Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Białoruski komitet śledczy poinformował w środę ogólnikowo o zarzutach postawionych Sofii Sapiedze, partnerce opozycyjnego blogera Romana Protasiewicza. 23-letniej Rosjance grozi nawet do sześciu lat pozbawienia wolności.

Kara za znajomość z opozycjonistą

Konkretne paragrafy kodeksu karnego, które miała naruszyć Sapiega, nie są jednak znane. Dziewczyna, tak samo jak Protasiewicz, zdecydowała się na współpracę w śledztwie i „przyznanie się" do winy, co mogliśmy zobaczyć na własne oczy wiosną. Powiązany z władzą kanał w komunikatorze Telegram „Żołtyje sliwy" opublikował wtedy nagranie, na którym Sofia Sapiega recytuje wyraźnie wyuczony tekst. Wynikało z niego, że w czasie protestów, które wybuchły w kraju po sfałszowanych wyborach prezydenckich, upubliczniała dane personalne białoruskich funkcjonariuszy struktur siłowych.

Przewodniczący komitetu śledczego Dmitrij Gora oświadczył w środę, że wśród stawianych kobiecie zarzutów znalazły się m.in.: „podżeganie do nienawiści społecznej i niezgody, przestępstwo przeciwko bezpieczeństwu informacji oraz groźby wobec funkcjonariuszy organów ścigania".

Paradoksalnie, to dobra dla Sofii Sapiegi informacja: początkowo organy ścigania zarzucały jej bowiem „organizację masowych zamieszek", za co groziło nawet do piętnastu lat pozbawienia wolności. Jak jednak zauważa Irina Chalip, publicystka rosyjskiej "Nowej Gaziety", jedynym „przestępstwem", jakie popełniła Sofia, było to, że „w maju leciała z Romanem Protasiewiczem tym samym samolotem".

Liczba więźniów politycznych rośnie

Jak poinformowało w środę zdelegalizowane przez władze Centrum Ochrony Praw Człowieka „Wiasna", oficjalna liczba więźniów politycznych na Białorusi dobiła do 906. To rekord w historii kraju. A według wielu obserwatorów ta liczba i tak jest zaniżona.

– W gruncie rzeczy są ich tysiące, o wielu nie wiemy. Inni, w zamian za obietnicę niższych wyroków, przyznali się do winy w sfabrykowanych procesach – podkreśla Franak Wiaczorka, doradca Swiatłany Cichanouskiej.

To, że liczba więźniów politycznych rośnie każdego dnia, nie powinno dziwić. Tylko w pierwszym tygodniu grudnia siłowicy przeprowadzili serię rewizji w sześciu białoruskich miastach. Przesłuchano wtedy kilkudziesięciu niezależnych dziennikarzy, wolontariuszy organizacji na rzecz praw człowieka i aktywistów. Wszystkim zarekwirowano sprzęt elektroniczny.

Niezależna redakcja Mediazona relacjonowała, że większość przesłuchiwanych podpisała klauzulę poufności, oficjalna przyczyna rewizji nie jest więc znana. „Wszystko to jest arbitralną represyjną reakcją władz na wyłącznie legalne, pokojowe i otwarte działania na rzecz praw człowieka i na monitorowanie przestrzegania standardów sprawiedliwego wymiaru sprawiedliwości" – skomentowała działania siłowików organizacja „Wiasna".

Za wolno otwierała drzwi milicji

Z anonimowych źródeł wiadomo, że „Mińsk szuka organizatorów i osób finansujących protesty". W środę MSW poinformowało o zatrzymaniu 23-letniego mieszkańca obwodu brzeskiego. Zdaniem organów ścigania zawinił on tym, że opłacał adwokatów więźniów oraz płacił grzywny, którymi przeciwnicy reżimu zostali ukarani przez władze.

„W ubiegłym roku mężczyzna zorganizował nielegalną zbiórkę na rzecz protestujących aktywistów" – czytamy w oświadczeniu resortu. Władze wszczęły przeciwko niemu sprawę karną, mężczyzna oskarżony jest o „finansowanie zamieszek".

Białoruskie władze nie zawsze jednak zadają sobie trud, by znaleźć wiarygodnie brzmiący powód do aresztu lub zatrzymania. 2 grudnia sąd w Mińsku ukarał aresztem Ninę Masłowską, emerytkę, za „niepodporządkowanie się poleceniom milicji". Kobieta zbyt wolno otwierała siłowikom drzwi, kiedy ci przyszli dzień wcześniej o świcie z rewizją. „Obudził mnie dzwonek do drzwi, zanim podeszłam, musiałam się ubrać, zajęło mi to ok. 5 minut" – tłumaczyła w sądzie Masłowska. W odpowiedzi na jej zeznania sędzia zapytała emerytkę: „Dlaczego nie otworzyła pani od razu? Ma pani coś do ukrycia? Boi się pani czegoś?".

Sprawy karne za czytanie „niewłaściwych treści"

W kraju nie ustaje także polowanie na przedstawicieli niezależnych mediów. We wtorek siłowicy przeprowadzili rewizję w domu rodziców Julii Matuzowej, byłej dziennikarki niezależnej redakcji Euroradio.

Ze sporządzonego przez funkcjonariuszy protokołu wynika, że przyczyną ich wizyty było obserwowanie przez Julię Matuzową w komunikatorze Telegram kanału,który władze uznały za „ekstremistyczny" ze względu na publikowanie opozycyjnych treści. Kobiecie grozi do siedmiu lat pozbawienia wolności, mimo że Matuzowa twierdzi, iż nie obserwowała tego kanału.

Z tego samego powodu we wtorek milicja zatrzymała mającego izraelskie obywatelstwo pracownika IT Dmitrija Płaszczinskiego. W środę rano propagandowy kanał „Żołtyje sliwy" opublikował nagranie, na którym mężczyzna wyjaśnia: „Subskrybowałem destrukcyjne i ekstremistyczne kanały, wysyłałem zdjęcia do telegramowych botów i rozmawiałem z Antonem Motolką, opozycyjnym blogerem". Zgodnie z białoruskim prawem Płaszczinskiemu grozi do siedmiu lat więzienia.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.