Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Zarówno polskie, jak i białoruskie służby łamią prawa człowieka na granicy - piszą działacze HRW. Z ich raportu wynika, że jedynymi beneficjentami kryzysu są przemytnicy i białoruskie służby.

Z walizką na kółkach do lasu

Działacze Human Rights Watch udali się na początku października pod granicę z Białorusią w okolice Grodna, by naocznie przekonać się, jak wygląda sytuacja migrantów. Ich raport potwierdza przebieg i genezę kryzysu migracyjnego na granicy. Zawiera jednak również wstrząsające zeznania świadków wskazujące na brutalność i chciwość białoruskich służb, a także bezwzględność polskiej Straży Granicznej rozdzielającej od siebie rodziny.

14.11.2021, białoruskie służby pilnują migrantów przebywających przy granicy polsko-białoruskiej.14.11.2021, białoruskie służby pilnują migrantów przebywających przy granicy polsko-białoruskiej. Oksana Manchuk / AP

Trzech działaczy HRW rozmawiało z dziewiętnastoma migrantami pochodzącymi z Syrii, Iraku i Demokratycznej Republiki Konga. Za podróż do Unii Europejskiej mieli zapłacić pośrednikom od 3 tys. do 17 tys. dol. (cena różniła się w zależności od miejsca, z którego podróżowali, i nie zawierała niekiedy opłaty za bilety lotnicze).

Wszyscy potwierdzili, że pośrednicy oferowali im bezproblemowe dotarcie do UE. Pojawiające się doniesienia o sytuacji na granicy polsko-białoruskiej pośrednicy określali jako fake newsy i radzili, by im nie dowierzać. Większość "klientów" uwierzyła im na słowo. Działacze HRW piszą, że część migrantów, z którymi rozmawiali, miała ze sobą lekkie ubranie i zwykłe walizki na kółkach, z którymi niemożliwe było przedzieranie się przez lasy.

Na Białoruś dotarli, wykupując wycieczki turystyczne. Zakwaterowani zostali w hotelu Mińsk, w którym spędzili od jednego do siedmiu dniu, oczekując na dalszy transport pod granicę. Działacze HRW odwiedzili na początku października ten hotel i byli świadkami sceny, która wskazywała na to, że białoruskie służby koordynują całą akcję migracyjną.

Do lobby pełnego podróżnych oczekujących z bagażami weszło wtedy dwóch białoruskich milicjantów. Podeszli do recepcjonisty, który powiedział im, że obecnie zameldowanych jest tam 400 "uchodźców", a dzień wcześniej było ich 350. Stwierdził również, że grupa w lobby czeka na podwiezienie pod granicę. Jeden z milicjantów wybrał numer na komórce i oznajmił rozmówcy, że sytuacja "jest pod kontrolą".

Podróż migrantów taksówkami z hotelu pod granicę trwała od dwóch do trzech godzin. Kierowcy mówili następnie migrantom, że ci dostaną na swoje telefony punkt lokalizacyjny, do którego mają się udać. Tam białoruscy pogranicznicy zaprowadzą ich zaś pod polską granicę i "albo pomogą przeciąć ogrodzenie" lub "doprowadzą tam, gdzie jest już przecięte".

"Utonął na moich oczach"

Ale nic takiego się nie stało, bo granica po polskiej stronie była strzeżona przez polskich funkcjonariuszy. Wszyscy migranci, z którymi rozmawiali działacze HRW, próbowali kilkukrotnie przebić się i byli przepychani zarówno przez polskich, jak i białoruskich funkcjonariuszy.

Wypychani z polskiej strony niektórzy próbowali wrócić do Mińska. Wtedy drogę zastępowali im Białorusini i kierowali do zaimprowizowanych obozów w środku lasu.

- Można było z niego wyjść, ale tylko za opłatą. Próba ucieczki kończyła się pobiciem. Wtedy zrozumiałem, że to rodzaj otwartego więzienia. Nie było tam wody ani elektryczności - mówił działaczom jeden z migrantów.

Migranci twierdzili, że powszechną praktyką wśród białoruskich milicjantów były wymuszenia. Najpierw kradli telefony, a później domagali się ich "wykupienia". Działo się to zwykle w "obozach". 14-letnia Syryjka opowiedziała, że "nie było tam budynków, ani namiotów, niczego poza paleniskami". Pewnego ranka jeden z Białorusinów zaczął niedbale gasić ognisko, przy którym spała. Od ognia zajął się natychmiast leżący pod nią śpiwór i poparzył jej nogi. Białorusini przenieśli ją wraz z rodziną do innego miejsca, z którego musieli przedzierać się przez lasy. - Moja 17-letnia siostra miała ranne plecy. Musieliśmy pić wodę z bagien - opowiedziała Syryjka.

Do przedarcia się podobnie ciężką drogą zmuszonych zostało sześciu innych migrantów, z którymi rozmawiali działacze HRW. Opowiedzieli, że szli przez bagna trzy dni, aż skończyła im się woda. Jednemu z nich podczas wędrówki odnowiła się rana, której nabawił się jeszcze w Syrii. Wdała się w nią infekcja.

Inny z migrantów, Syryjczyk o imieniu Ahmed został zmuszony do przeprawy przez Bug przez Białorusinów. Na gumowym pontonie znalazł się wraz z drugim mężczyzną. Obydwaj nie potrafili pływać. Silny nurt na Bugu wywrócił ponton. Ahmed zdołał się utrzymać, przytrzymując się plecaka i płynących rzeką gałęzi, aż dotarł na polski brzeg. Jego towarzysz został jednak wyrzucony na środek rzeki.

- Widziałem, jak tonie. Płakał i błagał o pomoc. Słyszałem jego ostatnie słowa, gdy krzyczał, że wierzy w Boga. Później utonął na moich oczach. Przez cztery godziny gapiłem się później w wodę w szoku - mówił.

Rodziny rozdzielane przez polskich funkcjonariuszy

To, że próby przedarcia się przez migrantów są wyreżyserowane przez Białorusinów, potwierdził inny z rozmówców. Powiedział, że siłowicy zawieźli grupę 150 osób pod polską granicę, dali do ręki kije, kazali krzyczeć "Wolność!" i rzucać kamieniami w kierunku polskiej Straży Granicznej.

Migranci, z którym rozmawiali działacze HRW, twierdzili, że polscy funkcjonariusze nie chcieli słuchać ich próśb o złożenie wniosków o azyl. Strażnicy kazali im wracać w to samo miejsce, z którego przybyli. Czasami zaś wywozili w inne i wypychali na białoruską stronę. Wyjątek mieli robić w przypadku osób, które wymagały hospitalizacji. Ale nawet wtedy mieli nie pozwalać dołączyć do rannej osoby pozostałym członkom rodziny.

HRW opisuje konkretny przypadek rodziny z dwójką dzieci, która spędziła w lesie tydzień, nie mając co jeść. Matka 14-letniej córki, która nagle straciła przytomność, miała wybłagać u polskich strażników, by zabrali ją do szpitala. Straż Graniczna pozwoliła towarzyszyć tylko matce. Ojciec i syn zostali wywiezieni przez wojskową ciężarówkę w nieznanym kierunku.

Syryjska Kurdyjka opowiedziała działaczom HRW podobną historię: Straż Graniczna wprawdzie zabrała ją do szpitala w Polsce, lecz nie pozwoliła dołączyć do niej rodzinie, w tym pięcioletniemu synkowi. Kobieta nie miała pojęcia, dokąd zostali wywiezieni i gdzie się znajdują.

12.11.2021, białoruskie służby pilnują migrantów przebywających przy granicy polsko-białoruskiej.12.11.2021, białoruskie służby pilnują migrantów przebywających przy granicy polsko-białoruskiej. Leonid Shcheglov / AP

Innemu Syryjczykowi Polacy powiedzieli, że z jego chorym czteroletnim synkiem może do szpitala pojechać tylko jedna osoba. Mężczyzna błagał, zanosząc się płaczem, by nie rozdzielać go z żoną i pozostałą trójką nieletnich dzieci. Po godzinie polscy strażnicy mieli przyjść i powiedzieć, że jest zgoda, by cała szóstka pojechała do szpitala.

HRW apeluje do Polski i Białorusi

Human Rights Watch podkreśla, że strażnicy mają podkładkę prawną, bo na początku października Sejm zalegalizował wypychanie uchodźców na drugą stronę i zniósł wymóg przyjmowania od nich wniosków o azyl. Tyle że - jak podkreśla organizacja - przepisy te stoją w sprzeczności z Kartą Podstawowych Praw Człowieka UE, do przestrzegania której Polska się zobowiązała.

Dlatego HRW apeluje, by Polska umożliwiła migrantom ubieganie się o ochronę międzynarodową, a także nie rozdzielała rodzin. Organizacja wzywa również polski rząd do zniesienia stanu wyjątkowego na granicy, dopuszczenia do niej dziennikarzy, obserwatorów, a także organizacji humanitarnych.

Rząd Białorusi wzywa zaś, by wymógł zaprzestania wobec migrantów kradzieży, stosowania przemocy i więzienia ich w obozach pod gołym niebem przez białoruskich funkcjonariuszy. Domaga się wyciągnięcia konsekwencji wobec tych, którzy dopuszczają się względem uchodźców przestępstw. A także umożliwienia powrotu do swojego kraju wszystkim migrantom, którzy sobie tego życzą.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.