Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W minionym tygodniu na Białorusi zakończyła się kolejna głośna sprawa, będąca pokłosiem protestów przeciwko sfałszowanym wyborom prezydenckim (w sierpniu 2020 r.) i stosowaniu przemocy wobec pokojowych demonstrantów. Na ławie oskarżonych zasiadło czterech anarchistów. Postawiono im zarzuty: organizacji aktów terrorystycznych, nielegalnego obrotu bronią oraz transportowania broni i materiałów wybuchowych przez granicę.

Choć proces utajniono, a reprezentujących oskarżonych adwokatów zobowiązano do podpisania klauzuli poufności, od początku było wiadomo, że zostaną uznani za winnych.

W środę 22 grudnia sędzia Wiaczesław Tulejko skazał Igora Oliniewicza i Siergieja Romanowa na 20, Dmitrija Riezanowa na 19, a Dmitrija Dubowskiego na 18 lat pozbawienia wolności. Trafią do kolonii karnej o zaostrzonym rygorze.

Aleksander Łukaszenka.Aleksander Łukaszenka. Fot. Pavel Bednyakov/AP

Partyzantka anarchistów

Mimo że anarchiści zostali zatrzymani w październiku 2020 r., obrońcy praw człowieka uznali ich za więźniów politycznych dopiero teraz, po ogłoszeniu wyroku. Jednym z powodów tak długiej zwłoki było to, że - w odróżnieniu od pozostałych więźniów politycznych - w swojej walce przeciwko reżimowi posuwali się do czynów niezgodnych z prawem.

Mężczyzn zatrzymano w nocy z 28 na 29 października w lesie, nieopodal granicy z Ukrainą, z ekwipunkiem wskazującym na „partyzancką" działalność. Mieli bowiem przy sobie broń palną, naboje, granat ręczny, broń białą i gaz pieprzowy.

Z nagrań przesłuchań upublicznionych przez Żołtyje Sliwy, powiązany ze służbami specjalnymi kanał w komunikatorze Telegram, wiadomo, że Oliniewicz i Dubowski zeznali, iż jesienią 2020 r., przez blisko trzy tygodnie mieszkali w lasach na terenie Białorusi, z których "robili wypady". Mieli podpalać budynki milicji, prokuratury, sądów i państwowych zakładów pracy zwalniających ludzi za udział w strajku. Czasami zostawiali na nich napisy: „Odwet" czy „Będziesz następny".

Oskarżono ich też o podpalanie samochodów pracowników prokuratury i Komitetu Państwowego Ekspertyzy Sądowej w Soligorsku, a także kilku budynków administracji państwowej. Mieli do tego użyć m.in. koktajli Mołotowa.

Z tą władzą trzeba rozmawiać jej językiem

Cała czwórka podkreślała, że na skutek ich działań nikt nie ucierpiał.

Igor Oliniewicz, uznawany przez śledczych za przywódcę grupy, miesiąc przed zatrzymaniem opublikował na YouTubie nagranie, na którym tłumaczył motywy swoich poczynań: "Oglądając zdjęcia aresztowanych na Białorusi, nie wiedziałem, co powiedzieć. Ileż zła się wylało, ilu ludzi go doświadczyło, ile oczekiwań w ich oczach i ile pięknych gestów mimo tego bólu. Wszystko to sprawiło, że zajrzałem w głąb swojej duszy. Przychodzi taki czas, kiedy zaangażować się musi każdy, na miarę swoich sił, możliwości, ducha. Ja mam tego wszystkiego dużo".

Podkreślał przy tym, że z władzą działającą bezprawnie i stosującą przemoc nie można wchodzić w dialog; trzeba z nią rozmawiać dokładnie takim samym językiem.

Wiktor Mackiewicz, adwokat Oliniewicza, zobowiązany do milczenia, mógł przekazać mediom tylko tyle: - Igor jest przekonany, że wszystko zrobił właściwie. Nie zaprzecza zarzucanym mu czynom. Mówi: „To, co mogłem zrobić dla Białorusi i co potrafię zrobić, to zrobiłem".

Anarchiści oskarżani z wielu paragrafów

W ostatnią sobotę Komitet Śledczy poinformował również, że zakończył postępowanie w sprawie karnej wytoczonej grupie anarchistów z organizacji Czyn Rewolucyjny. Szef mińskiego oddziału Komitetu Dmitrij Ostrejko mówił na antenie propagandowej telewizji ONT, że dotąd udało się zatrzymać dziesięć osób, a co najmniej cztery przebywają za granicą i są ścigane listem gończym. I że chodzi tu o "wieloletnią działalność".

Według Ostrejki oskarżenie dotyczy m.in. „stworzenia organizacji przestępczej lub kierowania nią, powołania formacji ekstremistycznej, organizacji masowych zamieszek, chuligaństwa, podżegania do nienawiści".

Pozostający na wolności członkowie Czynu Rewolucyjnego informują, że części ich kolegów zarzucono naruszenie nawet kilkunastu paragrafów kodeksu karnego.

Udało mi się porozmawiać z jednym z nich. 29-letni anarchista Roman Chaliłow wyjechał z Białorusi w 2019 r., unikając więzienia.

- Po jednym z zatrzymań administracyjnych dwa lata temu zostałem ostrzeżony, że nie mam jeszcze sprawy karnej, ale że wkrótce może się pojawić - opowiada Chaliłow. - Zrozumiałem, że prawdopodobnie zechcą mnie aresztować przed rozpoczęciem kampanii prezydenckiej w 2020 r. Władze zawsze starały się w tym czasie wzmocnić kontrolę nad anarchistami. Zrozumiałem, że jeśli nie wyjadę, mogę trafić do więzienia na długo.

Matka odpowie za syna 

Mimo że Roman Chaliłow od niemal dwóch lat przebywa za granicą, władze i tak wszczynają przeciwko niemu kolejne sprawy. Obecnie jest oskarżany o naruszenie 12 paragrafów kodeksu karnego. Nie chce tego komentować; wie jednak na pewno, że powrót na Białoruś oznaczałby karę co najmniej kilkunastu lat pozbawienia wolności.

Ostatni zarzut - „działania mające na celu podżeganie do wrogości społecznej i niezgody" - łączy się z demonstracją, która miała miejsce jesienią przed ambasadą Białorusi w Warszawie. Chaliłow wraz z innymi przedstawicielami diaspory wziął wtedy udział w akcji upamiętniającej Andrieja Zelcera, pracownika IT, który 28 września zabił podczas strzelaniny w Mińsku funkcjonariusza KGB i sam zginął.

Kilka tygodni później do drzwi mieszkania 57-letniej Gajane Achtijan, matki Romana, zapukali funkcjonariusze sił specjalnych. Na jednym z kanałów w komunikatorze Telegram opublikowano wtedy nagranie dokumentujące najpierw rewizję, a następnie zatrzymanie kobiety, którą zmusili do padnięcia przed nimi na kolana. Filmik zatytułowano „Rodzice są odpowiedzialni za swoje dzieci".

Krótko potem okazało się, że kobietę aresztowano na 10 dni za rzekome „niepodporządkowanie się poleceniom funkcjonariuszy" i że wszczęto przeciwko niej sprawę karną. Gajane Achtijan została oskarżona o „organizację i udział w działaniach poważnie naruszających porządek publiczny".

Roman Chaliłow podkreślał w rozmowie ze mną, że sprawa ta została sfabrykowana. I że to zemsta służb za to, że nie udało im się go złapać i zamknąć w więzieniu: - W Polsce nie siedzę cicho, nadal uczestniczę w życiu publicznym. Myślę, że są bardzo źli, że nie zostałem zatrzymany, więc wymyślili taką karę: skoro nie dotarli do mnie, odpowie  matka.

Reżim Łukaszenki: Ruch anarchistyczny został zlikwidowany

Białoruski reżim nie kryje się z zamiarem całkowitego zniszczenia w kraju wszelkich organizacji anarchistycznych.

Miesiąc temu szef Generalnej Dyrekcji ds. Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Andriej Parszyn poinformował, że obecnie w sprawach karnych oskarżonych jest co najmniej 30 anarchistów. I że z uwagi na działalność przeciwko władzom czekają ich surowe kary.

- Można śmiało powiedzieć, że ruch anarchistyczny w Republice Białorusi został całkowicie zlikwidowany - oświadczył  Parszyn w wywiadzie dla rządowej telewizji.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.