Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Podczas zamkniętego posiedzenia w areszcie śledczym w Homlu we wtorek zapadły drastyczne wyroki w tzw. sprawie Cichanouskiego. Za „organizację masowych zamieszek, utrudnianie pracy Centralnej Komisji Wyborczej i podżeganie do nienawiści" sędzia Nikołaj Dolia skazał sześciu mężczyzn: opozycyjnego blogera, męża liderki białoruskiej opozycji Siarhieja Cichanouskiego, polityka opozycyjnej partii Narodnaja Hramada Nikołaja Statkiewicza, blogera Władimira Cyganowicza, współpracujących z Cichanouskim operatora Artioma Sakowa i moderatora Dmitrija Popowa oraz blogera Igora Łosika. 

Wszyscy dostali wyroki kilkunastu lat pozbawienia wolności. Najniższy – „zaledwie" 14 lat – dostał Mikołaj Statkiewicz. Na aż 18 lat skazany został Siarhiej Cichanouski.

Ani śledczy, ani sędzia nie uznali za przeszkodę tego, że wszyscy oskarżeni w sprawie o organizację masowych zamieszek zostali zatrzymani kilka miesięcy przed wybuchem masowych protestów na Białorusi.

Wyrok i cały proces skomentowała żona 29-letniego Igora Łosika Daria. Kobieta zwróciła się we wtorek bezpośrednio do Aleksandra Łukaszenki, sędziów i prokuratorów. Na nagranym filmie pyta: „Nie będę pytać, jak się czujecie po tym wszystkim, ale mam nadzieję, że bardzo źle. Jak to jest żyć, przytulać swoje dzieci i bliskich ze świadomością tego, co dzisiaj zrobiliście? Mam nadzieję, że źle. Jak żyć ze świadomością, że zrujnowaliście życie niewinnym ludziom? Mam nadzieję, że boleśnie".

A na koniec dodała: „Obywatelu Łukaszenko, proszę udowodnić mi, że nie jest pan tchórzem i spotkać się ze mną. Opowiem panu, przez jakie tortury przeszła moja rodzina".

"Wyborczej" udało się porozmawiać z Darią Łosik. 

Wiktoria Bieliaszyn: Spodziewa się pani odpowiedzi Aleksandra Łukaszenki?

Daria Łosik: Z radością bym ją usłyszała, ale na razie potwierdzają się tylko słowa, które skierowałam bezpośrednio do Łukaszenki. Że jest tchórzem.

Dlaczego zdecydowała się pani do niego zwrócić?

– Na Białorusi wszystko podlega Łukaszence. Nie ma sensu zwracać się do innych przedstawicieli władz, wszyscy o tym wiedzą. Bez jego rozkazu niczego nie uda się osiągnąć, dlatego doszłam do wniosku, że trzeba zwracać się bezpośrednio do źródła. Nie zamierzam o nic prosić ani występować ze łzawym przemówieniem, w którym odwoływałabym się do empatii czy miłości. Chcę ostro przedstawić twarde fakty, z których wyraźnie wynika, że mój mąż znalazł się w tym więzieniu przypadkowo. Chciałabym zapytać Łukaszenkę: „Aleksandrze Grigoriewiczu, jak pan może to skomentować?".

O jakich faktach pani mówi?

– W materiałach sprawy mojego męża nie ma ani jednej ekspertyzy, nie ma nawet zeznań jakichkolwiek świadków, którzy potwierdzaliby, że był on zaangażowany w „podżeganie do niezgody" czy organizację masowych zamieszek. Czyli nie zeznał przeciwko niemu ani jeden człowiek. Jest w nich za to oświadczenie prokuratury, z którego wynika, że Igor „koordynował masowe zamieszki" w sierpniu 2020 r., mimo że przebywał wtedy od półtora miesiąca w areszcie. Co więcej, w tych dziesiątkach tomów dokumentów dotyczących „sprawy Cichanouskiego" imię mojego męża pada podobno tylko jeden raz. Nie przeszkodziło to sędziemu skazać go na 15 lat kolonii karnej.

Bardzo długo nie było wiadomo, jakie zarzuty stawiane są Igorowi.

– Adwokaci byli zmuszeni do podpisania tzw. klauzuli poufności. Nietrudno się domyślić dlaczego: jeśli nie ma dowodów, to sprawę trzeba „szyć", a obrońcom zamknąć usta, by nie mogli tego nagłośnić. Przez klauzulę ja sama też długo nie wiedziałam, jakie konkretnie Igor ma zarzuty, na jakim etapie jest proces i jakiego wyroku można się spodziewać. Adwokaci nie mogli mi nic powiedzieć.

Przed każdym posiedzeniem sądu, które odbywało się w areszcie w Homlu, stała pani przed bramą. Nie wpuszczali pani?

– Wpuścili mnie tylko raz, na ogłoszenie wyroku. Wcześniej za każdym razem mówili, że nie wolno brać udziału w posiedzeniu, bo to wbrew „prawu oskarżonych do zachowania poufności". Podczas odczytywania wyroku patrzyłam tylko na Igora, sędzia ani prokurator mnie nie interesowali. Usłyszałam dzikie liczby, które ogłosił sędzia, ale byłam na taki obrót sprawy przygotowana.

Po pierwsze, to jedna z najgłośniejszych spraw w historii współczesnej Białorusi, a Siarhiej Cichanouski, ze względu na swoje poglądy, chęć udziału w wyborach prezydenckich oraz fakt, że jego żona jest dzisiaj liderką opozycji, jest już chyba osobistym wrogiem obywatela Łukaszenki. Po drugie, Igor wspominał mi w listach, że wyrok na pewno będzie wysoki. W jednym z ostatnich listów napisał zdanie, które mną wstrząsnęło: „Nie chcę zobaczyć córki dopiero wtedy, kiedy skończy szkołę". A nasza córka ma zaledwie trzy lata.

Jaka była reakcja Igora i pozostałych skazanych na wyrok?

– Patrzyłam na nich z podziwem, bo żaden z nich nie sprawiał wrażenia złamanego czy zastraszonego. Wszyscy trzymali się dzielnie, emanowali siłą. Siarhiej Cichanouski i Nikołaj Statkiewicz zdążyli nawet krzyknąć „Żywie Biełaruś!". Widać wyraźnie, że nawet zza więziennych murów zamierzają kontynuować walkę o wolność i niewinność. Wzruszyło mnie to.

Wiem, że udało się pani spotkać z Igorem w środę. Co powiedział podczas widzenia?

– Igor czuje gniew. Do tej pory nie wie, jak to możliwe, że akurat on został oskarżony w tej sprawie. Bo fakty są takie, że i Siarhieja Cichanouskiego, i Nikołaja Statkiewicza poznał dopiero podczas etapu, czyli kiedy przewozili ich z więzienia Żodino do aresztu w Homlu. A przecież z oskarżenia i wyroku wynika, że rzekomo działał z nimi w zmowie.

Igor nie był zaangażowany w aktywną działalność opozycyjną, pracował dla Radia Swoboda, prowadził ich sieci społecznościowe. I tyle. Przed wyborami, owszem, rozmawialiśmy o tym, co się dzieje, obserwowaliśmy, jak niezależni kandydaci są aresztowani i niedopuszczani do udziału w wyborach. I nie dziwiliśmy się specjalnie, bo na Białorusi to norma, ale nie nawoływał do wychodzenia na ulicę.

Ale na założonym przez niego blogu „Białoruś mózgu" w trakcie protestów i po nich pojawiało się dużo opozycyjnych treści.

– Za to już nie odpowiadał, nie mógłby przecież publikować, siedząc w więzieniu. A co do opozycyjnych poglądów, to przecież oficjalnie nie są one zabronione. Nawet nasza konstytucja, nad którą można jedynie się użalić, stanowi, że można mieć swoje poglądy. W gruncie rzeczy jest oczywiście inaczej, jak się okazuje, system rozdepcze wszystkich, którzy myślą „nie tak". I taki los może spotkać każdego. Na Białorusi można wyjść do sklepu po bułki i znaleźć się w komisariacie, a później w więzieniu.

W więzieniu Żodino, w którym przebywał Igor, jest osadzony Andrzej Poczobut, mój redakcyjny kolega. Jak tam jest?

– Żodino to piekło. Za każdym razem, kiedy słyszę, że bliscy znajomych też się tam znaleźli, robi mi się słabo. Igor spędził tam prawie czterdzieści dni w karcerze, maleńkiej celi, w której śmierdzi szambem, a ściany są wiecznie zimne i mokre. Igor siedział tam z sześciokrotnym recydywistą chorym na wszawicę. To nie był przypadek, w ten sposób chcieli go złamać i zmusić do zeznawania przeciwko sobie. Podczas pierwszego widzenia powiedział mi, że pod koniec tych czterdziestu dni w karcerze wszystko było mu już obojętne.

Oprócz tego zablokowali mu listy, przestawali wydawać gazety. Po przeniesieniu do celi, do której można było przekazać telewizor, okazało się, że nie da się go podłączyć. Igor nie wiedział więc, co się dzieje na świecie, był odcięty od informacji.

Status więźnia politycznego wpływał na stosunek do niego?

– Igor nie miał z tego powodu problemów ze strony współwięźniów, ale wiem, że nie wszyscy mają tyle szczęścia. Słyszę często o przypadkach, kiedy „aktywiści", czyli więźniowie współpracujący z administracją, celowo doprowadzają do konfliktów, żeby sprowadzić na „politycznych" kłopoty.

Trudne warunki i kolejne sfabrykowane zarzuty spowodowały, że Igor podjął głodówkę.

– Igor nie jadł ponad czterdzieści dni. Nie wiem, ile w tym czasie stracił na wadze, bo zważono go tylko na początku głodówki. Niemalże siłą musiałam domagać się, by administracja więzienia przekazała mu suplementy i niezbędne lekarstwa. Kłóciłam się, krzyczałam. Igor nie był przez cały ten czas badany, tylko raz pobrali mu krew. Nikt nie interesował się tym, w jakim jest stanie, ani w trakcie głodówki, ani po niej. Podczas widzenia mówił mi, że sucha głodówka to jak powolne samobójstwo.

Pani również prowadziła wtedy głodówkę, solidaryzując się w ten sposób z mężem.

– Tak, ale tylko przez sześć dni. Wierzyłam, że sygnał, iż dwie osoby są w stanie niemal jednocześnie umrzeć ze względu na sytuację, w jakiej się znalazły, może coś zmienić. Musiałam ją przerwać, bo władze zagroziły mi odebraniem praw rodzicielskich i zabraniem córki do domu dziecka. Mogę siebie poświęcać, ale nie mogę ryzykować życia córki.

Później Igor rzeczywiście próbował popełnić samobójstwo.

– W marcu śledczy przedstawili mu nowe zarzuty oznaczające w perspektywie znacznie wyższy wyrok. Ze względu na klauzulę poufności adwokatów nie wiedziałam wtedy nawet jakie. Igor podciął sobie żyły podczas posiedzenia sądu. Proszę zrozumieć, Igor nie jest słabym człowiekiem... trudno znosić znęcanie się nad sobą i deptanie twojej godności.

W wypowiedzi skierowanej do Łukaszenki opowiada pani, że więzienny psycholog udzielał Igorowi rad, jak ma się zabić.

– Pewnego dnia Igora niespodziewanie wyprowadzono z celi. Strażnicy zaprowadzili go na spotkanie z psychologiem, a ten, widząc blizny po próbie samobójczej, powiedział mu, że źle się do tego zabrał. „Ciąć trzeba odwrotnie, nie w tę stronę", instruował go. I na koniec powiedział mu jeszcze: „Jak już będzie wyrok, pokaż nam, jak to trzeba robić prawidłowo".

Wasza córka ma trzy lata. Co jej pani mówi, kiedy pyta, gdzie jest tata?

– Mówię jej, że tata jest w delegacji. Jest jeszcze za malutka, by rozumieć, czym jest więzienie i sąd.

Jest pani gotowa na to, że Igor wyjdzie dopiero po piętnastu latach?

– Nie. Nie dopuszczam do siebie takiej myśli. Igor nie będzie siedział 15 lat. Zrobię wszystko, by wyszedł wcześniej. Nie wyjadę z Białorusi, będę o niego walczyć do końca.

Nie boi się pani?

– Nie. Od momentu zatrzymania Igora bardzo się zmieniłam. Nie jestem już miłą, spokojną mamą na urlopie wychowawczym, jestem wściekła, czuję gniew, ale też siłę.

A córka?

– Nie mogę ujawniać szczegółów, ale już dawno jestem przygotowana nawet na najgorszy scenariusz. Nasza córka nie zostanie sama.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.