Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Zacznę od przypomnienia tego, co większość z nas już chyba wie. Koronawirusy to rozpowszechniona na świecie rodzina wirusów, które zakażają zwierzęta, niektóre z nich wywołują przeziębienia u ludzi. Są też takie, które powodują choroby znacznie poważniejsze, np. zespół ciężkiej ostrej niewydolności oddechowej (SARS), często prowadzący do zapalenia płuc.

Nowy koronawirus, nazwany SARS-CoV-2, który pojawił się w Chinach pod koniec zeszłego roku, powoduje zapalenie płuc sklasyfikowane jako COVID-19. Na podstawie aktualnych obserwacji głównymi objawami choroby są suchy kaszel, gorączka, a w ciężkich przypadkach duszność.

Ponieważ jest to nowy wirus, nie mamy na niego odporności. Brak jest także wciąż skutecznej szczepionki, co oznacza, że SARS-CoV-2 może dość łatwo i bez przeszkód przenosić się z człowieka na człowieka.

Wszyscy jesteśmy podatni na zakażenie, a zatem jest prawdopodobne, że wirus mocno rozprzestrzeni się w ludzkiej populacji. Wielu epidemiologów sądzi, że z biegiem czasu od 20 aż do 70 proc. ludzi zetknie się z SARS-CoV-2 (to na ich szacunki powoływała się np. kanclerz Angela Merkel). Nie ma w tym nic dziwnego ani przerażającego. Podobnie rozpowszechnionych wirusów jest mnóstwo, choćby sezonowa grypa.

Co wiadomo o nowym koronawirusie?

Niektórzy zakażeni nie mają żadnych objawów. Dotychczasowe dane sugerują, że u osób, u których rozwinie się choroba, zdecydowana większość będzie miała jej łagodną i umiarkowaną postać (której przebieg można porównać do chorowania na grypę sezonową).

Ale pewien odsetek tych, którzy zachorują na COVID-19, będzie miał powikłania na tyle poważne, że będzie wymagać opieki szpitalnej. U niewielkiej części z osób hospitalizowanych choroba może być na tyle poważna, że doprowadzi do śmierci.

Dotychczasowe dane sugerują, że ryzyko ciężkiego przebiegu choroby i śmierci wzrasta wśród osób, które mają osłabioną odporność z powodu zaawansowanego wieku lub chorób przewlekłych (tym osobom podobnie zagraża sezonowa grypa).

Wiemy już także, że choroba występuje rzadziej i zwykle jest mniej dotkliwa dla osób młodszych, poniżej 30. roku życia (i tym m.in. nowy wirus różni się od grypy, która jest groźna także dla dzieci).

Dzieci jednak mogą się zakazić, niektóre także ciężko przechorowują COVID-19, ale na podstawie aktualnych danych można już przyjąć, że zdarza się to dużo rzadziej niż w starszych grupach wiekowych.

Obecnie nie ma ani szczepionki przeciwko COVID-19, ani żadnego sprawdzonego leku przeciwwirusowego, który hamuje namnażanie się wirusa w organizmie. Większość leczenia jest więc ukierunkowana na leczenie objawów i zapewnianie opieki szpitalnej dla pacjentów z powikłaniami.

Zdecydowana większość chorych na COVID-19 zdrowieje bez konieczności specjalnego leczenia, tak jak to ma miejsce w przypadku zwykłego przeziębienia czy grypy sezonowej. Tacy pacjenci powinni po prostu zostać w domu.

Dlaczego więc świat podejmuje tak drastyczne kroki w celu ograniczenia rozprzestrzeniania się wirusa?

Jak wiemy z pandemii wyjątkowo zjadliwych szczepów grypy, jakie kilka razy pojawiały się na świecie w ciągu ostatnich 100 lat (w latach 1918-19, 1957-58, 1968-69, 2009-10), pandemia może spowodować dużą całkowitą liczbę zgonów, mimo że objawy zakażenia w przeważającej większości są łagodne.

W przypadku COVID-19 niektórzy z pacjentów muszą być leczeni na oddziałach intensywnej terapii, pewna ich część wymaga wspomagania oddychania za pomocą respiratorów.

Chodzi o to, aby poprzez ograniczenia w kontaktach z zakażonymi "rozciągnąć" rozprzestrzenianie się epidemii w czasie, aby zbyt wielu pacjentów wymagających intensywnej opieki nie zachorowało jednocześnie i nie trafiło w tym samym momencie do szpitali.

Bo się tam po prostu nie pomieszczą.

Mówiąc w uproszczeniu - możliwe są dwa scenariusze przebiegu pandemii COVID-19. W obu scenariuszach całkowita liczba zakażonych będzie taka sama.

Ale w jednym z nich zakażenia zwiększają się w bardzo krótkim czasie, krzywa zachorowań biegnie ostro w górę, a liczba poważnie chorujących przekracza pojemność systemu opieki.

W drugim utrudniamy zarazkowi transmisję, więc rozprzestrzenia się wolniej. Szpitale i lekarze mają czas i zasoby, aby po kolei i stopniowo zajmować się tymi wszystkimi, którzy nie przechorują zakażenia w domu, lecz wymagają fachowej opieki.

Tę zależność ilustruje poniższy wykres:

embed
Dlatego tak ważna jest teraz dyscyplina, izolacja chorych czy podejrzanych o kontakt z zarazkiem. Nie wolno lekceważyć pandemii, bo od nas wszystkich zależy to, jak się potoczy.

Wiadomo już, że zapisze się w annałach medycyny - tak jak poprzednie pandemie wyjątkowo zjadliwych szczepów grypy. Nie ma wątpliwości, że czekają nas też kolejne takie zarazy. Sama grypa mutuje i zmienia się co roku, mniej więcej raz na dekadę pojawia się szczep złośliwszy niż dotychczasowe.

Nie mamy pewności, czy tak będzie z koronawirusem SARS-CoV-2. Czy zostanie z nami jak sezonowa grypa?

Wiemy, że koronawirusy nie mutują tak łatwo, więc prawdopodobne jest, że gdy część populacji go przechoruje, a także kiedy pojawi się szczepionka, to zyskamy na niego grupową odporność.

I o nim zapomnimy.

Czytaj też: Czy koronawirus zniknie latem, by powrócić jesienią jak grypa?

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.