Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

- Białoruski policjant przyłożył mi pistolet do głowy, kazał iść na Litwę. Z kolei na Litwie komandosi wymierzyli we mnie broń i powiedzieli: "Wracaj albo cię zabijemy" – opowiada cytowany przez „New York Timesa" Nazar Szams ad-Din, 24-letni iracki Kurd, który w ostatni czwartek wrócił do rodzinnego Irbilu.

Historię osób, którym – jak jemu - nie udało się dostać do Polski ani na Litwę i w ramach rządowej repatriacji wróciły do Iraku, opisuje dziś „New York Times". To setki ludzi, którzy w ostatnim tygodniu wsiedli w Mińsku do samolotów irackich linii lotniczych i na koszt władz w Bagdadzie wrócili do domu.

Dziś nie widzą dla siebie przyszłości - pogrążeni w długach i rozpaczy, podobnie jak tysiące innych mieszkańców Iraku, głównie irackich Kurdów, którzy w ostatnich miesiącach dotarli do Europy Wschodniej, licząc, że uda im się stamtąd dostać na Zachód.

Pogranicznicy bili i razili prądem? „Mieli pałki i paralizatory"

Nazar mieszka dziś w betonowym, niewykończonym domu w Irbilu, razem z kilkoma kuzynami i ich dziećmi – to w sumie kilkanaście osób. Razem mają tylko jeden naftowy piecyk, przy którym próbują się grzać.

Opowiada, że po dwóch dniach tułania się z żoną i trójką dzieci po przygranicznych lasach zostali zatrzymani przez białoruską policję, wsadzeni na pakę wojskowej ciężarówki i odstawieni na granicę z Litwą. Tam Białorusini kazali im przejść na drugą stronę.

Po litewskiej stronie miejscowa organizacja pomocowa dała im chleb i wodę, a ratownicy opatrzyli ich rany, podczas gdy dziennikarze wszystko nagrywali. Jednak kiedy zniknęły kamery i ratownicy, litewscy żołnierze sięgnęli po pałki i paralizatory, próbując przepchnąć ich z powrotem na Białoruś.

Nazar wspomina, że kiedy powiedział jednemu z żołnierzy: „Zrujnowaliście nasz kraj, a teraz, kiedy przyjeżdżamy do was, nie potraficie zachować się po ludzku", Litwin odpowiedział: „To nie my, to Polacy", odnosząc się do udziału Polski w amerykańskiej inwazji na Irak w 2003 r.

Mężczyzna wylicza, że w sumie na Białoruś wyprawiło się aż 35 członków jego rodziny, licząc, że dotrą na Zachód, gdzie od nowa się urządzą. Wszyscy opowiadają, że na granicy doświadczyli traumy, niektórzy nadal są ranni.

Migranci na lotnisku w Mińsku. Wracają do Iraku. Białoruś, 18 listopada 2021Migranci na lotnisku w Mińsku. Wracają do Iraku. Białoruś, 18 listopada 2021 Fot. Andrey Pokumeiko/AP

– Białorusini bili nas pałkami, Litwini – atakowali pałkami i paralizatorami – przekonuje cytowany w dzienniku kuzyn Nazara Diab Zajdan, trzydziestolatek ranny w nogę. Na zdjęciach widać, że cały bok ciała ma siny – twierdzi, że był bity i rażony prądem.

Nie tylko on opowiada, że na białorusko-polskiej i białorusko-litewskiej granicy został zaatakowany. – Wiele osób zostało pobitych, niektóre nadal są w kiepskim stanie – przyznaje cytowany przez „New York Timesa" Safin Dizaji, szef departamentu ds. relacji z zagranicą we władzach półautonomicznego regionu irackiego Kurdystanu. – A przecież powtarzaliśmy władzom tych krajów, że – dopóki ten problem nie zostanie rozwiązany – ci ludzie powinni być traktowani po ludzku, dostać jakiekolwiek schronienie i jedzenie – wylicza.

Następnym razem spróbują przez morze. „Można zginąć, ale nikt cię nie aresztuje"

Dla wielu irackich Kurdów wyjazd na białoruską granicę nie był pierwszą próbą dotarcia na Zachód i ułożenia tam sobie życia. Szams ad-Din już w 2015 r. pół roku spędził w Niemczech, jednak musiał wrócić do Iraku, bo jego ojciec ciężko zachorował. – Niemcy to jedyny kraj, w którym naprawdę przekonaliśmy się, że przestrzegane są prawa człowieka – przyznaje dziś.

Migranci na lotnisku w Mińsku. Wracają do Iraku. Białoruś, 18 listopada 2021Migranci na lotnisku w Mińsku. Wracają do Iraku. Białoruś, 18 listopada 2021 Fot. Andrey Pokumeiko/AP

Jednak wyjazd słono kosztuje. Nazar opowiada, że musiał sprzedać samochód, żeby zapłacić 11 tys. dol. za bilety i wizy dla siebie, żony i trójki dzieci wystawione przez białoruskie biuro podróży. A kiedy utknęli w lesie na granicy i postanowili wracać do domu, białoruski żołnierz w cywilu zażądał od nich ostatnich 3 tys. dol. za odwiezienie ich z powrotem do Mińska.

Mężczyzna przyznaje, że także jego kuzyni, z których większość zarabia góra 10 dol. dziennie na budowach, zapożyczyli się na tysiące dolarów, żeby opłacić wyjazd, a dziś nie stać ich nawet na czynsz. Właśnie dlatego dziś, z kilkanaściorgiem dzieci, będą mieszkać w dwóch niewykończonych pokojach. Żadne z dzieci nie chodzi do szkoły, bo ich rodziców nie stać na zapłacenie 20 dol. miesięcznie za dowóz do szkoły.

Także inna mieszkanka Irbilu Jadgar Husajn opisuje własną koszmarną podróż, która skończyła się deportowaniem jej z Polski trzy tygodnie temu. Opowiada, że w październiku wraz z 19-letnim synem przekroczyła granicę w miejscu, gdzie białoruska policja przecięła drut. Po spędzeniu wielu dni w lesie, w niskich temperaturach, spotkali kierowcę, który zaprowadził ich prosto na posterunek, gdzie natychmiast zostali aresztowani – ona, jej syn i jeszcze jeden migrant.

- Jedyne, co dziś wiem, to to, że moje życie jest zrujnowane – opowiada Jadgar. Przyznaje, że nie zrezygnowała z wyjazdu z kraju, ale następnym razem spróbuje raczej przeprawy morskiej - z Turcji do Grecji. – Gdybym tylko miała pieniądze, wyruszyłabym choćby jutro – tłumaczy. – Tam, na morzu, albo giniesz, albo ci się udaje, ale przynajmniej nikt nie zostaje aresztowany – dodaje.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.