Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jared Diamond – ur. w 1937 r., autor słynnych książek „Strzelby, zarazki, maszyny”, „Upadek”, „Trzeci szympans”, „Dlaczego lubimy seks?”. Polihistor czy, jak kto woli, polimat – zajmuje się biologią ewolucyjną, fizjologią, geografią, antropologią, historią, włada kilkunastoma językami. Po studiach na Harvardzie i doktoracie w Cambridge zaczynał jako fizjolog, otrzymał profesurę na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles. Specjalizował się w woreczku żółciowym. Kiedy zrozumiał, że oczekuje się od niego, żeby zajmował się tym narządem do końca życia, przeraził się i postanowił zająć się czymś ciekawszym. Wybrał ornitologię i ekologię, a potem, już po pięćdziesiątce, zaczął przekładać na badania i publikacje swoje zainteresowania ewolucją i biogeografią. Jedna z gwiazd – obok Elona Muska – popularnonaukowego serialu National Geographic „Mars”

TOMASZ ULANOWSKI: Jaką ma pan teraz fazę – optymistyczną czy pesymistyczną?

JARED DIAMOND: Obecnie jestem ostrożnym optymistą. Oceniam szansę świata na przetrwanie na 51 proc.

Przed nami ogromne zagrożenia – zmiany klimatu, rabunkowa eksploatacja Ziemi, ale jednocześnie wzrasta świadomość. Coraz więcej ludzi coraz lepiej rozumie, z jakimi wyzwaniami przychodzi nam się zmierzyć. Co zadziwiające, nawet w przedsiębiorstwach zrozumiano, że zrównoważony rozwój się opłaca.

Jeszcze kilka lat temu większość Amerykanów nie dawała wiary, że zagraża nam globalne ocieplenie, które sami wywołaliśmy. Teraz ten fakt uznaje już zdecydowana większość mieszkańców USA. Choć nie nasz obecny prezydent.

O zmianach klimatu i rabunkowej eksploatacji Ziemi wie chyba już każdy. Czy grozi nam coś, z czego jeszcze nie wszyscy zdajemy sobie sprawę?

– Widzę cztery główne zagrożenia. Przede wszystkim – zaskoczę pana – nadal jest ryzyko konfliktu nuklearnego. Na drugim miejscu – tu pana nie zaskoczę – stawiam zmiany klimatu i ich konsekwencje. Na kolejnym – łupieżcze wykorzystanie podstawowych dóbr naturalnych – mam na myśli nie tylko surowce, ale też lasy, zasoby oceanu, gleby czy wody pitnej. A czwarte miejsce zajmują konsekwencje nierówności. W zglobalizowanym świecie biedne kraje i społeczeństwa znajdują kolejne sposoby na wyrażenie swojego gniewu wobec tych bogatych.

Nie wymienił pan gwałtownie rosnącej ludzkiej populacji?

– Bo to część trzeciego problemu – rabunkowej eksploatacji Ziemi. Poza tym dzisiaj sam wzrost liczby ludzi nie jest aż tak dużym problemem, za jaki uważaliśmy go jeszcze kilka dekad temu. Problemem jest to, że im nas więcej, tym więcej zużywamy surowców naturalnych. To zjawisko jest szczególnie dotkliwe w Pierwszym Świecie – w Stanach Zjednoczonych, Europie czy Australii.

Nie martwię się natomiast o wzrost populacji w Afryce. To prawda, jest gwałtowny, w niektórych państwach, choćby w Rwandzie, wynosi nawet 8 proc. rocznie. To prawdziwa tragedia dla Rwandy, ale niekoniecznie dla świata. A to dlatego, że w biednych krajach zużycie surowców jest ciągle bardzo niskie.

Za to w państwach bogatych – w Ameryce Północnej, Europie, Japonii czy Australii – konsumpcja po prostu szaleje. Statystyczny Amerykanin czy Europejczyk zużywa 32 razy tyle metali, wody czy ropy naftowej, co statystyczny mieszkaniec Afryki. 60-milionowe Włochy konsumują tyle surowców, co cała Afryka, w której żyje przeszło miliard ludzi.

Ale przeludnienie w Afryce czy Azji oznacza problemy także na innych kontynentach, choćby w Europie. Przecież ci wszyscy ludzie chcą lepszego życia, pracy, bezpieczeństwa. Już teraz prą do państw bogatszych.

– Nie ulega wątpliwości, że ich nieszczęście odciśnie się i na nas. Główną konsekwencją przeludnienia w biednych krajach jest desperacka chęć wyrwania się z tej matni. Ale to, że ludzie z Afryki czy Azji czują się nieszczęśliwi, ma jeszcze inną konsekwencję. W krajach biednych poparcie dla terroryzmu jest dość spore, bo ludzie niezadowoleni z życia chętniej wspierają radykałów i szaleńców.

Ale to też nie musi być automat. Przecież swoich szaleńców ma nie tylko Afganistan czy Bliski Wschód. Dopiero co terrorysta zastrzelił kilkanaście osób w synagodze w Pittsburghu. A kolejny wariat dokonał rzezi studentów w Kalifornii, ledwie 50 km od miejsca, w którym mieszkam.

Mieszka pan w jednym z najbogatszych krajów świata, ale od dawna jest pan zafascynowany jednym z tych najbiedniejszych, czyli Nową Gwineą. Pamięta pan pierwszy pobyt w swojej ziemi obiecanej?

– Jakby to było wczoraj. Pierwszy raz poleciałem do Nowej Gwinei w 1964 r. Miałem wtedy 26 lat. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Kiedy raz odwiedzisz Nową Gwineę, reszta świata staje się nudna. No dobra, Stany Zjednoczone i Europa są interesujące. Ale w porównaniu z nią są po prostu nuuudne.

Nowa Gwinea jest fascynująca, bo ludy ją zamieszkujące są niesłychanie zróżnicowane. Tysiąc plemion, każde inne i każde mówi swoim językiem.

No i to jedno z ostatnich dwóch miejsc na świecie – obok Amazonii – w którym ciągle żyją ludzie produkujący kamienne narzędzia. Niektórzy z moich tamtejszych przyjaciół wciąż chodzą do wyrobiska, w którym szukają kawałków obsydianu. Gdyby zdarzyła się jakaś światowa katastrofa i nie moglibyśmy wytapiać stali, to Amerykanie czy Polacy polegliby, a moi znajomi z Nowej Gwinei by sobie poradzili.

I jeszcze ptaki. Też niezwykle różnorodne. Tak ciekawych nie ma nigdzie indziej.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Klimat sterowany

Jak Nowa Gwinea się zmieniła przez te dekady?

– Bardzo. Wyspa jest podzielona na dwie części. Ta wschodnia była australijską kolonią, a jest niezależnym państwem o nazwie Papua--Nowa Gwinea. Ta zachodnia była kolonią holenderską, a dziś jest prowincją Indonezji.

Kiedy przyjechałem po raz pierwszy, nie było ani jednego sygnalizatora drogowego. Wiele osób nadal używało własnoręcznie wykonanych narzędzi, nosiło ubiory z plecionej trawy. Wszyscy prowadzili zdrowy tryb życia i wyglądali jak kulturyści. Młodsi – jak dzisiejsi Amerykanie czy Polacy uprawiający nałogowo sport, starsi – jak ja teraz, a chodzę na siłownię. Na całej wyspie nie było ani jednego człowieka z nadwagą.

Dzisiaj Nowogwinejczycy prowadzą styl życia obowiązujący w krajach Pierwszego Świata, który my w USA nazywamy „kanapowym”. Odżywiają się śmieciowym jedzeniem, nie ćwiczą, tyją i zapadają na choroby cywilizacyjne: cukrzycę, choroby serca i układu krwionośnego, doznają udarów. Różnica między nimi a Amerykanami czy Polakami polega na tym, że tak żyją szczególnie ci wykształceni.

Obserwował więc pan rewolucję kulturową. Przejście od epoki kamienia łupanego do nowoczesności w ledwie nieco ponad pół wieku.

– Te same zmiany, które Europie zajęły 9 tys. lat, przez Nową Gwineę przetoczyły się w formie skompresowanej. Jej mieszkańcy przeszli błyskawiczną reedukację rolniczą i przemysłową.

Nie użył pan słowa „postęp”.

– Ono niesie pozytywne konotacje. A choć część zmian, które w ostatnim półwieczu zaszły w Nowej Gwinei, na pewno była zmianami na lepsze, to część z nich była niewątpliwie paskudna.

Z jednej strony wyspiarze mają łatwy dostęp do dobrodziejstw nowoczesnej medycyny. Jedną z najgroźniejszych tamtejszych chorób jest malaria, na którą wcześniej Nowogwinejczycy nie mieli żadnych lekarstw. Nie muszą sami zdobywać jedzenia, włącznie z tak podstawowymi produktami jak cukier czy sól, wystarczy, że pójdą do sklepu. I mają też centralne władze, które powstrzymują przemoc, hamują plemiona przed walkami.

Z drugiej strony, choć jednostki są w lepszej formie i bardziej zadbane, populacja jest ogólnie mniej zdrowa niż kiedyś, a jej styl życia wywiera coraz gorszy wpływ na otaczające ich środowisko.

Jaki?

– Ten sam co wszędzie: wycinane lasy, budowane kopalnie, zatruwane rzeki.

Gdyby miał pan zrobić bilans: cywilizacja przyniosła Nowogwinejczykom więcej dobrego czy złego?

– Nie mam pojęcia. Nie mnie to zresztą oceniać, trzeba by spytać ich samych.

Nie mam wątpliwości co do jednego: że oni chcą żyć tak, jak się żyje w Pierwszym Świecie. Chcą naszych ubrań, stalowych narzędzi i opieki zdrowotnej. I tak, nie są dziećmi, rozumieją, że nie ma róży bez kolców.

A przemoc?

– Powodem, dla którego obywatele północno-wschodnich rejonów Warszawy nie walczą z obywatelami południowo-wschodnich rejonów Warszawy, jest ogólnopolski rząd, który ich przed tym powstrzymuje. Gdyby ludzie zaczęli się zabijać na ulicach Warszawy, interweniowałyby policja i wojsko.

Tradycyjne społeczności Nowej Gwinei nie miały rządu centralnego. Jeśli jakiś człowiek chciał zabić drugiego człowieka, to w zasadzie nic go nie powstrzymywało.

To będzie zaskakujące dla Polaków, ale podczas rzezi II wojny światowej łatwiej było zostać zamordowanym na Nowej Gwinei niż w Polsce – która proporcjonalnie do liczby ludności poniosła wtedy jedne z najstraszliwszych strat.

Dziś dzięki centralnym władzom natężenie przemocy na Nowej Gwinei mocno się obniżyło.

Ale znów – nic nie jest jednoznaczne i istnieją znaczne różnice pomiędzy zachodnią a wschodnią częścią wyspy. Zachód należy do Indonezji, która nie dopuszcza, by obywatele mieli broń palną. Dlatego indonezyjska część Nowej Gwinei jest dość bezpieczna. Wschód, Papua-Nowa Gwinea, jest demokracją, władze robią więc mniej więcej to, czego zażądają obywatele. A wielu chce mieć broń. Więc cywilizacja sprawiła, że przemoc nie wygasła, tylko nabrała nowego wymiaru. Doprowadziła do rozpowszechnienia broni palnej, jest jej o wiele więcej w rękach zwykłych ludzi niż w rękach policji.

Tym, co łączy obie części wyspy, jest sytuacja kobiet. Blisko 40 proc. nowogwinejskich mężczyzn przyznaje, że przynajmniej raz w życiu zgwałciło kobietę. Co koresponduje z opowieściami kobiet – ok. 40 proc. mówi, że zostało zgwałconych.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Klimat Ziemi. Skąd się wziął i jak się skończy?

A dlaczego Nowogwinejczycy tradycyjnie dopuszczali się przemocy?

– Zabijali z dwóch powodów. Dla kobiet i świń. To jedyne zasoby, o które walczyli mężczyźni. Kobiety dawały seks, rodziły i pracowały. Świnie były jedynym zwierzęciem hodowlanym. Były więc ważne nie tylko jako źródło pożywienia, ale też symbol statusu. A świnie jak to świnie – szwendają się wszędzie, chodzą do lasu. Jeśli więc twoja świnia zostanie złapana albo zabita przez sąsiadów, to pragniesz zemsty.

Tradycyjnie na Nowej Gwinei mężczyźni kupowali kobiety. Kiedy przyleciałem tam po raz pierwszy 54 lata temu, jedna kobieta kosztowała średnio cztery świnie. A kiedy mówiłem swoim nowogwinejskim przyjaciołom, że jestem żonaty, zaraz mnie pytali, ile świń zapłaciłem.

Niektórzy myśliciele uważają, że jedynym ratunkiem dla ludzkości jest podbój innych planet.

– Takie myślenie to oczywisty nonsens! Jeśli nie nauczymy się korzystać w sposób zrównoważony z Ziemi, z planety, na której wyewoluowaliśmy, to nie ma szans, żebyśmy dali sobie z tym radę na Marsie.

Czekamy na Wasze historie, opinie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.