczy Białowieskiej zabójcze druty rozciągnięto na razie tylko na części granicy w okolicach wsi Masiewo. Jak wynika z informacji uzyskanych przez "Wyborczą" od tamtejszej ludności, w ostatnich dniach w druty zaplątał się samiec jelenia. Zginął w strasznych męczarniach. Nikt nie był w stanie mu pomóc i wyplątać go z ogrodzenia ani użyć broni, by skrócić jego cierpienia.

Rysie znikną z Puszczy Białowieskiej? 

Rządzący zdają sobie sprawę z tego, co się dzieje i jak fatalnie może to wpłynąć na ich wizerunek. Politycy PiS zapowiedzieli więc, że ogrodzenie z drutu nożowego będzie dodatkowo zabezpieczone siatką, aby zwierzęta były oddzielone od kaleczących zasieków. Ale to tylko pudrowanie prawdziwych i poważnych problemów.

Pierwszy to rozdzielenie populacji rzadkich zwierząt dokładnie tak, jak stało się to na Bałkanach.

-  Z badań telemetrycznych wiemy, że w Puszczy Białowieskiej wilki przechodzą przez granicę – mówi Rafał Kowalczyk, profesor Instytutu Biologii Ssaków PAN w Białowieży.

Jeszcze bardziej poważny problem jest z rysiami. Samce mają na tyle duże terytoria (nawet do 350 km kw.), że bardzo często obejmują one obszary po obu stronach granicy. Dotyczy to też niektórych samic.

Podzielenie Puszczy nieprzekraczalną barierą spowoduje rozdzielenie ich terytoriów i całej populacji, ograniczy możliwość rozrodu i migracji, co na pewno wpłynie na zmienność genetyczną populacji, a ponieważ jest ona i tak już dość niska, to może spowodować wymarcie rysia w Puszczy. A przypomnijmy, że jest on i tak już bardzo rzadkim gatunkiem w skali kraju - jego populacja oceniana jest na około 200 zwierząt i praktycznie nie zmieniła się od chwili objęcia rysi ochroną ponad 20 lat temu.  

RyśRyś 123RF

Drugi problem jest taki, że przecież dla rysi taki płot nie będzie stanowił żadnej przeszkody przed wejściem w koncertinę i śmiercią z wykrwawienia. Zresztą nawet zwykła siatka może być dla nich - i nie tylko dla nich - niebezpieczna.

- Rysie potrafiły się zaplątać w zwykłą siatkę służącą do grodzenia upraw leśnych – mówi prof. Kowalczyk. Do takiego wypadku doszło np. w 2008 r. na Podkarpaciu. Choć rysia udało się uratować, stracił przednią łapę i nie mógł wrócić na wolność.

W mało licznej i dodatkowo podzielonej populacji już śmierć pojedynczego zwierzęcia, szczególnie rozmnażającej się samicy, będzie ogromnym zagrożeniem dla przetrwania tej populacji (w polskiej części Puszczy w poprzednich latach były nie więcej niż cztery samice!).

Terytoria rysi z lat 2008-12 na podstawie badań IBS PAN w Białowieży.Terytoria rysi z lat 2008-12 na podstawie badań IBS PAN w Białowieży. IBS PAN

Polskie koncertina i białoruska sistiema. Zabójcza pułapka 

To jednak nie koniec problemów. Po białoruskiej stronie od lat istnieje tzw. sistiema. To naszpikowany elektroniką płot z tradycyjnego drutu kolczastego. Powstał na początku lat 80. ubiegłego wieku, gdy władze ZSRR zaczęły obawiać się, że ideały polskiej „Solidarności" mogłyby okazać się zaraźliwe dla sowieckich obywateli. 

Na granicy z Ukrainą sistiema albo się sama rozpadła, albo została rozebrana. Białoruś, od kiedy rządzi nią Łukaszenka, sprawnie konserwuje przeszkodę, która wygląda teraz niczym łagrowe ogrodzenie.

– Dla zwierząt takich jak jelenie czy żubry to przeszkoda nie do pokonania, ale już rysie, wilki albo dziki nauczyły się ją forsować – wyjaśnia prof. Kowalczyk. Radzi z nią sobie też niedźwiedź, który od dwóch lat dość regularnie jest obserwowany po obu stronach granicy w Puszczy.

W Puszczy Białowieskiej najlepiej widać sistiemę koło przejścia granicznego w Grudkach. Tam białoruskie zasieki znajdują się bardzo blisko granicy i zaoranego pasa ziemi. Ale nie wszędzie tak jest. Na długości wielu kilometrów sistiema przebiega z dala od granicy.

Każdy może dokładnie prześledzić przebieg sistiemy - widać ją wyraźnie na zdjęciach satelitarnych dostępnych w Google Earth. W Puszczy Białowieskiej są miejsca, gdzie jest oddalona od granicy nawet do 2 km. Zresztą nawet odległość 500 m w lesie takim jak Puszcza, pełnym zwalonych drzew i gęstej roślinności, to dużo.

Oznacza to, że między polską granicą a białoruskimi zasiekami istnieje cała masa enklaw, które się zwężają i zamykają tam, gdzie sistiema znów zbliża się do granicy. Te enklawy czasami są niewielkie, a czasami olbrzymie. Jedna z nich na wschód od Białowieży to około 700 ha lasu.

Wiadomo też, że bardzo chętnie korzystają z nich zwierzęta. - Powód jest prozaiczny. To tereny, na których mają absolutny spokój - mówi Piotr, zamieszkały w Białowieży znawca przyrody, który jak mało kto zna realia Puszczy i granicy (prosi o niepodawanie jego nazwiska).

Samce żubra o świcie. Puszcza BiałowieskaSamce żubra o świcie. Puszcza Białowieska Fot. Rafał Kowalczyk

Dla zwierząt przestrzeń między polską granicą i sistiemą jest bardzo atrakcyjnym terenem, porównywalnym z najściślej chronionymi rejonami Białowieskiego Parku Narodowego. Nie ma tam żadnego ruchu turystycznego, nie ma polowań. Zwierzęta nawet nie są specjalnie niepokojone przez białoruskich pograniczników, którzy zwykle patrolują te rejony wzdłuż sistiemy lub pasa granicznego.

Tysiące hektarów lasów między polską i białoruską granicą są właściwie wyłączone z jakiejkolwiek ludzkiej obecności. Jelenie, dziki, sarny, łosie, wilki lub rysie, które przekroczą polską granicę i nie zbliżą się za bardzo do białoruskich zasieków, mają tam święty spokój, żadnej szansy na spotkanie  z człowiekiem.

- W niektórych regionach jelenie przechodziły na zachodnią stronę granicy, by się popaść, a później wracały na wschód, bo tam zwyczajnie miały spokój – wyjaśnia Piotr. Podobnie jest żubrami. Zdarzało się, że właśnie tam rozmnażały się samice rysi, co pokazały badania telemetryczne Instytutu Biologii Ssaków PAN.

Jeżeli wzdłuż całej granicy, tak jak zapowiadał to rząd, powstanie ogrodzenie, to bardzo wiele zwierząt nie tylko straci ostoję, ale też wiele znajdzie się najprawdopodobniej w śmiertelnej pułapce. Prace przy polskim płocie mogą sprawić, że wejdą zwyczajnie głębiej w białoruską część Puszczy i nie będą sobie zdawać sprawy, że właśnie zostały zamknięte w śmiertelnej pułapce.

Owszem, wilki, rysie, dziki albo mniejsze zwierzęta, takie jak lisy lub borsuki, jeżeli nie nadzieją się na nożowy płot po polskiej stronie granicy, będą mogły wrócić na Białoruś. One nauczyły się forsować białoruskie ogrodzenie ze zwykłego drutu kolczastego. Wilki zwykle się pod nim podkopują, natomiast rysie przechodzą między drutami.

Ale jelenie, sarny, łosie i żubry, które nie są w stanie pokonać białoruskiej sistiemy, znajdą się w pułapkach bez wyjścia.

Dopóki Puszcza Białowieska jest zielona, mogą w takich niewielkich enklawach przeżyć, ale zimą już nie. Wtedy puszczańskie zwierzęta przemieszczają się w poszukiwaniu pokarmu i teren między drutami może być za mały, aby mogły przeżyć. Będzie czekała je śmierć z głodu albo na drutach.

Dlaczego nikt nie konsultuje ochrony granicy z naukowcami?

Zapewne granicę można chronić tak, aby w jak najmniejszym stopniu zaszkodzić przyrodzie, ale to wymagałoby konsultacji z naukowcami. Tych w Puszczy nie brakuje.

- Na razie nikt nie wyraził chęci rozmowy z nami na ten temat, choć od początku informowaliśmy, że zasieki na granicy będą nieprzekraczalną barierą i śmiertelną pułapką dla zwierząt. W tak unikatowym miejscu jak Puszcza Białowieska, która jest jedynym w Polsce przyrodniczym obiektem światowego dziedzictwa UNESCO i miejscem do życia dla wielu rzadkich i zagrożonych gatunków, można było rozważyć inne rozwiązania  – mówi prof. Kowalczyk.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.