Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

_______________________________

Kacper Nosarzewski jest partnerem w firmie 4CF i członkiem zarządu Polskiego Towarzystwa Studiów nad Przyszłością, doradza UNESCO, UNDP, firmom i organizacjom pozarządowym. Jeśli chcesz z nim porozmawiać, weź udział w poniedziałek 23 marca w unikalnym szczycie ekspertów Boma COVID-19. Będzie to konferencja otwarta i całkowicie online na temat pandemii i jej skutków. Zgromadzi specjalistów ds. zdrowia, biologów, epidemiologów, edukatorów, decydentów, innowatorów społecznych z całego świata. 

_______________________________

Zanim jeszcze zaczęły się orędzia, konferencje prasowe i relacje z supermarketów, czyli informacyjna codzienność czasów epidemii, ostatniego dnia lutego 2020 r. "Puls Biznesu" opublikował na swoich łamach ciekawą prognozę.

Była to opinia dyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego Piotra Araka nt. możliwych korzyści, które polska gospodarka odniosłaby w związku z epidemią COVID-19 w Chinach. Konkretnie: wiele prognoz, a wśród nich dwie, które ściśle dotyczyły spraw rynkowych.

Zacytujmy je:

 „Mimo że wielu naszych rodaków odwołuje swoje wyjazdy zagraniczne w miejsca, gdzie pojawił się koronawirus, nie oznacza to wcale, że zrezygnowali oni ze swojego urlopu. Tak jak hitem podczas arabskiej wiosny stało się polskie morze, tak ponownie polskie destynacje staną się atrakcyjniejsze, co spowoduje, że pieniądze zostaną u nas".

„Jeżeli zarządy firm nie będą chciały mieć przerw w dostawach w związku napięciami politycznymi czy rozprzestrzenianiem się jakiejś choroby, to będą zainteresowane tym, by przenosić część produkcji bliżej swoich central. Naturalnym kandydatem po Indiach i Azji Południowo-Wschodniej będą Europa Środkowa oraz Ameryka Południowa”.

Kiedy się ma świadomość, że przyszłości nie da się przewidzieć, mało ambitnym zadaniem jest punktowanie niesprawdzonych prognoz. Dlatego nie będę się nad tymi wizjami specjalnie pastwił [zresztą, PIE po kilku dniach zmieniło prognozy na bardziej pesymistyczne]. Z perspektywy połowy marca ferowanie tego typu hipotez może wzbudzić chyba tylko niedowierzanie, to jasne.

Ale dlaczego takie prognozy w ogóle wychodzą z ust ekspertów?

Jak każde orzeczenie predykcyjne nie opierają się na empirycznych danych – tych na temat przyszłości po prostu nie ma – lecz na założeniach. Założenia te z kolei są wynikami lepszych lub gorszych wnioskowań z danych historycznych. Surowy logik wzruszy ramionami – jeśli założenia czy przesłanki mieszamy z wnioskami, to mówimy bezsensownie.

A jednak rozmowa o przyszłości ma sens. Jako foresighter, osoba zajmująca się studiami nad przyszłością, większość wysiłku wkładam właśnie w analizę i próbę zrozumienia, jakimi ścieżkami podąża wyobraźnia ekspertów, konsumentów, czasem przedstawicieli grup społecznych, że takie a nie inne wizje przyszłości uznają za prawdopodobne lub pożądane, lub konieczne.

To bardzo ciekawa praca, choć czasem nieuchronnie frustrująca, kiedy słabe i chwiejne założenia nie chcą ustąpić, a ich posiadacze nie przejawiają chęci do eksperymentowania z innymi modelami przyszłości niż te najprostsze i im najbliższe.

Jak założenia wpływają na prognozy

Jakie założenia przyświecały Piotrowi Arakowi, kiedy formułował swoją prognozę? Być może przekonanie, że Chiny prawdopodobnie nie poradzą sobie z pandemią. Do tego może przeświadczenie, że dobrze by było, aby Polska wykorzystywała szanse stawiane przed nią przez los. A może również wiarę, że prawdopodobnie koronawirus odbije się w Polsce jedynie słabym echem. Kto wie, może też optymistyczne przekonanie, wbrew faktom stwierdzonym w badaniach, że polscy przedsiębiorcy mogą swoje wysokie zdolności adaptacyjne przekuć w zwinne zajmowanie miejsc na rynkach globalnych.

To oczywiście spekulacja. Nie czuję jednak obaw przed tego typu próbą dekonstrukcji prognozy Piotra Araka. W końcu nie tak dawno temu sam podpisałem się pod – dużą bardziej rozbudowaną – analizą konsekwencji hipotetycznej epidemii. Ktoś może chcieć sprawdzić, czy prognozy w niej zawarte są raczej mądre, czy raczej naiwne. I będę musiał się zmierzyć z wynikami takiego sprawdzianu.

Długi cień pandemii

Zespół mojej firmy, czyli 4CF, w ubiegłym roku opracował na zamówienie Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju raport o scenariuszach przyszłości dla Polski na lata 2030-50. Jeden ze scenariuszy oparty był na symulacji świata, przez który przeszła pandemia, zbierając żniwo istnień ludzkich liczone w setkach milionów.

Ten świat przyszłości, na który patrzyliśmy jak na wyobrażoną szalkę Petriego, eksperymentując z różnymi możliwymi konsekwencjami, które może przynieść Polsce pandemia, był bardzo ciekawy, choć przerażający.

Pomiędzy ubytkiem ludności, zmianą struktury demograficznej, długoletnią recesją a zmianami w branżach takich jak energetyka i przetwórstwo przemysłowe próbowaliśmy zarysować jakiś spójny obraz zmian. Z niego zaś wysnuć rekomendacje dla polityk rozwojowych Rzeczypospolitej Polskiej tu i teraz.

Zacytuję jedną z rekomendacji, które spisaliśmy, pracując nad tym raportem:

„Konieczność posiadania takiego systemu [wczesnego reagowania epidemiologicznego] stanie się oczywista w warunkach scenariusza. Jednak jego wdrożenie wydaje się istotne niezależnie od tego, jaka ścieżka zmian globalnych będzie się realizować po 2020 roku. Zagrożenie możliwością wybuchu epidemii chorób zakaźnych istnieje bowiem cały czas. Epidemiolodzy twierdzą, że nie powinniśmy pytać o to, czy wybuchnie pandemia grypy, bo wiadomo, że wybuchnie, tylko jak najlepiej przygotować się na ten moment. Krytyczne będzie przygotowanie skutecznych procedur przeciwdziałania rozprzestrzenianiu się wirusów, z uwzględnieniem zamknięcia polskich granic i kwarantanną dla osób napływających z obszarów dotkniętych pandemią włącznie. Niezbędne będzie posiadanie odpowiedniej liczby izolowanych miejsc w szpitalach zakaźnych i na oddziałach internistycznych. Kraj powinien być również gotowy na przymusową mobilizację dodatkowych służb ratunkowych (np. wojska, studentów szkół medycznych, wolontariuszy) i ewentualne szybkie przeszkolenie ochotników oraz osób bez wykształcenia medycznego w ramach rozbudowy sił potrzebnych do zwalczania pandemii”.

Niezależnie jednak od zdolności do radzenia sobie z pandemią wskazywaliśmy w raporcie na to, że w świecie po epidemii korzystną pozycją konkurencyjną naszych firm w globalnych łańcuchach wartości może nie być pozycja lepsza od tej z 2019 r. Utrzymanie tego, co mamy, może się okazać już samo w sobie wystarczająco ambitne.

Przyszłość prawdopodobna i przyszłość pożądana

Przypomniałem sobie o tym wszystkim dziś rano, czytając na stronie "De Zeen" wywiad ze słynną analityczką trendów Li Edelkoort.

Edelkoort jest prawdziwą gwiazdą prognozowania trendów w branży mody. Ponieważ zawodowo interesują mnie perspektywy dalsze niż następna kolekcja (a w niektórych domach mody jest ich już osiem rocznie), rzadko śledzę jej prognozy. Tym razem jednak Li Edelkoort odpowiadała na pytania o świat po pandemii koronawirusa – streszczam jej wizję swoimi słowami, odsyłając zainteresowanych do oryginału.

W jej oczach pandemia koronawirusa ma być szansą na moralne odrodzenie świata i zwrot we wzorach konsumpcji. Ludzie przebywający w odosobnieniu, niemogący pójść do sklepu odkryją, że bez kupienia nowej sztuki odzieży, nowej książki lub nowego samochodu wciąż są sobą. Odrzucą symulakra, bo będą mieli szansę zasmakować prawdziwego owocu życia. Zamknięci w domach staną się makerami, joginami, minimalistami, ekoamatorami – a mniej konsumentami. Morowe powietrze w pewnym sensie wyostrzy ich węch i odwrócą głowy od gnijącego mięsa rozgrzanego reklamą konsumeryzmu.

Ich ulubiona przyszłość

Tak jak Piotr Arak kierujący się w swojej prognozie z 29 lutego być może niewczesnymi lub nie dość systematycznie „opukanymi” założeniami, tak Liz Edelkoort pokusiła się o wizję przyszłości wyraźnie nacechowaną nadzieją i profesjonalnym optymizmem.

Zmiany nastąpią – zdają się mówić autorzy tych dwóch wizji. Zmiany będą katalizatorem nadejścia przyszłości, którą osobiście lubię odwiedzać.

Cały figiel w studiach nad przyszłością, którymi zajmuję się już od blisko dekady, polega jednak na tym, by w podróżach do przyszłości stawiać kroki poza ścieżkami najbardziej prawdopodobnych i najbardziej pożądanych scenariuszy. I samoświadomie pilnować szlaku – nieopatrznie nie pomieszać pragnień i prawdopodobieństw, lęków i predykcji, proroctw i modeli.

Do jakiego świata wrócimy po pandemii?

Bo przecież mamy nadzieję, że izolacja w domach, kwarantanna, pobyty na oddziałach zakaźnych to jest ponury i niechciany, ale przejściowy i oby nieostatni etap naszego życia.

Obawiam się, że nie możemy pozwolić sobie na zbyt wiele optymizmu.

Wbrew nadziejom wielu osób, jak choćby Piotra Araka, Li Edelkoort albo autorów tego irytującego artykułu o kulturotwórczej roli zmian klimatu, możemy wrócić do tego samego trudnego, zawiłego, frustrującego świata, w którym żyjemy dziś, a jeszcze poobijani, trochę bardziej samotni i z nowymi nerwicami.

  • „Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
  • Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
  • Powiada, przewiązując pomidory:
  • Innego końca świata nie będzie,
  • Innego końca świata nie będzie”.

Ale przeżyjemy.

_____________________

Powyższy tekst ukazał się 15 marca na blogu Polskiego Towarzystwa Studiów na Przyszłością.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.