Ludzie u władzy w Polsce uważają, że dziennikarze powinni rozprzestrzeniać tylko oficjalną wersję wydarzeń rządzących. Jednocześnie polski rząd widzi potrzebę i wagę wolności prasy za granicą, w Białorusi, w Ukrainie. Powinna tu być jakaś spójność w myśleniu - mówi sekretarz generalny Reporterów bez Granic Christophe Deloire.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Patrycja Wanat: Ponad cztery miesiące temu Rosja napadła na całe terytorium Ukrainy, a dziennikarze tam pracujący znaleźli się w ogromnym niebezpieczeństwie. Nie tylko reporterzy wojenni, których zawodem i zadaniem jest relacjonowanie konfliktu, ale wszyscy dziennikarze, którzy w jedną noc stali się korespondentami wojennymi tylko z powodu agresji sąsiedniego kraju. Jak się odnaleźli w tej nowej rzeczywistości? Jakiej pomocy potrzebowali?

Sekretarz generalny Reporterów bez Granic Christophe Deloire: Tak, w pełni się z tym zgadzam. Ukraińscy dziennikarze nie byli oczywiście przygotowani na tak wielkie wyzwanie, jakim jest relacjonowanie działań wojennych. Dla większości z nich wojna zaczęła się nagle, w ciągu jednej nocy. Nie przeszli wcześniej żadnego przeszkolenia, nie byli odpowiednio wyposażeni, a musieli nagle pracować i zachowywać się jak reporterzy wojenni.

Zaraz po ataku rosyjskich żołnierzy, 24 lutego, ukraińscy dziennikarze zwrócili się do nas o pilną pomoc. Najważniejsze było zapewnienie im odpowiedniego wojennego, ochronnego wyposażenia oraz treningu, który nauczyłby ich pracy w warunkach wojennych. Dwa tygodnie po inwazji otworzyliśmy Centrum Wolnej Prasy we Lwowie, które od tamtego czasu zostało powiększone o oddział w Kijowie. Chodziło przede wszystkim o to, żeby zapewnić ukraińskim dziennikarzom kamizelki kuloodporne, hełmy, apteczki pierwszej pomocy itp. Przeprowadzaliśmy też szkolenia dotyczące bezpieczeństwa cyfrowego, bo to również okazało się ważne i potrzebne. Następnie skupiliśmy się na zapewnieniu pomocy firmom medialnym, które zostały bardzo osłabione nie tylko ze względu na to, że ich dziennikarze nie mogli bezpiecznie pracować. Zaczęliśmy wspierać finansowo kolejne tytuły, w tym momencie opiekujemy się około trzydziestoma mediami w całej Ukrainie.

To były najważniejsze i najpilniejsze działania. Teraz działamy na wielu innych polach, między innymi dokumentujemy zbrodnie wojenne przeciwko dziennikarzom i dziennikarstwu w Ukrainie, w tym momencie jest ich około pięćdziesięciu. Właśnie opublikowaliśmy wyniki śledztwa dotyczącego śmierci Maksa Levina, który był niezależnym dziennikarzem i fotoreporterem [Maks Levin i jego towarzysz, przyjaciel i żołnierz Ołeksij Czernyszow zostali straceni, a wcześniej być może byli przesłuchiwani i torturowani przez rosyjskich żołnierzy, 13 marca 2022 r.].

Żyjemy w czasach wielkiego paradoksu: z jednej strony informacje rozprzestrzeniają się błyskawicznie, z drugiej – są kraje, gdzie propaganda przejęła niemal cały system informacyjny. Jak to możliwe, że w dobie dostępu do internetu i nowych technologii Rosjanie nie wiedzą, co się dzieje w Ukrainie, lub w to nie wierzą? 

– Moim zdaniem są trzy powody: cenzura, propaganda i poczucie komfortu. Władimirowi Putinowi udało się z wielkim sukcesem wprowadzić reżim cenzury w swoim kraju. Po przejęciu władzy zmienił prawo i nasilił represje wobec dziennikarzy. Zastraszał zarówno niezależnych dziennikarzy, jak i reklamodawców, którzy finansowali niezależne dziennikarstwo. To trwało latami, ale po agresji na Ukrainę doszło do całkowitego zniszczenia niezależnego dziennikarstwa w Rosji. Jednocześnie reżim na Kremlu tę informacyjną próżnię natychmiast wypełnił własną propagandą.

Od dawna widzimy, że Moskwa wykorzystuje informację jako broń, ta strategia została już odpalona wiele lat temu. Nie chodzi tu tylko o przekaz zewnętrzny, jest on również skierowany do wewnątrz kraju, do publiczności rosyjskiej. Dzieje się to za pośrednictwem w całości kontrolowanych mediów, liczy się tylko wersja oficjalna. Czasem idą na ten show wielkie środki, czasem wykorzystuje się talent wielu profesjonalistów, choć nie możemy o nich powiedzieć: "dziennikarzy", bo nie ma w ich pracy mowy o niezależności. To, co oni robią, jest nawet przeciwieństwem dziennikarstwa, mimo że z użyciem zdolności do opowiadania historii i możliwości technicznych.

I wreszcie po trzecie: uważam, że jeśli rosyjska publiczność chciałaby mieć dostęp do wiadomości z zagranicy, to znalazłaby środki, żeby do nich dotrzeć, jak choćby dostęp do sieci przez VPN. Niestety, przytłaczająca większość ludzi woli zostać w strefie komfortu i zadowala się informacjami z publicznej telewizji. Dla spokoju ducha wolą dostosować się do oficjalnej wersji, bo gdyby zaczęli być jej przeciwni, musieliby odpowiedzieć sobie na pytanie: „co w tej sytuacji powinienem/powinnam zrobić?". Większość woli zaakceptować rzeczywistość taką, jaka jest przedstawiana, albo woli udawać, że ją akceptuje.

W ostatnim rankingu Reporterów bez Granic Polska spadła na 66. miejsce. To m.in. przez ustawę "lex TVN", sytuację na polsko-białoruskiej granicy i naciski ekonomiczne rządzących. Trafiliśmy do kategorii krajów „problematycznych", a we wrześniu 2021 r. ogłosiliście „stan wyjątkowy wolności prasy w Polsce". Co to znaczy?

– To znaczy, że Polska, niestety, jest jednym z europejskich krajów, które dają bardzo zły przykład. Ludzie u władzy uważają, że dziennikarze powinni rozprzestrzeniać tylko oficjalną wersję wydarzeń rządzących. Niestety, w myśl tej zasady politykom udało się dokonać transformacji mediów publicznych w państwowe radio i telewizję. Udaje im się nawet wywierać wpływ na prywatny rynek medialny. Mam jednak nadzieję, że mimo naszego surowego osądu w raporcie RSF sytuacja w Ukrainie, odwaga i poświęcenie polskiego społeczeństwa, a nawet oświadczenia polskiego rządu podkreślające wagę obrony Ukrainy mogą mieć dobry wpływ na sytuację w Polsce. Mam na myśli poprawę stosunku rządu do wagi wolności prasy.

Media na granicy polsko-białoruskiej w Usnarzu Górnym przed wprowadzeniem stanu wyjątkowego, sierpień 2021 r.
Media na granicy polsko-białoruskiej w Usnarzu Górnym przed wprowadzeniem stanu wyjątkowego, sierpień 2021 r.  Fot. Grzegorz Dabrowski / Agencja Wyborcza.pl / BIALYSTOK

Jest pan wielkim optymistą!

– Trzeba być optymistą w działaniu i pesymistą w myśleniu. Podam przykład. Niedawno wręczaliśmy Światową Nagrodę Wolności Prasy UNESCO imienia Guillermo Cano 2022 dla Stowarzyszenia Dziennikarzy Białorusi (AJB). Organizowaliśmy to wydarzenie wspólnie z Francją, Niemcami i Polską. Niektórzy mówią, że to hipokryzja, ale ja wolę jednak zaznaczyć pozytywy tego wydarzenia. Polski rząd widzi potrzebę i wagę wolności prasy za granicą, w Białorusi, w Ukrainie. Zakładam więc, że powinna tu być jakaś spójność w myśleniu, spójność wizji, która powinna również obejmować sytuację w Polsce.

Oczywiście nie jestem naiwny, nie mówię, że stanie się to wkrótce, chciałbym jednak zauważyć, że może jest tu jakaś szansa na poprawę i zmianę trajektorii działań.

W czołówce państw, w których media mają się najlepiej, od lat są kraje nordyckie: Norwegia, Dania i Szwecja. Z czego to wynika, co oni robią dobrze, czego nie robi np. Francja (26. miejsce) albo Niemcy?

– Wynika to z wielu czynników, weźmy choćby konflikt interesów. We Francji prywatne firmy medialne są w większości w rękach potężnych biznesmenów albo grup, które prowadzą interesy również na innych polach. Taka sytuacja, z małymi wyjątkami, niemal nie występuje w Norwegii, Szwecji czy Finlandii. Ich system jest bardziej przejrzysty, są lepsi, jeśli chodzi o wolność publikacji i bezpieczeństwo dziennikarzy. Nie jestem pewien, czy są lepsi w samym dziennikarstwie, ale jeśli chodzi o wolność prasy, to z pewnością mają prawdziwie demokratyczny model systemu medialnego.

W swoich działaniach i wypowiedziach RSF podkreśla linię łączącą wolność do informacji z demokracją – dlaczego?

– Musimy spojrzeć ponad to, czym jest wolność prasy, i zastanowić się, czym jest prawo dostępu do wiarygodnej, niezależnej informacji dla każdego człowieka. Jeśli ktoś takiego dostępu nie ma, to jego podstawowe prawa, jak prawo do życia i zdrowia, mogą być naruszone. Mogliśmy to zauważyć choćby podczas pandemii. Musimy więc podkreślać, że prawo do informacji to prawo każdego człowieka. Nie jest ono zarezerwowane tylko dla dziennikarzy: dziennikarze powinni nie tyle korzystać na nim, ile mu służyć. Żeby jednak mogli służyć prawu do informacji, muszą być wolni i muszą być niezależni, muszą mieć zagwarantowane prawo do wykonywania swoich obowiązków. To jest właśnie dziennikarstwo: chodzi w nim o prawa i obowiązki, o społeczną funkcję opartą na zaufaniu. Bez tego nie ma demokracji, bo pozostaje nam propaganda i PR.

Jak opisałby pan nowe zagrożenia dla dziennikarstwa? Czy znaczenia nabiera inwigilacja, presja ekonomiczna oraz przepychanie ustaw w imię walki z „fake newsami"?

– Nie wiem, czy pojawiło się dużo nowych zagrożeń. Wciąż są takie, które dotyczą naruszenia praw indywidualnych dziennikarzy, ich bezpieczeństwa, wolności, możliwości niezależnego działania. Niebezpieczeństwa płyną też ze strony właścicieli mediów, ich wpływu, oraz ze strony odbiorców, publiczności, która czasem jest bardzo krytyczna, a nawet agresywna.

Jako Reporterzy bez Granic musimy teraz pracować na wszystkich trzech poziomach. Pierwszy to poziom indywidualnych dziennikarzy. Jak zapewnić im bezpieczeństwo w obliczu potencjalnego zagrożenia? Drugi poziom to same media: jak zabezpieczyć wolność publikacji, wolność wydawniczą? Jak działa rynek medialny, jak jest zorganizowany, czy zachowana jest niezależność, czy wspierane jest wartościowe dziennikarstwo? I wreszcie trzeci poziom to sama przestrzeń informacji i komunikacji. Wcześniej mieliśmy plac przed kościołem w centrum wioski, na którym przemawiano i dyskutowano, teraz mamy globalną przestrzeń.

W przeszłości, zwłaszcza w publicznych mediach, istniały pewne zabezpieczenia pluralizmu, niezależności mediów, nawet jeśli nie były one doskonałe albo gdy w niektórych państwach, jak Polska, ich sytuacja gwałtownie się pogorszyła. Istniały jednak pewne gwarancje, które nie istnieją w przypadku przestrzeni cyfrowej, która może być wykorzystywana dla prywatnych interesów albo konkretnych reżimów. Państwa demokratyczne mogą jednak działać, Unia Europejska pracuje nad tzw. Digital Services Act. To jednak nie wystarczy, musimy wciąż iść do przodu w tym kierunku.

W 2005 r. otrzymaliście Nagrodę im. Sacharowa za wolność myśli, wyróżnienie przyznawane za walkę na rzecz praw człowieka i wolności. Jaką rolę Reporterzy bez Granic odgrywają w procesie obrony praw człowieka?

– Nie powiedziałbym, że dziennikarze z definicji  są obrońcami praw człowieka. Niektórzy są, inni nie. Prawem człowieka jest jednak wolność opinii oraz wypowiedzi i dziennikarstwo jest niezbędne, żeby to prawo zachować. Niezależne dziennikarstwo jest również niezbędne dla innych obrońców praw człowieka. Działania RSF są częściowo powiązane z obroną praw człowieka, a na pewno z tą logiką. Choć oczywiście jednocześnie pracujemy nad kwestiami ekonomicznymi, organizacji przestrzeni medialnej, regulacji przestrzeni cyfrowej itd. Prowadzimy więc różne działania jako organizacja, choć oczywiście Nagroda Sacharowa została nam przyznana za te na polu obrony praw człowieka. Trzeba to podkreślać: bez dziennikarstwa nie ma wolności opinii i wypowiedzi.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Oficjalne wersje wydarzeń ,w wolsce, są dostępne tylko w skrzynce dworczyka, a gdy dziennikarze je rozpowszechniają, to pis dzielcy mają za złe, bo to ponoć wieści z kremla i nie wypada czytać prywatnej korespondencji mafijnego państwa pis dzielców na licencji putlera.
    To jak ma być?
    Bo same paski ku...zji to za głupio, za mało.
    Czego im życzę, Wasza Jagusia
    już oceniałe(a)ś
    7
    0
    Taiwan dofinansował Centrum Wolnej Prasy we Lwowie kwotą 0,5 mln US dolarów.
    @12521qwert
    Łączna pomoc Taiwanu dla Ukrainy: 37,6 mln US dolarów + 609 ton pomocy materiałowej (szacunkowo razem: ~50 mln US dolarów).
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    >> Ludzie u władzy w Polsce uważają, że dziennikarze powinni rozprzestrzeniać tylko oficjalną wersję wydarzeń rządzących. Jednocześnie polski rząd widzi potrzebę i wagę wolności prasy za granicą, w Białorusi, w Ukrainie. Powinna tu być jakaś spójność w myśleniu - mówi sekretarz generalny Reporterów bez Granic Christophe Deloire. >>

    **
    Alez tu jest bezsprzeczna spojnosc w mysleniu. Dokladnie taka sama jak w mysleniu liderow Zwiazku Radzieckiego, finansujacych przerozne ruchy polityczne na Zachodzie. Przywodcy ci bardzo byli za wolnoscia zrzeszen, mediow, demonstracji... w Stanach, w Niemczech, we Francji, w UK...

    Nie po to studiowal Kaczynski na WUMLu by nie wiedziec co z ta wiedza zrobic.
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    Jak można sądzić, to jedynym niezależnym czasopismem w Polsce jest tygodnik "Nie". Właściciela tego wydawnictwa stać na dokładanie do niezależności, a innych nie. Muszą zarabiać i sprzedawać się.
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    Ciekawe, kto finansuje tych "reporterów" i czyją agendę realizują, skoro prasa niemiecka wyżej stoi od polskiej :))) koń by się uśmiał...
    już oceniałe(a)ś
    0
    1