Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dragon wystartował w sobotę o godz. 21.22 naszego czasu (pierwsza próba startu kilka dni temu została w ostatniej chwili odwołana - z uwagi na burzę i ryzyko uderzenia pioruna). 

Na orbitę okołoziemską wynosiła go należąca również do SpaceX rakieta Falcon-9, która mierzy ponad 65 metrów i w pełni zatankowana waży blisko 550 ton. 

Na pokładzie dwóch astronautów: dowódca misji Robert Behnken oraz pilot statku Douglas Hurley (obaj to astronauci weterani, w korpusie NASA od 2000 r.). 

O celach ich próbnej misji, nazwanej Demo-2, można przeczytać tu:
To wielki krok dla SpaceX i NASA, ale maleńki dla ludzkości

Podróż na orbitę przebiegła bez problemów. Po około 10 minutach statek osiągnął prędkość 27 tys. km/godz. i wzniósł się na wysokość 200 km. W tym czasie pierwszy człon rakiety Falcon-9 wrócił na Ziemię - wylądował na platformie na Atlantyku (będzie mógł być użyty po raz kolejny).

- To było niesamowite, podziwiam waszą ciężką pracę i świetną jazdę w kosmos - powiedział już na orbicie pilot statku Douglas Hurley do zespołu kierującego rakietą w centrum kontroli lotów na Ziemi. 

Po raz pierwszy w historii załogowych lotów w USA misją nie kieruje zespół NASA w Houston, lecz inżynierowie firmy SpaceX w południowej Kalifornii.

Zobacz przebieg startu Dragona na poniższym nagraniu:

 

Zarówno start, jak i lot oraz dokowanie do stacji odbywają w pełni automatycznie. Astronauci mają tylko monitorować ich prawidłowy przebieg. Na pokładzie zamiast tradycyjnych pokręteł i przycisków są ekrany dotykowe.

Behnken i Hurley mieli na sobie nowe ciśnieniowe skafandry kosmiczne i plastikowe hełmy wydrukowane na drukarce 3D. Eksperci SpaceX zaprojektowali je tak, żeby były wygodniejsze niż słynne pomarańczowe i workowate skafandry NASA, a także bardziej eleganckie.

Astronauci wyglądali w nich trochę jak postaci z filmów science fiction. Godzinę po udanym starcie, mogli je już zdjąć i przejść w tryb normalnego życia i pracy na orbicie.   

Dinozaur na orbicie!

Obserwatorzy sobotniej transmisji mogli zobaczyć, że po osiągnięciu prędkości orbitalnej astronauci uwolnili w kabinie Dragona... dinozaura. Pluszowa (lub nadmuchiwana maskotka) w czasie startu była przypięta do jednego z wolnych foteli, obok dowódcy. Po uwolnieniu z pasów szybko  odleciała gdzieś poza pole widzenia kamery.

Dinozaur-maskotka - 'wskaźnik nieważkości' w locie Demo-2 statku DragonDinozaur-maskotka - 'wskaźnik nieważkości' w locie Demo-2 statku Dragon SpaceX

To nie jest pierwszy dinozaur na orbicie. Do długoletniej już tradycji załogowych lotów w kosmos weszło zabieranie do kabiny statku kosmicznego tzw. wskaźnika nieważkości. Jest nim zwykle jakaś maskotka, pluszowy misio, kotek, czy inna przytulanka, którą załoga kładzie w widocznym miejscu. Powinna być miękka, żeby nikogo nie skaleczyć w czasie lotu.

Kilka minut po starcie przychodzi taka chwila, że statek wyłącza silniki i zaczyna już lecieć swobodnie. Astronauci po raz pierwszy doświadczają stanu nieważkości. Pierwszy znak, że statek właśnie wkroczył w tę krainę nieważkości, daje właśnie zabawka, która odrywa się od podłogi i swobodnie żegluje w kabinie niczym napełniony helem balonik.  

W niedzielę Dragon połączy się z Międzynarodową Stacją Kosmiczną

Zgodnie z planem Dragon ma zadokować do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej w niedzielę o 16.29 naszego czasu. Behnken z Hurleyem przeniosą się do nowego domu, w którym spędzą najbliższe tygodnie. 

W tej chwili w stacji na orbicie przebywają amerykański dowódca i dwóch rosyjskich kosmonautów. Jeden z nich - inżynier Iwan Wagner - wrzucił na Twittera zdjęcie kompleksu startowego na przylądku Canaveral na Florydzie, które zostało wykonane wczoraj z pokładu stacji, i napisał: "czekamy na was na międzynarodowej stacji kosmicznej!".

Historyczna misja

O wadze, jaką NASA przykładała do tej misji, symbolicznie świadczy miejsce dzisiejszego startu. Falcon-9 z Dragonem wystartowali ze słynnej platformy 39A w Centrum Kosmicznym Kennedy'ego na Florydzie. To stamtąd startowały na Księżyc misje Apollo, a potem amerykańskie promy kosmiczne.

NASA przerwała program wahadłowców w 2011 r. Promy okazały się zbyt drogie i zawodne. Każda ich misja kosztowała ok. miliarda dolarów. Od tamtej za kilkadziesiąt milionów dolarów kupowała swoim astronautów miejsca w rosyjskich Sojuzach.

Amerykanie latali więc do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej na pokładach rosyjskich statków, które zostały zaprojektowane ponad pół wieku temu podczas amerykańsko-radzieckiego wyścigu na Księżyc.

Była to więc dla NASA i USA wstydliwa dekada. Ale Amerykanie jej nie zmarnowali. Postanowili przekazać zadanie wynoszenia astronautów na niską orbitę, do stacji kosmicznej, firmom prywatnym. W 2014 r. NASA przyznała dwa kontrakty na takie kosmiczne taksówki - firmom SpaceX i Boeing.

Firma Elona Muska pierwsza poradziła sobie ze zleceniem, od 2012 roku dostarcza już do stacji orbitalnej zaopatrzenie bezzałogowymi transportowymi Dragonami, a dzisiaj dowiodła, że jest w stanie wynieść w kosmos także ludzi.

Czytaj też: Czy Elon Musk jest niebezpiecznym szaleńcem i powinien zostać powstrzymany?

Co dalej?

Drugą kosmiczną taksówkę na zlecenie NASA konstruuje Boeing. Statek o nazwie Starliner jest już gotowy, ale podczas niedawnego, jeszcze bezzałogowego testowego lotu na orbitę miał kłopoty. Nie doszło do planowanego połączenia ze stacją orbitalną.

Kiedy Dragony i Starlinery udowodnią swoją niezawodność, NASA stanie się znowu w pełni niezależna od rosyjskich Sojuzów. Na razie jeszcze na październik agencja na wszelki wypadek zakontraktowała kolejny przelot w Sojuzie - po ok. 90 mln dol. za jedno miejsce. Do tej pory Amerykanie zapłacili za rosyjskie usługi w tym względzie już blisko 4 mld dol.

Obie agencje - rosyjska i amerykańska - umówiły się, że w przyszłości nadal będą korzystać ze swoich statków, ale już na zasadzie wymiany barterowej. 

Do tej pory współpraca układała się raczej dobrze, a jedyny trudny moment pojawił się w 2014 roku po rosyjskiej aneksji Krymu, kiedy Amerykanie zapowiedzieli restrykcje wobec Rosji. Do zerwania kosmicznych umów jednak nie doszło, ale ówczesny prezydent Barack Obama musiał przełknąć gorzkie docinki ze strony rosyjskich władz.

Wicepremier Dmitrij Rogozin, który dziś jest szefem rosyjskiej agencji kosmicznej, złośliwie komentował wtedy na Twitterze, że jeśli sankcje wobec Rosji wejdą w życie, to "Amerykanie będą dostarczać swoich astronautów do ISS za pomocą trampoliny". 

W sobotę, tuż po udanym starcie, Elon Musk żartem odpowiedział: "Trampolina działa!"

Źródło: Spaceflightnow

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.