Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Oboje wyszli na wycieczkę w piątek. Mieli wrócić w niedzielę rano.

Wyprawa ratunkowa odnalazła ich pod szczytem Kamkrona znajdującym się w Hornsundzie, na wschód od stacji i lodowca Hansa. Z pierwszych doniesień wynika, że Ania i Michał spadli z wysokości kilkuset metrów. Że urwał się nawis śnieżny i porwała ich lawina.

Kamkrona leży w zjawiskowym paśmie górskim zakończonym od strony morza Górą Wrzasku (Gnålberget), na której zboczu znajdują się wielkie ptasie kolonie – od nich Góra Wrzasku wzięła swoją nazwę. To niezwykłe miejsce dzieli Hornsund na dwie części: bardziej żywą i zieloną, z tundrą, taką należącą do ptaków i reniferów, oraz tę milczącą, gdzie lód i skała, gdzie królują foki i niedźwiedzie polarne.

Nie znaliśmy Ani i Michała. A jednak – niech ich bliscy nam wybaczą – wydaje nam się, że ich znaliśmy. Że wiemy, po co pojechali do Arktyki.

Trudno nam sobie wyobrazić rozpacz ich rodzin. Trudno nam myśleć o żałobie panującej obecnie wśród naszych polarników w bazie w Hornsundzie.

Wiemy jedno – Ania i Michał zginęli w jednym z najpiękniejszych miejsc na Ziemi. I że na zawsze pozostaną w pamięci ludzi takich jak oni.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.