Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Prof. dr. hab. n. med. Marek Postuła jest kardiologiem, internistą, pracuje w Katedrze i Zakładzie Farmakologii Doświadczalnej i Klinicznej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, jest dyrektorem medycznym w Longevity Center. Interesuje go wpływ na organizm człowieka jakości pożywienia, zanieczyszczenia środowiska i stresu.

Prof. Marek PostułaProf. Marek Postuła (materiały prasowe)

Ewa Tomkowska: Pandemia zamieszała w pana pracy naukowej?

Prof. dr hab. n. med. Marek Postuła: Jedna z moich ostatnich publikacji dotyczyła COVID-19. Koleżanka z Wiednia, mająca dostęp do badań wykonanych na chorych, zachęciła mnie do znalezienia nowych cząsteczek, które mają znaczenie prognostyczno-diagnostyczne w tej chorobie. Stworzyliśmy więc zespół wraz ze specjalistką od analizy bioinformatycznej z Brazylii.

Wykonaliśmy tę pracę bez spotkań, nawet tych online. Wszystko opierało się na wymianie maili i pracy nad wspólnymi plikami. Jeśli zna się zespół, z którym się współpracuje, spotkania nie są potrzebne.

Wykonaliśmy tę pracę bez spotkań, nawet tych online. Wszystko opierało się na wymianie maili i pracy nad wspólnymi plikami. Jeśli zna się zespół, z którym się współpracuje, spotkania nie są potrzebne.

W czasie pandemii dostęp do wiedzy eksperckiej stał się prostszy. Na wielu konferencjach naukowych wykłady odbywają się w tym samym czasie. Wybieramy jeden ze względu na opis, ale potem prezentacja okazuje się nieinteresująca. Online łatwiej się przełączyć.

No i jakość wykładu zyskuje większe znaczenie. Specjaliści czasem zapominają, że nie wszyscy na widowni zajmują się ich wąską dziedziną nauki i choć interesują się medycyną, to nie są w stanie wszystkiego zrozumieć. A wykład online, kiedy nie widzimy słuchacza, a ten może nie być skoncentrowany, nie tylko musi być zrozumiały, ale też musi mieć odpowiednią dramaturgię.

Uważam też, że wykłady powinny być krótsze. Najlepiej, by trwały 5-7 minut. Jeśli są dłuższe, słuchacze się rozpraszają.

Czy epidemia zmieniła podejście ludzi do własnego zdrowia?

- "Pacjent cierpiał na choroby współistniejące" - niemal do każdej informacji o zgonie z powodu COVID-19 dodawana jest ta formułka.

I mam przeczucie, że osoby cierpiące na choroby współistniejące - układu krążenia (np. niewydolność serca czy nadciśnienie), układu oddechowego (jak POChP) czy na cukrzycę - trochę się przestraszyły. Liczę na to, że ten strach doprowadzi do zmiany trybu życia. Może niektórzy zaczną dbać lepiej o to, co jedzą, ile czasu poświęcają na sport i ruch.

Jutronauci
CZYTAJ WIĘCEJ

Takich pandemii będzie więcej.

Tryb życia zaczyna mieć większe znaczenie niż dotychczas. To od nas zależy, jak przechorujemy COVID-19 lub chorobę wywołaną innym patogenem. Większość "chorób współistniejących" ma podłoże zapalne. A właśnie odpowiednią dietą i aktywnością fizyczną ten stan zapalny można ugasić. Dobre nawyki to świetne leki.

Na razie mamy zakodowane, że medycyna leczy choroby. Idziemy do lekarza, kiedy jesteśmy chorzy. A Hipokrates patrzył na medycynę inaczej - leczenie pacjenta polegało na zapobieganiu chorobom. W Chinach lekarzom płacono za to, żeby utrzymywali pacjenta w zdrowiu. Ci, którym pacjenci zachorowali, byli uważani za złych specjalistów.

I teraz każdy z nas będzie miał swojego lekarza?

- Byłoby wspaniale. Ale przy obecnych brakach kadrowych to mrzonka. Będzie odwrotnie - lekarz i pobyt w szpitalu staną się dobrem luksusowym.

Podczas pandemii zastanawiamy się, czy wystarczy miejsc w szpitalach dla tych, którzy COVID-19 przechodzą ciężko. Na szczęście w Polsce takich pacjentów nie jest dużo. Ale w wielu krajach lekarze stawali przed trudnym wyborem, kogo ratować.

W Polsce też tak może być - jeszcze przy tej pandemii lub innej.

Dlatego tak ważne, byśmy o siebie dbali. Liczy się nie tylko długość życia, ale także jego jakość. Gdybym miał wybierać, wolałbym żyć 80 lat w zdrowiu, niż żyć lat 120, w tym 50 z ciężkimi chorobami.

Tym bardziej że wielu z nas już niedługo będzie musiało pracować do końca życia.

Kto ma nas uczyć zdrowego trybu życia? Lekarz?

- Taką edukacją należy objąć już dzieci. W szkołach powinny się pojawić zajęcia o zdrowym odżywianiu.

To także zadanie lekarza podstawowej opieki zdrowotnej. Ale przy dzisiejszej ilości pracy takiego lekarza to niemożliwe.

Edukacja zdrowotna nie interesuje polityków, bo przynosi efekty dopiero po 10-20 latach. Dlatego chętniej mówią o chorobach ciężkich, np. nowotworach.

Czy nowe technologie pomogą edukować społeczeństwo?

- Aplikacje zdrowotne w telefonie powinny być standardem. To prawda, mogą godzić w wolność, zbierając dane wrażliwe, ale moim zdaniem zdrowie jest ważniejsze.

Lekarze będą czytać to, co zmierzył nam telefon?

- Ja już zaglądam do telefonów swoich pacjentów. Takie dane udostępniają mi głównie ci spoza Polski, których konsultuję online.

Pandemia pokazała, że można mieć dostęp do lekarzy z całego świata. Teleporady już z nami zostaną.

Niestety, może to się odbić na jakości leczenia. Dużą wartością w leczeniu jest lekarz prowadzący i ciągłość terapii. Już dzisiaj dla wielu osób jest to niemożliwe, wciąż chodzą do innego lekarza.

A także teleporada ma największy sens u jednego lekarza prowadzącego. Taki lekarz nas zna. Potrafi szybko znaleźć coś niepokojącego.

Jutronauci 2020: świat po pandemii. Edycja specjalna

Nowa rzeczywistość nie musi być koszmarem, może być pełna szans. Nad tym będziemy zastanawiać się w tym wyjątkowym roku i zaczynamy nasz program wyjątkowo wcześnie. Do współpracy zapraszamy Jutronautów z poprzednich trzech edycji - wyjątkowe osoby z pozornie odległych od siebie światów - którzy tłumaczą przyszłość czytelnikom "Wyborczej". Zapraszamy też innych ekspertów, którzy chcą się dzielić z nami swoimi prognozami.

To już czwarta edycja programu "Jutronauci", którego partnerem strategicznym jest Sebastian Kulczyk.

Więcej o przyszłości: wyborcza.pl/jutronauci

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.